Ucieczka przed śniegiem [Maroko 5/7]

Wracając od małp wstępujemy do Azilal zabrać z hotelu nasze plecaki i jechać dalej. Okazuje się, że tego dnia w miasteczku jest souk, postanawiamy go jeszcze odwiedzić. To największy i zdecydowanie najciekawszy souk, na którym przyszło nam być. Souk okupuje ogromną przestrzeń na obrzeżach miasteczka i jest podzielony na strefy: z ubraniami (raczej tania chińszczyzna), z rzeczami używanymi wszelakiej maści, z owocami, z warzywami, z ciastkami i daktylami, a także strefę z mięsem surowym i grillowanym, nie brakuje też miejsca do modlitwy. Można tam spędzić naprawdę dużo czasu, kupując pyszne daktyle 4 razy taniej niż np. w Marrakeszu. Ponieważ małpy zjadły nam większość śniadania, nasze brzuchy sugerują nam, że tam, gdzie się dymi i pachnie mięskiem, jest bardzo fajnie. I faktycznie jest

Souk
Bazarowa stołówka. Polecamy!

 

Souk
Lokalny mięsny. Na co komu lodówka?

 

Można tu kupić np. surową pierś kurczaka na jednym stanowisku, na drugim Pan nam ją przyrządzi, a następnie popijając herbatkę zjemy nasz obiadek pomiędzy innymi Marokańczykami. Są też opcje szybsze (do grillowania jest niemała kolejka). Postanawiamy kupić na spróbowanie miejscowy „kebab”, czyli bułkę wypełnioną mięsem z cebulą i oliwkami. Wszystko smażone razem, doprawione marokańskimi przyprawami. Mięso okazuje się być wątróbką. Pomimo całej swojej nienawiści do tego specyficznego mięsa, hodowanej skrupulatnie od dzieciństwa, smakuje mi. I to bardzo. Autentycznie jest pyszna. Jedyna wątróbka w życiu, którą zjadam ze smakiem. Zamawiamy drugą porcję, i siedząc na plastikowym stołeczku dostajemy jeszcze po szklance napoju. Obiad na dziś mamy z głowy.

Po jedzeniu kupujemy jeszcze zapas owoców, odbieramy z hotelu plecaki i ruszamy. Następnym punktem programu jest jezioro Bin El Ouidane, które z góry prezentuje się bardzo ładnie:

Bin El Ouidane
Bin El Ouidane

Trafia nam się ciekawa podwózka – troje marokańskich nastolatków zupełnie odbiegających od stereotypu. Chłopak i dwie koleżanki, ubrane po europejsku (miały nawet głębokie dekolty!), wybrali się nad jezioro, żeby dziewczynki mogły porobić sobie tzw. „sweet focie”. Nie spodziewaliśmy się takich atrakcji w Maroko. Spędzamy razem trochę czasu nad jeziorem, które z bliska sporo traci na uroku, ale udaje nam się złapać taki np. widoczek:

Bin El Ouidane
Łódeczka

 

Z szaloną młodzieżą jedziemy dalej do Beni Mellal, gdzie jesteśmy umówieni na nocleg z Jacobem z Couchsurfingu. Podróż obfituje w śpiewy do głośnej muzyki oraz tańce (w samochodzie oczywiście). Na miejscu okazuje się, że Jacob podał nam zły adres, na domiar złego akurat skończył nam się pakiet internetu, więc kontakt jest utrudniony. Sklepikarz, od którego kupujemy doładowanie bardzo angażuje się w pomoc. Dzwoni do Jacoba kilka razy, pomaga nam aktywować nowy pakiet, w międzyczasie obsługuje swoich klientów. Czekając na Jacoba zagaduje do nas Youness  – na oko młodszy od nas chłopak. Chwilę rozmawiamy, po czym zaprasza nas do siebie do domu (!). Mówi, że możemy nocować u niego, przynosi nam daktyle, wymieniamy się numerami. Byliśmy już wcześniej umówieni z Jacobem, więc nie chcemy w ostatniej chwili zmieniać planów (tym bardziej, że ten już po nas idzie, bo pan ze sklepu wytłumaczył mu, gdzie czekamy), nie mniej jednak po raz kolejny jesteśmy bardzo zaskoczeni marokańską gościnnością. Youness do dziś czasem do nas pisze.

Gdy w końcu udaje nam się spotkać z Jacobem, idziemy do mieszkania zostawić plecaki, po czym wybieramy się pospacerować po Beni Mellal. Samo miasto nie powala, ale na obrzeżach znajduje się ładny park. Nasz host okazuje się być najlepiej mówiącą po angielsku osobą spotkaną przez nas w Maroko, a poziom jego energii jest chyba powyżej 9000! Następnego dnia wybieramy się do wspomnianego wyżej parku oraz na zakupy – chcemy kupić djellabę, czyli tradycyjną marokańską szatę. Postanowiliśmy kupić ją tutaj, ponieważ to ostatnia (według planu) nieturystyczna miejscowość na naszej drodze. Zabieramy ze sobą Jacoba, żeby jako miejscowy wynegocjował lepszą cenę. Niestety, w wyniku drobnego nieporozumienia Michał kupuje djellabę trochę drożej, niż na początku myśleliśmy. Lepszym miejscem na kupno jej jest Ouzanne, ale będąc tutaj jeszcze nie wiemy, że będziemy tam. O bazarku w Ouzanne opowiemy później.

Tego samego dnia planujemy dotrzeć do Fesu, zatrzymując się wcześniej w Ifrane – wiosce polecanej przez wielu miejscowych. Złapanie stopa przy dość ruchliwej drodze w Beni Mellal, nie przy samej wylotówce, wymaga odrobinę więcej czasu niż do tej pory, ale wciąż nie można powiedzieć, że czekamy długo. Gdy w końcu zatrzymuje się samochód, mamy kupę szczęścia – podwózka jest do samego Ifrane (230km!). Zabiera nas trzech kuzynów, jeden z nich mówi trochę po angielsku, reszta wcale. Podczas rozmowy, dostajemy zaproszenie na obiad – proponują nam wstąpienie do domu siostry kierowcy na kuskus. Jest piątek, czyli najważniejszy dzień tygodnia dla muzułmanów, a tradycją jest rodzinne jedzenie kuskusa. Mamy więc okazję uczestniczyć w rodzinnym święcie.

Couscous
Już z pełnymi brzuchami wcinamy pomarańcze.

Ifrane, które planowaliśmy zobaczyć, to wioska, w której w Maroko można pojeździć na nartach. W zimie zdarzają się tam opady śniegu (mimo że w innych częściach kraju temperatura w dzień to ok 25⁰C), więc w wiosce są domki ze spadzistymi dachami (zupełnie jak w Polsce w górach) i wyciągi narciarskie. Kiedy wysiadamy na miejscu, niska temperatura daje o sobie znać, a wiatr urywa głowę. Warunki średnio sprzyjają zwiedzaniu, ale co gorsza dzień nam się kończy – nasz kierowca nie był piratem drogowym, a rodzinny obiad nie trwał 5 minut. Mamy 20 minut do zmroku i musimy szybko zdecydować, czy zwiedzamy Ifrane i zostajemy tu na noc, czy jedziemy dalej do Fesu. Wybieramy drugą opcję. Szybko łapiemy podwózkę (a zabiera nas Amerykanin, który jest profesorem filozofii na miejscowym uniwersytecie i mówi płynnie po: angielsku, arabsku, hiszpańsku i francusku i ma do opowiedzenia historie chyba ze 40 różnych krajów, które odwiedził, w tym z Polski) i już po zmroku docieramy do mieszkania naszego hosta. Następnego dnia okazuje się, że tej nocy w Ifrane spadło ponad metr śniegu i droga do Fesu jest nieprzejezdna. A jako, że to był piątek, były spore szanse, że pług przyjedzie dopiero w poniedziałek. Gdybyśmy zdecydowali się tam zostać, prawdopodobnie utknęlibyśmy na kilka dni, kompletnie nieprzygotowani na zimowe warunki. Dobre decyzje!


O deszczowym Fesie i najlepszym śniadaniu w Maroko przeczytacie w następnym wpisie [klik].

Dodaj komentarz