TĘCZOWA GÓRA – jak mieć ją tylko dla siebie?

Za następny cel obieramy sobie tęczową górę Vinicunca, nazywaną również Cerro Colorado („Kolorowe wzgórze”) lub „Montaña de Los Siete Colores” („Góra siedmiu kolorów”).

Geneza

Swoje niezwykłe ubarwienie Vinicunca zawdzięcza warstwowemu układaniu się minerałów przez miliony lat. Warstwy powstawały na płaskim terenie, a później, w wyniku ruchów tektonicznych doszło do wypiętrzenia i pochylenia. Za poszczególne kolory odpowiedzialne są:

  • czerwona glina z błotem i piaskiem – różowy;
  • piaskowiec kwarcowy i margle, bogate w węglan wapnia – białawy;
  • glina (żelazo) i iły z górnego trzeciorzędu – czerwony;
  • związek fylitu i gliny bogaty w magnezjan żelaza – zielony;
  • fanglomerat skał i magnezu z ery czwartorzędu – brązowy, ziemisty kolor;
  • piaskowce wapienne bogate w minerały siarkowe – żółty musztardowy.

Podobne kolory widywaliśmy wcześniej w górach w Boliwii, podczas trekkingu w kraterze Maragua, jednak tam nie układały się w tak precyzyjne, geometryczne wzory.

Wycieczki

Z Cusco codziennie wyrusza mnóstwo wycieczek, które dowożą turystów na miejsce, karmią (śniadanie + obiad), opowiadają różne ciekawostki. Ceny wahają się od 55 do 90 soli za osobę (1 sol to ok. 1,12 PLN), i nie uwzględniają biletu wstępu (10 soli). Jest to najprostsza forma odwiedzenia góry, ale ma jedną, OGROMNĄ wadę. Zwiedza się z tłumem turystów, czego bardzo nie lubimy. Jesteśmy millenialsami, chcemy mieć wszystko tylko dla siebie. Udajemy się więc na Vinicuncę na własną rękę, sprawdzonym sposobem innych znajomych podróżników.

Jak to zrobić?

Kluczowym jest, aby dostać się do miejscowości Checacupe, leżącej ok. 100 km na południe od Cusco. Miejscowość znajduje się przy głównej trasie Puno – Cusco, jeśli jedziecie więc od południa tak jak my, dowolny autobus do Cusco może was tam podwieźć. Jadąc z Cusco cena przejazdu to ok. 6 soli.

Dalej, w Checacupe wsiadamy w busik do Pitumarki, który kosztuje 1 sola.

W Pitumarce idziemy na koniec wsi i nocujemy w hosteliku „Hospedaje Huaman”. Za pokój 2-osobowy płacimy 25 soli. Przy hostelu jest też mała jadłodajnia (trochę trudno mi nazwać to restauracją), gdzie za 4 sole można zjeść smaczny, domowy, dwudaniowy obiad z piciem.

O tutaj się śpi

Z Pitumarki, spod hostelu, gdzie nocujemy, o 3 nad ranem wyruszają 2 ciężarówki i autobus z ludźmi, którzy pracują na szlaku do Tęczowej Góry. Sprzedają przekąski, ubrania, prowadzą turystów na koniach prawie pod sam szczyt. Właśnie z tymi ludźmi dojeżdżamy na szlak. Kluczowym jest nocowanie właśnie w wymienionym przez nas hostelu, ponieważ pan, który tam mieszka (tata dziewczyny, która otworzyła nam drzwi i pokazywała pokój) również pracuje na szlaku i codziennie o 3 jeździ pod Tęczową Górę. Można więc z nim porozmawiać dzień wcześniej. Umówiliśmy się, że przyjdzie po nas do pokoju o 2.30 i razem pójdziemy na autobus. Przejazd autobusem kosztuje 6 soli, a ciężarówką na pace, z jakiegoś powodu, 7 soli. Oczywiście autobusem jest wygodniej i może dlatego musieliśmy być gotowi już na pół godziny przed odjazdem, żeby na pewno móc zająć w nim miejsce.

Na szlak dojeżdża się o 4.30. My byliśmy tam 3 lipca, czyli w zimie, i było strasznie zimno. Pan z hostelu proponował nam, że możemy posiedzieć jeszcze w autobusie i zjeść śniadanie czekając, aż się rozwidni. My jednak uzbrojeni w absolutnie wszystkie ubrania, przy świetle czołówek i księżyca ruszyliśmy na szlak. O tej godzinie nie ma jeszcze nikogo sprzedającego bilety, można więc oszczędzić 10 soli na wejściówce.

Na szlaku świecą się też oczy alpak

Podejście jest łatwe, mamy do pokonania ok. 600 metrów przewyższenia rozciągnięte na odcinku ok. 5 km. Jedynie końcówka jest bardziej stroma, ale wciąż nie jest to trudny szlak. Jedyne utrudnienie to wysokość. Szczyt znajduje się na 5100 m n.p.m. i bez wcześniejszej aklimatyzacji można się bardzo źle czuć. Mimo, że od kilku tygodni przebywaliśmy ciągle na wysokościach powyżej 3000 m n.p.m., i tak odczuwam lekkie zawroty głowy i mam trudności z oddychaniem. Michałowi oczywiście nic nie jest i dziarskim krokiem pruje pod górę.

Rozwidnia się, kiedy zbliżamy się do wierzchołka, a kiedy stajemy na sąsiednim szczycie, skąd podziwia się Vinicuncę, pierwsze promienie słońca zaczynają przebijać się znad otaczających nas gór. Jest pięknie. I oprócz nas nie ma absolutnie nikogo.

Słońce powoli wystaje znad gór…
…i oświetla tęczową górę

Dalej idziemy do Valle Roja, czyli Czerwonej Doliny. To zaledwie niecały kilometr dalej, ale z jakiegoś powodu wiele osób już tam nie dociera. A zdecydowanie warto, widoki są oszałamiające. Niestety nas przegania stamtąd lodowaty wiatr, który nie pozwala długo cieszyć się panoramą.

Wracamy znowu podziwiać Górę 7 Kolorów, robimy więcej zdjęć, nadal nie ma nikogo. Powoli zaczynamy schodzić ze szlaku. Mniej więcej w 1/3 drogi mija nas pierwsza grupa turystów udająca się na szczyt na koniach. Chwilę później kolejna, a dalej jest już dosłownie rzeka ludzi. Jak na Giewoncie. Około 9:00 schodzimy ze szlaku na parking, skąd zaczęliśmy. Czyli całość zajęła nam jakieś 4,5 godziny, kiedy w ciszy i spokoju mogliśmy nacieszyć się widokami przy pierwszych promieniach słońca.

Ścieżka prowadząca do czerwonej doliny
Glina kontemplujący
I dolina sama w sobie

Powrót

To chyba jedyny słaby punkt tego rozwiązania. O 9 wiele wycieczek dopiero zaczyna wchodzić na szczyt, nikt jeszcze nie wraca. Można do Pitumarki wrócić taksówką (wiele osób z chęcią Was tam zabierze), jednak cena waha się od 50 do 80 soli, w zależności od umiejętności negocjacji. My mieliśmy nadzieję zabrać się z pierwszą grupą, która schodziła z góry. Okazało się jednak, że to prywatna wycieczka i mimo, że bus był w połowie pusty, nie mogą nas zabrać, bo szef jak się dowie, to wszystkich zwolni i w ogóle to świat się skończy. Większość grup zaczyna wracać między 13:00 a 15:00, mając więc pecha można bardzo długo czekać na transport. Na szczęście oczekiwanie na kogoś, kto chciałby nas zabrać na dół możemy umilić sobie oglądaniem meczu Szwecja – Szwajcaria (z atrakcjami w trakcie, np. goniącym nas, sfrustrowanym indykiem). Ostatecznie wracamy po ok. 2,5 godzinach z taksówkarzem, który przywiózł tam turystów, ale nie umówił się z nimi na powrót. Nie musiał więc na nich czekać, a i tak musiał wrócić do Pitumarki. Dlatego cena jest rozsądna – 10 soli. Po drodze zabiera też miejscowych i chyba bijemy rekord, jeśli chodzi o liczbę osób w samochodzie kombi – 10 dorosłych i trójka dzieci. Nie pytajcie jak.

Wiemy też, że naszym znajomym taka sama opcja powrotu trafiła się dużo szybciej, czekali maksymalnie pół godziny. Wszystko jest kwestią szczęścia, jeśli jednak nie chce się wydawać majątku na taksówkę trzeba się liczyć z dłuższym czekaniem. Ale najlepiej to dobrać się w 4 osoby, wtedy powrót taksówką za 50 soli totalnie ma sens.

Zabieramy plecaki z hostelu (bez problemu można je tam zostawić na czas zwiedzania), jeszcze raz jemy obiad za 4 sole, i wracamy. Czyli busik do Checacupe za sola, i stamtąd autobus do Cusco za 6,5 sola. Zdecydowanie warto było wstać rano!

Dodaj komentarz

3 komentarze “TĘCZOWA GÓRA – jak mieć ją tylko dla siebie?”