W pogoni za kozami [Maroko 2/7]

Jednym z głównych celów naszej wyprawy do Maroko, było zobaczenie kóz na drzewach. Można je spotkać w prowincji Essaouira, gdzie rosną rozległe lasy arganowe. Kozy tak uwielbiają owoce arganu, że wspinają się na drzewa żeby je zjeść. Musieliśmy to zobaczyć!

To jeszcze jest ten etap wycieczki, kiedy jesteśmy zdecydowani na autobusy. Kupujemy więc bilet na autobus do Essaouiry i w drogę. Dworzec w Marrakeszu dostarcza nam niezapomnianych doznań zapachowych. Marokańczycy wolą załatwiać swoje potrzeby za autobusem, niż szukać toalety… Autobus jest kolejnym ciekawym doświadczeniem. Przed odjazdem przechodzi przez niego seria osób sprzedających najróżniejsze rzeczy, od wody i przekąsek, przez okulary i zegarki, po plastikowe okładki na dokumenty. Nie można nic dotknąć, bo każą zapłacić! W końcu ruszamy. Przez część drogi drzwi środkowe są otwarte, i gdy autobus przejeżdża wolniej przez miejscowości, pan stojący w drzwiach nawołuje czy ktoś nie chce jechać do Essaouiry. Ciekawy sposób na pozyskiwanie klienta. Zupełnie normalne jest też, że autobus kilka razy w ciągu drogi zatrzymuje się, wsiadają do niego żebracy, przechadzają się między siedzeniami prosząc o pieniądze, po czym wysiadają i autobus rusza dalej. Po 3,5-godzinnej podróży docieramy do Essaouiry i idziemy spotkać się z naszym hostem. Will, Nowozelandczyk, mieszka w medinie. Co prawda zapomniał, że obiecał nas przyjąć, ale to nic – wszyscy się zmieścimy. I tak oto lądujemy w 7 osób w malutkim pokoiku, na najbardziej międzynarodowym Couchsurfingu w jakim przyszło nam brać udział.

Zostawiamy rzeczy i idziemy zwiedzać. Miasteczko może nie zachwyca, ale przyjechaliśmy tu przecież dla kóz. Dowiadujemy się, że z dużym prawdopodobieństwem można je było spotkać za miastem, przy drodze w stronę Marrakeszu. Musieliśmy je przegapić przejeżdżając koło nich autobusem.

Jak się odejdzie od głównej alejki...
Jak się odejdzie od głównej alejki…

Idziemy więc do taksówkarzy, próbując się dogadać za ile by nas tam wywieźli. Niestety, pomimo kartki z kilkoma pytaniami po francusku (by Google Translate) nie udaje nam się nic z nimi ustalić. Na domiar złego, w ustach wciąż mamy posmak lokalnej kuchni – chcieliśmy spróbować lokalnych specjałów, w miejscu gdzie nie ma turystów. Zaproponowano nam gulasz z ciecierzycy i… krowiego ucha. Spróbowałam tego ucha. Nigdy tego nie róbcie. Naprawdę. Nigdy. Nieco zrezygnowani wracamy do mieszkania. To może spróbujemy na stopa? Mamy jutro cały dzień. Will dodaje, że autostop w Maroko działa naprawdę wyśmienicie. Decyzja zapadła. Oprócz naszego hosta w mieszkaniu jest jeszcze drugi Nowozelandczyk, Szwed, Niemka, Brazylijczyk i my – dwójka Polaków. Dodatkowo wpadają na wieczór sąsiedzi z góry – Meksykanka i Francuz, z dołu – Marokańczyk, oraz znajomi Willa – Amerykanin i Słoweniec. Jemy omlety, tajine, sałatki, spędzamy czas, gramy w gry, jest super. Gorzej jest następnego dnia z rana – oboje budzimy się z paskudnym zatruciem.

Pomimo kiepskiego początku dnia nie tracimy nadziei – kozy czekają. Najpierw jednak idziemy wszyscy na souk. W mniejszych miejscowościach souk odbywa się raz w tygodniu, jest jakby miejskim świętem.

A na zakupy można przyjść z małpą
Takie tam na zakupach

Kupujemy mnóstwo owoców, daktyli i pomidorków cherry po 80gr za kilogram (!). Razem z Angelą (Niemką, która też nocuje u Willa) idziemy w stronę wylotówki na Marrakesz, żeby razem poszukać kóz. Po drodze mijamy coś, co na mapie figurowało jako Essaouira Forest. W rzeczywistości jest to bardzo duży, ogrodzony teren zielony, gdzie pierwsze, co rzuca się w oczy, to przeogromne ilości śmieci. Idąc dalej wzdłuż ogrodzenia, spotykamy tam…

Problem?
Wielbłądy! Tak po prostu, stały sobie przy ogrodzeniu i patrzyły się na nas.

W końcu docieramy na upatrzone rondo. Wystawiamy kciuk i… w ciągu 5 minut mamy pierwszą podwózkę! Potem kolejną łapiemy równie szybko. Niestety, pogoda nam nie dopisuje. Robi się pochmurno, trochę deszczowo, kóz nie widać. Kierowcy mówią, że w taką pogodę się ich raczej nie spotka. Poza tym, podobno jest ich więcej przy drodze w stronę Agadiru. Niestety, dziś się nie udaje.

Plusem tego dnia jest fakt, że przetestowaliśmy autostopa. Jest bezpiecznie, łapie się szybko nawet w 3 osoby, kierowcy są bardzo mili i nie chcą pieniędzy (czego bardzo się obawiałam na początku – nie lubię w każdym samochodzie tłumaczyć, że autostop to podwózki za darmo, zwłaszcza gdy nie znamy z kierowcą wspólnego języka). A jako że nie ma za bardzo autobusów do wszystkich miejsc, które chcemy odwiedzić (albo trzeba by się tam dostawać bardzo naokoło), już wiemy jak zwiedzimy Maroko.

Plan zakładał, że następnego dnia dotrzemy do Ouarzazatu. Nie odpuszczamy jednak kóz, nie po to jechaliśmy tu żebrackim autobusem, żeby ich nie zobaczyć. Rano wychodzimy na wylotówkę w stronę Agadiru. Pomimo niewielkiego ruchu, szybko łapiemy pierwszą okazję. Okazja za okazją, a kóz nie widać. Morale w drużynie opadają, zaczynamy godzić się z porażką, aż tu nagle – są! Krzyczymy do kierowcy Please, stop now! STOP! STOP! Nieco zdziwiony zatrzymuje się, a my mega szczęśliwi zakradamy się popatrzeć z bliska.

Kozy na drzewach!
Połowa stada na jednym drzewie! Czarne są, to słabo widać. Ale one tam SĄ.

 

Rodzinne pogaduchy przy arganowym śniadanku
Rodzinne pogaduchy przy arganowym śniadanku

 

Dało się podejść tak blisko i się nie bały
Dało się podejść tak blisko i się nie bały

Trzeba by jeszcze dodać, że Internet nie kłamał. One naprawdę tak krzyczą, jak w tych wszystkich filmikach na YouTube. Są przezabawne, więc spędzamy tam sporo czasu. Wiadomo już, że dziś nie dojedziemy do Ouarzazatu. Taka odległość w Polsce byłaby do pokonania, ale w Maroko podwózki, które się trafiają zwykle są na krótkie dystanse. Na szczęście plan jest elastyczny. Było warto go dziś nagiąć.

Na koniec trasa z tego dnia (N1 to orientacyjne miejsce naszych kóz):


O największych zagrożeniach autostopowych w Maroko oraz o tym, jak rosła w nas sympatia do tego kraju i ludzi, przeczytacie w następnym wpisie [klik].