Wyprawa dookoła świata – z czym to się je?

W chwili pisania tego posta do wyjazdu zostały nam dokładnie 53 dni (mamy taki fajny licznik na głównej, zobaczcie sobie 😉 ) Możemy więc już trochę napisać jak wyglądają przygotowania do takiego przedsięwzięcia. Czy da się zaplanować i zorganizować autostopową wyprawę przez świat na 3 lata? Coś tam się da, ale trzeba być świadomym, że rzeczywistość może się diametralnie różnić od planów, a świat możemy przemierzyć drogą oddaloną od tej zaplanowanej o wiele tysięcy kilometrów.

Pomysł

Żeby wyjechać na wyprawę dookoła świata, trzeba w ogóle wpaść na taki pomysł. Można też go mieć od dawna z tyłu głowy i nie być tego świadomym. Wtedy, aby taki nieświadomy pomysł przerodził się w nieśmiały plan, potrzeba bodźca. Dla nas takim bodźcem było spotkanie chłopaków (Maćka i Olka) z ekipy Autostopem Dookoła Świata podczas Erasmusa na Gran Canarii. Potem trzeba się tego planu mocno uczepić i robić wszystko, żeby doszedł do skutku. Równie ważne są małe kroki, jak i poważne decyzje. Przez ostatnie 2 lata wszystkie nasze działania w pewnym stopniu były dążeniem do tego, co czeka nas 4 lutego 2018.

Pozdro chłopaki! Maciek, gonimy Cię!

Trasa

Pierwszym etapem przygotowań było wyznaczenie trasy, dość orientacyjnej oczywiście. Jak już pisaliśmy, takiej podróży nie da się zaplanować dokładnie, nie ma to też sensu. W pewien listopadowy weekend rok temu udaliśmy się do sklepu, zakupiliśmy sobie po czteropaczku i zaczęliśmy myśleć, gdzie chcemy pojechać. Nawet nie wiedzieliśmy, czy świat chcemy okrążyć na wschód, czy na zachód. Jak mówi znane, ludowe powiedzenie: „Im dalej w czteropak, tym fantazja ułańsza„, więc decyzja o kierunku zachodnim zapadła, a trasa robiła się coraz bardziej kręta, dochodziły coraz to nowe kraje, miasta, małe wysepki. Na dokładniejsze rozpoznanie przyszedł czas trochę później. W ten sposób wyznaczyliśmy prowizoryczną trasę, którą widzicie poniżej. A że trasa faktyczna będzie odbiegać od początkowych założeń, to więcej niż pewne. Zawsze tak jest 🙂

Trasa opracowana przy czteropaku

Termin

Warto ustalić termin wyjazdu, żeby później nie odkładać go w nieskończoność. My nie wiedzieliśmy od samego początku, że będzie to 4 lutego 2018, ale wtedy postanowiliśmy, że po powrocie do Polski zechcemy popracować ok 1,5 – 2 lat, żeby zdobyć jakieś doświadczenie zawodowe, no i oczywiście odłożyć trochę pieniędzy. Konkretna data wyklarowała się z czasem i miało na to wpływ wiele czynników: zaplanowanie generalnego kierunku, pory roku, sytuacja zawodowo-finansowo-osobista, ceny i dostępność biletów lotniczych, na które polowaliśmy przez miesiąc i wiele innych. Termin został „przyklepany” kupieniem biletów w jedną stronę do Rio de Janeiro w sierpniu 2017.

Pieniądze $€£

Dość kluczowa kwestia, o którą zawsze są pytania. Mimo że gentelmani i uprzejme damy o pieniądzach nie rozmawiają, postaramy się Wam coś nakreślić. Niestety, ponieważ nasi rodzice akurat inwestują w kryptowaluty, działki na Marsie i import piasku na Saharę, podróż finansujemy z własnych oszczędności. Jak pisaliśmy wcześniej, o wyjeździe zdecydowaliśmy jeszcze na Erasmusie, więc od kiedy tylko zaczęliśmy pracować – zaczęliśmy odkładać. Nie było to łatwe, ponieważ nadal musieliśmy żyć „po studencku”, nie przestawiając się na tryb „zarabiam – wydaję”. No może prawie po studencku, czasem trzeba sobie pozwolić. Jednak każde takie „pozwolenie sobie” powodowało lekkie ukłucie z tyłu głowy. To pewnie byli Ola i Glina z przyszłości próbujący nas ostrzec, żebyśmy tym razem odpuścili sobie tego pysznego pad thaia, bo dzięki temu zaoszczędzimy na 5-dniowy zapas ketchupu do makaronu. No cóż, czas pokaże, czy byli z naszego, czy może z równoległego wszechświata. Rozważne gospodarowanie finansami i spisywanie wydatków pozwoliło nam odkładać znaczną część wypłaty. Moglibyśmy oczywiście odłożyć więcej, ale od decyzji o wyjeździe do wyjazdu miną ponad 2 lata. Nie chcieliśmy żyć w kompletnej ascezie, odmawiać sobie wakacji czy wyjścia na piwo od czasu do czasu ze znajomymi. Odechciałoby nam się tej podróży, gdyby wymagała tak dużych poświęceń 😉 Po prostu wszystko z głową. Wakacje spędzaliśmy po taniości (tanie loty, autostop, couchsurfing, tanie kraje, spanie na budowie), piwo czy pizza raczej w domu, niż w knajpach, powrót z imprezy nocnym zamiast Uberem. No chyba, że Uber lub Taxify miały kupony. Promocje opanowaliśmy do perfekcji. Obecnie jesteśmy na etapie wyprzedawania wszystkiego, co możemy. Zapraszamy na nasze aukcje na Allegro tutaj i tutaj. Mamy jeszcze kilka pomysłów na powiększenie budżetu, ale o tym napiszemy już niedługo.

Oczywiście próbowaliśmy szukać sponsorów, robiąc wcześniej rozpoznanie, jak to się robi (m. in. tu). Niestety, chłopaki z Busem Przez Świat mieli rację, że trzeba się nastawić na finansowanie pierwszej wyprawy z własnej kieszeni. Z dużym zapasem czasu zaczęliśmy wnioskować o patronaty honorowe i medialne. Niestety, będąc zupełnie nowym w sieci, bez rozkręconej akcji promującej wyprawę, nie udało nam się pozyskać żadnego patronatu. Niektórzy zasłaniali się kwestiami formalnymi, niektórzy już patronowali podobnemu projektowi, a niektórzy w ogóle nie odpisali. Bez żadnych patronatów nie mieliśmy złudzeń, że uda nam się znaleźć sponsora. Napisaliśmy oczywiście do kilku firm, od których kupujemy sprzęt lub ubrania na wyprawę, ale odpowiedzi niestety brak. Stwierdziliśmy, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Skupiliśmy się na pewnych źródłach dochodu, takich jak dodatkowe zlecenia, czy wyprzedawanie się na Allegro, a nie na pisaniu tysięcy maili do potencjalnych sponsorów.

Szczepienia

Żółta książeczka szczepień

Na konsultację do poradni medycyny podróży szpitala zakaźnego zgłosiliśmy się w lipcu, a w listopadzie zaczęliśmy cykl szczepień. Przyjęliśmy szczepionki na: tężec, błonicę, polio, żółtaczkę WZW A (Ola musiała doszczepić się jeszcze na WZW B), wściekliznę, dur brzuszny i żółtą febrę. Ta ostatnia nieźle dała nam w kość. Jako jedyna z wymienionych szczepionek jest żywa. Uprzedzano nas, że następnego dnia po szczepieniu możemy czuć osłabienie i mieć stan podgorączkowy. My następnego dnia czuliśmy się świetnie. Kolejnego też. Na tyle dobrze, żeby pociągnąć 2-dniową imprezę na działce w Matałach. Dopiero piątego dnia po szczepieniu pojawiły się pierwsze objawy grypopodobne (wg ulotki mogą wystąpić do 10 dni po szczepieniu): bóle mięśni, zmęczenie, ogólne osłabienie, ból głowy, sztywność karku. Dopadło nas oboje, w tym samym czasie. Dla Michała nie było tak źle, czuł się gorzej, ale nie było dramatu. Taka początkująca grypa powiedzmy. Dla Oli skończyło się to gorączką utrzymującą się kilka dni i bólem głowy tak silnym, że jednego wieczora była w stanie tylko leżeć i płakać. Dosłownie. Niezbyt fajna sprawa. Czy zaszczepilibyśmy się jeszcze raz? TYM BARDZIEJ TAK. Skoro zareagowaliśmy tak na kilka osłabionych wirusików, to nie chcemy myśleć co by się działo, gdyby dopadła nas ta choroba, gdzieś na końcu świata, daleko od lekarzy i cywilizacji.

Gdyby nasza opowieść o szczepionce was przeraziła i mielibyście wątpliwość, czy samemu się szczepić, pamiętajcie, że reakcja na szczepionkę jest bardzo indywidualna. Znamy osoby, które nie odczuły żadnych skutków ubocznych po tym szczepieniu.

Zastanawialiśmy się nad tym, czy szczepić się na wszystko, kalkulowaliśmy, czy poszczególne szczepionki się opłacają itd. Jednak w pewnym momencie Michał stwierdził, że skoro możemy tyle wydać na jakieś GołProsy, to może lepiej nie oszczędzajmy na zdrowiu. Bardzo byśmy żałowali oszczędzonych kilku złotych po ewentualnym zarażeniu którąś z chorób, na które mogliśmy się wcześniej zaszczepić… A co z tym całym ruchem antyszczepionkowym? Na pytanie Michała, czy po tych zastrzykach będzie miał autyzm, pani doktor zapewniła, że na pewno nie większy niż teraz. Uff.

Sprzęt

Jak na razie kupiliśmy namiot (Naturehike Star River 2), śpiwory (Fjord Nansen Finmark MID), karimaty (jedna pompowana Seatosummit ultralight SI, druga zwykła Quechua 10 mm), aparat Fujifilm X-T10 i obiektywy 18-55 mm f/2.8-4.0 oraz 35 mm f/1.4, kamerkę GoPro (Hero 4 silver), małego laptopa ASUS ZenBook Flip UX360CA. Aparat, obiektywy i GoPro z akcesoriami kupowaliśmy używane, komputer mamy nowy. Jego dorwaliśmy w przecenie podczas Cyber Monday. W końcu jesteśmy mistrzami promocji. Zabieramy też ze sobą czytnik ebooków, głośnik na bluetooth (o ile go kupimy), ukulele 🙂 Ola będzie śpiewać, Michał grać – tak zamierzamy czasem sobie dorabiać. Zostało nam jeszcze trochę zakupów, takich jak plecak dla Oli czy buty dla Gliny, i parę innych drobiazgów. Póki co, jesteśmy zadowoleni z tego, co kupiliśmy, ale tak na prawdę będziemy mogli się bardziej wypowiedzieć, gdy przetestujemy wszystko w terenie.

Projekt

Nie chcieliśmy, żeby ta wyprawa była tylko wakacyjną wycieczką, 3-letnim urlopem. Przed nami wiele różnych krajów, nowych kultur, ciekawych ludzi. Postanowiliśmy dowiedzieć się, jak definiują szczęście mieszkańcy poszczególnych krajów i przedstawić to w atrakcyjnej formie. Więcej o projekcie Portrety Szczęścia przeczytasz tutaj.

 

No i to z grubsza tyle. Pozostało nam dokupić pozostałe drobiazgi, spakować część życia w plecaki, pozostałą w kartony i ruszać w drogę. Odliczanie trwa! 52…!

Dodaj komentarz