Dotyk kultury, czy turystyczna tandeta – WYSPY UROS

Naszym pierwszym przystankiem w Peru jest miasteczko Puno nad jeziorem Titicaca. Nie ma w nim nic ciekawego, ale jest jedno, co przyciąga tam turystów – pływające wyspy Indian Uros wyplatane z trzciny.

Skąd to się wzięło?

Indianie Uros są rdzennym ludem z Peru i Boliwii. Uznawali się za właścicieli jeziora i wody, a według legend mawiali, że mają czarną krew, bo nie odczuwają zimna. Kiedy zaczęli handlować i mieszać się z plemieniem Aymara żyjącym na lądzie, powoli przejęli ich język i ok. 500 lat temu całkowicie zatracili swój język paquina. Powodem budowania słomianych wysp było bezpieczeństwo – kiedy przychodziły niespokojne czasy, przepływali wyspami w odleglejsze części jeziora. Oryginalnie Indianie Uros trudnili się głównie rybołówstwem.

Wycieczka na wyspy

Wysiadamy na dworcu w Puno i od razu co chwila jakiś taksówkarz krzyczy do nas oferując podwózkę do przystani lub wycieczkę na wyspy. Grzecznie odmawiamy i idziemy prosto do portu – najlepiej dowiedzieć się o ceny na miejscu, a nie dawać się naciągnąć na pierwszą lepszą ofertę. W porcie jest kilka budek z biletami, a wszędzie ceny są takie same. 10 PEN (ok. 11 PLN) za transport na wyspy w tę i z powrotem i 10 PEN za wstęp do rezerwatu Indian Uros. „Nie ma nic tańszego?” pytam. „Mogę Wam sprzedać wstęp do rezerwatu jak dla Peruwiańczyków, jest połowę taniej”. Dobre i to. W Europie praktycznie się tego nie spotyka, ale w Ameryce Południowej to normalne, że ceny na różne atrakcje turystyczne dla zagranicznych są 2 razy wyższe, niż dla osób z danego kraju. Kiedy dostajemy bilety do ręki, okazuje się, że nie ma znaczenia, gdzie się je kupi. Wszystkie łódki są wspólne, wszystkie firmy sprzedają te same bilety w tych samych cenach. Zajmujemy miejsca na i czekamy na wypłynięcie.

Czekając na wypłynięcie mamy okazję popatrzeć na sesję pewnej pary młodej. Co oni mają na głowach :D?

Indianie Uros dzisiaj

Kiedy dopływamy do pierwszej wyspy, jej prezydent zaprasza wszystkich, by usiedli w kółku na słomianych siedziskach i opowiada o wyspach.

Dziś na jeziorze Titicaca „pływa” (faktycznie są unieruchomione, przymocowane do dna za pomocą drewnianych pali) 97 wysp zamieszkanych w sumie przez 1800 Indian. Posługują się językiem aimara, hiszpańskim, znają też quechua. Na każdej wyspie mieszka od 4 do 8 rodzin w małych, słomianych chatkach. Są też szkoły podstawowe, ale po dalszą edukację trzeba już zejść na ląd. Budowa jednej wyspy z całą jej infrastrukturą trwa do 2 lat. Aby unosiła się na wodzie, najpierw tworzone są bloki z ziemi z dużą ilością korzeni, a następnie przykrywane są warstwami trzciny układanymi prostopadle. W porze mokrej, mniej więcej raz na miesiąc, trzeba dokładać nowe warstwy trzciny, a w porze suchej 2 razy częściej – trzcina wysycha, łamie się i łatwiej niszczy. W latach 90-tych rząd postanowił wspomóc społeczność Uros i w 1994 roku na wszystkich wyspach zainstalowano panele słoneczne, dzięki czemu Indianie mają dostęp do energii elektrycznej. Wcześniej po zmroku używano lamp naftowych, co na wyspach zbudowanych w całości z suchej trzciny bardzo często kończyło się tragicznie.

Pan tłumaczy jak zbudowane są wyspy

Wykład jest bardzo ciekawy, a pan zdrabnia wszystkie możliwe słowa, swoich słuchaczy nazywając amiguitos (hiszp. amigo – kolega, przyjaciel; amiguito tłumaczyłoby się na przyjacielek(?),  kolegunio(?) 😀 ). Padają też żarty, że peruwiańska część jeziora to „Titi”, a boliwijska to „kaka”.  Później turyści zostają podzieleni na podgrupy od 2 do 4 osób i każda grupa idzie z przydzieloną panią do jej chatki. Nam trafiła się starsza Indianka mieszkająca sama w maluteńkiej chatce, dosłownie 2 na 2 metry. W środku jest tylko łóżko i mnóstwo kolorowych włóczek, z których Pani wyplata rękodzieło. Pokazuje nam poszewki na poduszki, różne pledy, czy po prostu wyplecione coś, co można powiesić na ścianie lub położyć na stoliku. Oczywiście namawia nas do kupna. Tłumaczymy jej, że będąc w podróży nie mamy pokoju, w którym moglibyśmy powiesić takie dzieło, poza tym nie możemy kupować pamiątek z każdego miejsca, bo potrzebowalibyśmy osobnego plecaka tylko na pamiątki. A nikt nie ma siły tyle dźwigać. Pani kiwa ze zrozumieniem głową, a chwilę później pyta „Może jednak chcielibyście to kupić?” pokazując nam kawałek płótna z wyplecioną Pachamamą i Pachatatą. Jako, że nic się od Pani więcej nie dowiemy opuszczamy chatkę.

Pani w swojej chatce, jej garderoba i robótki ręczne na sprzedaż
Minimarket na wyspie pod panelem słonecznym

Na wyspie jest „minimarket”, czyli kilka stolików rozłożonych przed chatkami z różnymi gadżetami do kupienia: breloczki, długopisy, durnostojki. Bynajmniej nie są to rzeczy unikalne, takie same gadżety można spotkać na straganach w Boliwii, czy innych miastach w Peru. W tym momencie w zasadzie moglibyśmy już opuścić wyspę, jednak łódka nie odpływa. Indianie za dodatkową opłatą oferują niezapomniany rejs łódką z trzciny, do której tak naprawdę podczepiona jest zwykła motorówka. Przez 20 minut podchodzą wielokrotnie do turystów namawiając ich na „Paseito por 10 solitos” („Przejażdżeczka za 10 solitów” :D). Najlepsza jest Pani, która stoi nad nami ze znudzoną miną i bardzo znudzonym tonem powtarza „Chodźmy. Przygoda. Chodźmy. Taka przygoda.”. My jesteśmy nieugięci, ale o dziwo większość osób, które przybyły z nami na wyspę decydują się na niezapomniany rejs, może dla świętego spokoju. Kiedy łódka się zapełnia, 3 Indianki stojące na brzegu śpiewają pasażerom tradycyjne pieśni takie jak „Vamos a la playa”, a na koniec żegnają ludowym okrzykiem „Hasta la vista babe”.

Taka przygoda. Niezapomniany rejs
A z tyłu zwykła motorówka 😀

Niedługo później łódka, którą przypłynęliśmy odpływa i zabiera nas na drugą wyspę. Ta na co dzień nie jest zamieszkana, jest tu tylko „restauracja” dla turystów. Do Jeziora Titicaca w latach 30-tych zostały wprowadzone pstrągi (które wyżarły większość żyjących tu endemitów) i teraz są głównym daniem oferowanym w nadjeziornych miejscowościach. Pytamy o cenę obiadu – 20 soli. Kręcimy nosem, po czym Pan konspiracyjnym szeptem i z mrugnięciem oka mówi nam „Będzie za 15, świeżutki pstrąg, za 15 już zjecie, co?”. Jemy. Faktycznie jest świeży i smaczny. Kończymy ostatnie gryzy, kiedy wołają nas do naszej łódki i wracamy do Puno.

Wyspa restauracyjna
Oprócz pstrągów wciąż żyją tam małe rybki

Turystyczny przemysł

Nie da się ukryć, że dziś wyspy Uros mają niewiele wspólnego z tradycją rybołówstwa. Wszystko to jedna wielka machina turystyczna, robiąca ogromne pieniądze. Łódki odpływają na wyspy co ok. 15 minut, w każdej 30 turystów, z których każdy zapłacił 10 lub 5 soli za wstęp na wyspy. Plus zarobki z „niesamowitej przygody” na trzcinowej łódce, ze sprzedaży rękodzieła i świeżych pstrągów. Nie dało się też oprzeć wrażeniu, że cała uprzejmość, wszystkie zdrobnienia itd. są bardzo wymuszone. Jakoś nie wyobrażam sobie, że panie śpiewają „Vamos a la playa” kilka razy dziennie z czystą przyjemnością. Z drugiej strony, czemu im się dziwić? Wydaje się, że z turystyki mają dość łatwy zysk, podczas gdy gdyby mieli nadal żyć z rybołówstwa, pewnie żyliby w skrajnym ubóstwie. My nie lubimy takich turystycznych miejsc. Fajnie było posłuchać o budowie wysp, pochodzić po uginającej się trzcinie, ale ostatecznie nie polecamy tej wycieczki. Jeśli ma się akurat po drodze, wizyta na wyspach zajmuje pół dnia – można poświęcić ten czas i niewielkie pieniądze. Ale na pewno nie warto jechać tam specjalnie tylko po to (naszym zdaniem oczywiście).

Wysp jest dużo, łódek zabierających turystów na „niesamowitą przygodę” jeszcze więcej

Alternatywa

Trzeba przyznać, że my nie przygotowaliśmy się za dobrze – nie wybadaliśmy wcześniej tematu w Internecie, po prostu poszliśmy do portu i kupiliśmy bilet na łódkę, która zawiozła nas na pierwszą lepszą wyspę. Poznani przez nas w Copacabanie Poznaniacy zwiedzali wyspy inaczej i mieli bardzo pozytywne doświadczenia. Większość wysp działa w kooperatywie, ale nasi znajomi udali się na wyspę oddaloną od pozostałych, prowadzoną przez jedną rodzinę na własną rękę. Oferują nocleg, wyżywienie, miłe towarzystwo i co najważniejsze – izolację od tłumu turystów. Taka zabawa jest jednak droższa – nocleg kosztuje ok. 30 USD.

W drogę!

Nie spędzamy w Puno więcej czasu. Zobaczyliśmy, co mieliśmy zobaczyć, jedziemy dalej na północ, by wejść na najwyższą górę w naszym życiu (do tej pory). Ale o tym w następnym wpisie.

Dodaj komentarz

Komentarz do “Dotyk kultury, czy turystyczna tandeta – WYSPY UROS”