STRASZNIE GŁOŚNO, NIESAMOWICIE BLISKO. Nie zadzieraj z wodospadem…

Park narodowy Chapada Diamantina znajduje się w centralnej części stanu Bahia. Wielu Brazylijczyków mówi, że to najpiękniejsze miejsce w Brazylii. Park obfituje we wzgórza, wąwozy, rzeki i wodospady, był więc dla nas oczywistym kierunkiem po Salvadorze. Nie wiedzieliśmy jednak, że trochę przez nasze niedopatrzenie, a trochę przez ogromnego pecha znajdziemy się w sytuacji, kiedy nasze życie zawisło na włosku.

Jesteśmy w Lençois, miasteczku z którego wychodzą szlaki do parku. Wybraliśmy się na 3-dniowy trekking. Pierwszego dnia mieliśmy przejść do Caete-Açu, miasteczka po drugiej stronie parku, następnego dnia zamierzaliśmy wybrać się zobaczyć wodospady na zachód od Caete i rozpocząć powrót do Lençois, rozbijając namiot w oznaczonym na mapie miejscu w górach i ostatniego dnia wrócić punktu startu. Według ulotki z hostelu trasa na pierwszy dzień to 25km, które da się pokonać w 7 godzin. Na naszej mapce z GPSem (maps.me) były 2 szlaki do Caete, a jako że nie lubimy chodzić tą samą drogą pomyśleliśmy, że pójdziemy jednym i wrócimy drugim. Zostawiliśmy większość rzeczy w hostelu, zabierając ze sobą tylko najpotrzebniejszy sprzęt, oraz zapas jedzenia i wody na 1,5 dnia z myślą, że zaopatrzymy się w Caete.

A może to żółw?

Ruszamy. Szlak jest strasznie zarośnięty, przez większość czasu przedzieramy się przez drapiące chaszcze, generalnie jest bardzo ciężko. Nie spotykamy nikogo na trasie, ale w końcu jest już po sezonie, a co jakiś czas na kamieniu są wydrapane strzałki, więc mamy poczucie, że dobrze idziemy. Poza tym GPS pokazuje, że jesteśmy na szlaku. Kontrolując czas i przebytą odległość uświadamiamy sobie, że idziemy dużo wolniej niż powinniśmy, jeśli mielibyśmy przejść szlak w 7 godzin. W pewnym momencie dochodzimy do rzeki. Przeprawiamy się bez problemu na drugą stronę, robimy postój, zjadamy obiad i kąpiemy się w przyjemnie chłodnej wodzie. W końcu upał jest srogi, słońce pali niemiłosiernie, a plecaki swoje ważą (każdy po 2 duże butelki wody, namiot, karimaty, jedzenie, sprzęt… trochę się nazbierało). Dalsza część szlaku to przedzieranie się przez wyschnięte koryto drugiej rzeki, która łączyła się z tą pierwszą. Droga wiedzie wąwozem z kilkusetmetrowymi ścianami, na dnie są ogromne, omszałe i śliskie kamienie, a po bokach gęsta dżungla lub od razu ściana. Co chwila trzeba się wspinać, chodzić na czworaka, kucać, wstawać, zeskakiwać… Nie jest łatwo.

Dżunglą czy po śliskich kamieniach?

Idziemy i patrzymy na tę naszą mapkę w GPSie, i dopiero teraz, na dużym przybliżeniu okazuje się, że szlak, którym idziemy wcale nie łączy Lençois i Caete-Açu. Jest w nim przerwa ok. 50 metrów, to znaczy z obu miasteczek idą ścieżki, ale nie spotykają się. No i dochodzimy do tej przerwy – na końcu naszego wąwozu z wyschniętą rzeką jest skalna ściana, z której spływa mały wodospadzik do płytkiego jeziorka. Jest 17, za godzinę zmrok. Przejście tego koryta zajęło nam 2 godziny, więc nie zdążymy już wrócić za dnia, poza tym jesteśmy bardzo zmęczeni. Na wielkim płaskim kamieniu powyżej jeziorka rozbijamy namiot, żeby przeczekać noc i następnego dnia wracać do Lençois. Jest tu też miejsce po ognisku, całkiem świeże, widocznie nie tylko my zabrnęliśmy w ten ślepy zaułek. Jest całkiem przyjemnie, bo można się umyć pod wodospadem jak pod prysznicem, woda cicho szumi, żaby kumkają w małym jeziorku pod nim, głaz jest płaski i wygodny, jak się na niego położy karimatę. Jesteśmy nawet na tyle przezorni, żeby przegotować na ognisku 3 butelki wody, aby mieć jej wystarczająco  na powrót. Wtedy myśleliśmy sobie, że najgorsze, co może być, to powrót następnego dnia do Lençois tą samą drogą, która nie była zbyt przyjemna. No i poczucie, że nie udało nam się dotrzeć do Caete-Açu i zrealizować planu. Idziemy spać, w oddali lekko się błyska. W nocy zaczyna padać, ale mamy odciągi od namiotu zabezpieczone kamieniami, więc się nie boimy. Namiot przeżył już parę ulew, więc przewracamy się na drugi bok i smacznie śpimy dalej.

50 metrów przerwy
Fajne schodki, tylko strasznie śliskie

Deszcz nie przestaje padać. Pada bardziej. Coraz bardziej. Niebo co chwila rozświetlają błyskawice. Około godziny 3 budzi nas niesamowity huk, Michał wychodzi z namiotu zobaczyć co się dzieje. Okazuje się, że malutki wodospad  przerodził się w rozszalałą bestię. NIGDY nie widzieliśmy takiej masy wody uderzającej z takim impetem. A to zaledwie parę metrów od naszego namiotu. Jeziorko zaczęło przybierać w zastraszającym tempie. Michał szybko wybiegł zorientować się w sytuacji i powyżej naszego głazu znalazł skalną jamę, do której możemy się schować. Krzyknął, że natychmiast zabieramy cały namiot z rzeczami w środku i po śliskich skalnych stopniach wspinamy się do jaskini. W momencie, gdy dotarliśmy do jamy 5 metrów wyżej, nasz głaz już był pod wodą. Wodospad huczy dosłownie jak startujący samolot, pioruny walą dookoła i w następujących co chwila rozbłyskach widzimy, że nasza JEDYNA droga powrotu zamieniła się w rwącą, górską rzekę, a poziom wody cały czas się podnosi i zbliża do naszej kryjówki. Wtedy nikt nie powiedział tego głośno, ale oboje myśleliśmy, że to może być koniec. Że możemy już nie wrócić. Gdyby woda sięgnęła do naszej jaskini, nie byłoby już żadnej ucieczki. Jedyną możliwością byłoby trzymanie się drzewa rosnącego obok z nadzieją, że ono nie spłynie w dół razem z żywiołem i damy radę się go utrzymać.  Złożyliśmy namiot, spakowaliśmy plecaki i zabezpieczyliśmy rzeczy w środku. Na szczęście poziom wody ustabilizował się i mieliśmy wrażenie, że póki co jesteśmy bezpieczni w swojej jaskini.

Godzina 4, co jakiś czas świecimy czołówką, żeby sprawdzić, czy sytuacja z tragicznej nie zmienia się w jeszcze gorszą. Obecne wyjścia z sytuacji to albo wspinaczka po pionowej ścianie (czyli pewne poślizgnięcie się i śmierć), albo droga w dół rwącą rzeką (czyli pewne wpadnięcie do niej i utonięcie). Chcemy wzywać pomoc, ale niespodzianka. Nie ma nawet krztyny zasięgu. Jesteśmy zdani tylko na siebie. Do 6 marzniemy w ciemnościach. Wraz ze świtem ukazuje nam się obraz nędzy i rozpaczy. Wszystko poniżej naszej jaskini to śmiercionośny żywioł. Nie możemy się ruszyć na krok. Całe szczęście, że chociaż mamy jamę, to na nas nie pada. Jak długo przyjdzie nam tu czekać, aż rzeka się uspokoi? Godziny? Dni? Nie mamy nawet bluzy ani śpiwora, tylko prześcieradła turystyczne, bo przecież tu zawsze jest tak gorąco. Owijamy się w to, co mamy, kulimy się i idziemy spać, bo nic innego nam nie pozostało.

Nasze schronienie
Wodospad ok 7 rano. Pod tym dużym kamieniem w prawym dolnym rogu było ognisko, a obok stał nasz namiot.

Budzimy się około 8. Okazuje się, że wodospad zaczął się powoli zmniejszać, poziom wody w rzece powoli zaczął opadać, nurt też przestaje być taki silny, nawet nieśmiało wychodzi słońce. Około 12 widzimy szansę przedarcia się bokiem rzeki. Postanawiamy, że uciekamy z tej pułapki, gdyż w oddali znowu grzmi, a nie mamy szans długo przetrwać w jamie bez jedzenia i ciepłych ubrań. Zabezpieczamy wszystkie rzeczy torbami foliowymi z przekonaniem, że na pewno skąpiemy się po drodze. Jemy skromne śniadanie – resztkę makaronu z wczoraj (podpsutą już trochę) i 3 jajka na twardo. Gramoląc się po kamieniach, albo przez chaszcze (zbierając twarzą pajęczyny należące do pająków wielkich jak dłoń), albo przez wodę w płytszych miejscach, powoli, często na czworaka, przeprawiamy się w dół rzeki. Wiele razy trzeba było się wracać, gdyż napotykaliśmy skalną ścianę, a nie było możliwości przeprawienia się na drugą stronę.  Przejście 2,5 km zajęło nam 4 godziny, po których szczęśliwie docieramy do miejsca, gdzie bezpiecznie można rozbić namiot i przeczekać noc.

Jedna z wielu przepraw na drugą stronę rzeki
Bezpieczne obozowisko

Jesteśmy rozbici za pierwszą rzeką, przy której robiliśmy sobie przyjemny postój pierwszego dnia, jeszcze niczego nie świadomi. Miejsce jest dobre, dużo powyżej rzeki i widać, że woda nie dotarła tam poprzedniej nocy. Udaje się nawet po raz pierwszy wbić wszystkie śledzie i namiot jest wzorowo naciągnięty. Jemy kolację – kostkę sera (lekko nadpsutą) i kilka herbatników i idziemy spać z myślą, że następnego dnia została nam już tylko stosunkowo łatwa, ostatnia prosta do Lençois. Koniec dnia 2. Błyska się.

W nocy znów przechodzi potężna burza. Pobliska rzeka również przeradza się w rwące monstrum, ale na szczęście nie zbliża się zanadto do naszego obozowiska. Namiot oparł się ulewie, ale śpimy dość niespokojnie mając jeszcze świeże wspomnienia z poprzedniej nocy. Rano nadal pada. Droga powrotna okazuje się dużo trudniejsza, niż myśleliśmy. Wcale to nie jest ostatnia prosta. W wielu miejscach szlak powrotny zamienił się w jeziora i rzeki, których wcześniej nie było. Idziemy w ulewie, przedzierając się przez dżunglę, wywracając się na śliskich kamieniach i co jakiś czas brodząc po kolana w wodzie. Mamy jednak w głowie to, że gdybyśmy zostali w jamie, to moglibyśmy zostać tam uwięzieni na kolejne dni. Na szczęście w końcu docieramy do miasta. Głodni, przemoczeni i po wielu wywrotkach kupujemy sobie Fantę i zapiekankę. Nigdy nie smakowało nam to tak bardzo. Straty, jakie ponieśliśmy to pogięty pałąk od namiotu, wiele siniaków i zadrapań i nadwyrężone kolana Oli – po trzech dniach intensywnego użytkowania bardzo dają się we znaki, a jedno napuchło.

Ciągle pada!
Ścieżki zamieniły się w rzeki…

Przez moment myśleliśmy, żeby nie opisywać tej historii na blogu. Lekko nam wstyd, bo czujemy się trochę jakbyśmy byli turystami wybierającymi się w japonkach na Rysy (notabene tutejsi przewodnicy prowadzą turystów wyłącznie w japonkach). Ale wynieśliśmy z tej przygody bardzo cenną lekcję odnośnie szacunku do przyrody, dostrzegania znaków na niebie i ziemi oraz dobrego planowania trasy i przygotowania do niej. Może ktoś z Was skorzysta i nauczy się czegoś na naszych błędach. Co mogliśmy zrobić lepiej?

  1. Wypytać w mieście o szlaki – nawet chcieliśmy, zaraz po przyjechaniu do Lençois. Ale akurat informacja była zamknięta, a potem wyleciało nam to z głowy. Trzeba było próbować do skutku, porozmawiać z kimś stąd. Pewnie powiedziałby nam, że tamtędy nie da się dojść do Caete, albo nawet pokazał na mapie przerwę w szlaku.
  2. Powiedzieć gdzie idziemy – nikt nie wiedział dokąd poszliśmy, ani którędy. A jako że szliśmy szlakiem prowadzącym donikąd, nikt by nas tam pewnie nie szukał. Zawsze warto poinformować kogoś, dokąd idziesz w góry. My zostawiając większość rzeczy w hostelu mogliśmy powiedzieć na przykład właścicielce.
  3. Zawsze brać w góry kurtkę! – choćby nie wiem jak było gorąco i jak kurtka by nie ciążyła. Nam akurat się udało, ale gdyby nie przestawało padać i musielibyśmy czekać w jaskini kilka dni, wracalibyśmy potem przemarznięci i niedożywieni. A to nie wróży dużo sił na długi marsz.
  4. Znać telefony alarmowe w danym kraju – wstyd się przyznać – nie znaliśmy. Kojarzyliśmy chyba tylko numer na policję drogową. W naszym przypadku to i tak nic nie zmieniło, bo nigdzie nie było ani grama zasięgu. ALE gdyby był, nie wiedzielibyśmy jak wezwać pomoc… Teraz już mamy karteczki z numerami za obudową telefonu. I polecamy takie rozwiązanie nawet będąc w Polsce. 999, 998, 997 – te numery są nam wpajane od dzieciństwa. Ale gdy w zeszłym roku w stresowej sytuacji Ola musiała wezwać karetkę, to jak słowo daję – w nerwach i emocjach nie pamiętała numeru.
  5. Sprawdzić prognozę pogody. Nawet jeśli jest lato, ewidentnie sucho i nic nie wskazuje na zmianę pogody, zawsze niespodziewanie może pojawić się burza. A serwisy pogodowe zazwyczaj wiedzą o tym wcześniej.
  6. Zwracać uwagę na przyrodę. Jeśli idziemy suchym wąwozem w górach, to prawie na pewno zamieni się on po opadach w rzekę. W szczególności mogą na to wskazywać pnie leżące w jego świetle, brak drzew rosnących na środku lub jeśli już jakieś rosną – to są to zazwyczaj tylko krzaki nachylone w kierunku potencjalnego nurtu.
  7. Jeżeli droga powrotna jest tylko jedna, trzeba być pewnym, że będziemy w stanie nią wrócić i spróbować przewidzieć, w jaki sposób może ona zostać odcięta.
Polecamy takie rozwiązanie

Wiecie co? Dobrze jest żyć 🙂

Dodaj komentarz

2 komentarze “STRASZNIE GŁOŚNO, NIESAMOWICIE BLISKO. Nie zadzieraj z wodospadem…”