Spoko Maroko, czyli autostopowa wycieczka po Maroko [1/7]

Chyba wolałabym, żebyśmy nie jeździli tam na stopa. Podobno nie jest zbyt bezpiecznie, a Filip mówił, że transport tam nie jest taki drogi… – Mówiłam, jeszcze zanim zaczęła się nasza podróż na czarny ląd. Na miejscu jednak nasze plany się pozmieniały. Jak się później okazało, największe zagrożenie, jakie czyha na autostopowicza w Maroko, to śmierć. Z przejedzenia. Dlaczego? Zapraszamy do przeczytania relacji z 2-tygodniowej wyprawy po tym niezwykłym kraju.

.Początek

Lądujemy w Marrakeszu późno, bo po 22. Musimy z lotniska dostać się na obrzeża miasta, gdzie mieszka Ahmed, nasz host z Couchsurfingu. Wsiadamy do autobusu, który wyrzuca nas w okolicach centrum, skąd bierzemy taksówkę. Pierwsze próby targowania się spełzają na niczym – kurs jest nocny, a taksówkarz wie, że oprócz niego nie mamy innych opcji. Jedziemy. Ulica, która prowadzi do osiedla naszego gospodarza jest za dnia lokalnym bazarem z owocami, warzywami i pieczywem. Kiedy przejeżdżamy nią pierwszy raz w nocy, uderza nas „urok” Maroka: ciemno i ponuro, sterty śmieci wszędzie, jacyś chłopcy odbijają piłkę, gdzieś wałęsają się bezdomne osły, koty, psy i konie, jeden nawet wygląda na martwego (!). Pierwsza myśl? Zginiemy tu! Taksówkarz nie może znaleźć adresu, ale dzwoni do Ahmeda, który tłumaczy mu gdzie ma podjechać. Ahmed wychodzi po nas z mieszkania, a taksówkarz czeka, aż ten nas odbierze. W przypływie ulgi, że nie musimy błądzić pomiędzy tymi „romantycznymi” uliczkami, dajemy taksówkarzowi napiwek, mimo, że na początku chcieliśmy się targować. Wtedy naprawdę myśleliśmy, że uratował nam życie. W mieszkaniu poznajemy 3 współlokatorów Ahmeda, niestety, tylko Ahmed mówi po angielsku. Chłopcy są bardzo mili, ale nie da się nie zwrócić uwagi na niesamowity brud w mieszkaniu. Dlaczego tak jest? O tym później.

Rano nasz mroczny bazarek nie wygląda już tak strasznie. Co prawda pozostawione bez opieki konie jedzące resztki ze śmietnika sprawiają dość ponure wrażenie, ale już nie czujemy się, jakbyśmy mieli tu zginąć.

U nas po śmietnikach buszują koty, a w Maroko konie
U nas po śmietnikach buszują koty, a w Maroko konie

Łapiemy taksówkę, którą mamy dotrzeć pod mury mediny, czyli starego miasta. Poinformowani przez Ahmeda wiemy, ile powinniśmy zapłacić. Nasze białe twarze jednak nie ułatwiają negocjacji, turysta = pieniądze, a biznes jest biznes. Taksówkarze nie chcą włączać taksometru, tylko umawiają się na konkretną kwotę na początku. Często proponują trzykrotność tego, co powinniśmy zapłacić, a kiedy my mówimy naszą cenę – śmieją się i odjeżdżają. Zawsze jednak udaje się znaleźć w miarę uczciwego taksówkarza, który dowozi nas bezpiecznie do celu, za sensowną kwotę. Warto podkreślić bezpiecznie, ponieważ ruch uliczny można określić jako jeden wielki chaos. Pomiędzy rozpędzonymi samochodami przeciskają się głośne skutery i rowerzyści, wymijając starszych panów na osiołkach czy konne bryczki, a zasady ruchu zdają się nie istnieć.

W Marrakeszu zwiedzamy pałace El Badi i El Bahia. W tym pierwszym spotykamy naszych rodaków na zimowych wakacjach!

Gniazdo z widokiem
To niewątpliwie jest polski bocian

Wybieramy się także do ogrodów Menara, które są reklamą Maroko na wielu pocztówkach. Okazuje się, że poza tym jednym miejscem, skąd pochodzą wszystkie widokówki nie ma tam nic nadzwyczajnego. Nie polecamy. Tym bardziej, że piękny widok na góry atlas można podziwiać także w innych miejscach miasta (prezentuje wyżej wspomniany bociek). Co polecamy, to pokręcić się po prostu po medinie. Drygaś przed wyjazdem powiedział nam: Można to zwiedzić w 1-2 dni. Ale można też spędzić tam tydzień wciąż dziwiąc się jak to wszystko wygląda. I miał rację. Na pierwszy ogień wrzucamy tu piramidy z przypraw.

Te piramidy chyba są oszukane...
Jak oni je robią?

Potem, kręte uliczki mediny. Zapędzając się na souk, czyli lokalny bazar, można czuć się osaczonym. Z każdej strony woła Cię „twój friend”, który chce Ci coś sprzedać. Strach zatrzymać się przy jakimś stoisku żeby coś obejrzeć, bo od razu sprzedawcy zaczynają monolog o tym, jaki to ich towar wspaniały, a cena jaka niska, wow. Nie daj boże odpowiedzieć im na pytanie „What is your price?”, bo nie odpuszczą, a potrafią (podobno) nawet zwyzywać takiego cwanego turystę, co to najpierw ogląda, a potem nie kupuje. Trzeba się też wystrzegać podprowadzaczy, którzy za swoje jakże „cenne” usługi (typu zaprowadzenie Cię do ukrytej, pustej i bardzo drogiej restauracji) życzą sobie pieniędzy. My po uwolnieniu się od takiego „cennego” podprowadzacza trafiamy do knajpy, gdzie jemy naszego pierwszego tajina. Tajine to tradycyjne marokańskie naczynie z gliny, a zarazem nazwa potrawy w nim przygotowywanej. Do dolnej części wrzuca się odpowiednio przyprawione mięso i warzywa i przykrywa się ciężką pokrywką. Całość zostawia się na małym ogniu na 1-4 godziny, wychodzi przepysznie.

Souk
Jedna z szerszych ulic souku

Obowiązkowym punktem jest także plac Jemaa El Fna. To tam spotkamy bębniarzy, panów z kobrami i innymi wężami, ptaki, chaos, przebrane małpki, tancerzy, handlarzy, chaos, stragany z jedzeniem, panie od tatuaży z henny, hałas, chaos i zamieszanie. Tam można się bardzo długo dziwić, że to tak wygląda. Nie popieramy takich przedsięwzięć, małpki na łańcuchu w pieluszce wyglądały raczej smutno, węże żeby nie kąsały turystów musiały być czymś naćpane, ptaki podobnie. Cóż… jaki kraj taki cyrk.

Węże
Węże. Można zrobić sobie zdjęcie mając je owinięte wokół szyi, my jednak wybieramy opcję „z daleka”

Jeszcze przed opuszczeniem Marrakeszu zaprzyjaźniamy się z bazarkiem, który tak nas przeraził pierwszego wieczoru. Zaopatrujemy się w pyszne pomarańcze i banany, a także odkrywamy stoisko z różnymi ciastkami, bułeczkami i pysznymi orzechowo-czekoladowymi babeczkami po 40gr! Ceny tutaj są zdecydowanie dla miejscowych, w przeciwieństwie do turystycznych cen w centrum. Ostatniego dnia kupujemy zapas babeczek i dziarsko ruszamy w dalszą drogę.


O tym, jak przekonaliśmy się do autostopa w Maroko i jak udało nam się zrealizować jeden z obowiązkowych punktów na wyprawie, przeczytacie w następnym wpisie [klik].