Śmierć z przejedzenia [Maroko 3/7]

Po uciesze, jaką sprawiły nam kozy, łapiemy stopa wywrotką do Agadiru. Zatrzymujemy się tam na obiad i decydujemy, że chcemy jechać dalej. Jest godzina 16, powoli robi się późno, a po ciemku lepiej nie stopować. Nie chcemy zostawać w Agadirze, bo słyszeliśmy, że to bardzo turystyczny, nadmorski kurort. Postanawiamy więc jechać do Taroudant, miasteczka ok. 80 km za Agadirem w stronę Ouarzazatu.

Te 80 km robimy na 3 stopy. Pierwszy kierowca mówi trochę po angielsku, co znacznie ułatwia życie, i wyrzuca nas w dobrym miejscu. Kolejny zatrzymuje się pan, który każe wsiadać, mimo, że cały tył samochodu założony jest warzywami. Siadamy więc na tych marchewkach i pomidorach i w drogę. Pan nie jedzie do Taroudant, ale dzięki niemu zostanie nam do celu tylko 30km. Pan mówi po hiszpańsku, więc znów możemy rozmawiać, i upiera się, że wyrzuci nas na postoju taksówek, żebyśmy wzięli taksówkę do celu. Tłumaczymy mu, że nie chcemy jechać taksówką, tylko autostopem. Ostatecznie wyciągamy argument, że nie mamy pieniędzy, chociaż to trochę nie prawda. Co nasz pan na to? Nie martwcie się, ja zapłacę. I tak oto zostajemy wysadzeni przy taksówkach, w dłoń Michała wciskane jest 30dh (ok. 12 zł) pomimo protestów, i przemiły pan ze swoimi marchewkami odjeżdża. Trochę nas zatkało. Uparcie wracamy się do głównej drogi, żeby wymachiwać kciukiem i już po chwili zatrzymuje się kolejny samochód. Nasz kierowca, Abdelhadi mówi po angielsku i mieszka w Taroudant. Podczas rozmowy Abdelhadi pyta, gdzie dzisiaj nocujemy. Nie mamy na to planu, poszukamy jakiegoś hostelu w centrum, na co nasz kierowca odpowiada: Jeśli chcecie, możecie nocować u mnie. Zaraz zadzwonię do żony. I tak też się stało. Onieśmieleni, ale też podekscytowani, jedziemy. Na miejscu poznajemy żonę, synów bliźniaków i 4-letnią córeczkę.

Abdelhadi i jego cudowna rodzina
Abdelhadi i jego cudowna rodzina

Zostajemy porządnie nakarmieni, po czym idziemy z prawie całą rodziną na spacer (żona zostaje w domu, żeby posprzątać po kolacji). Tu wtrącę, że pomimo całej sympatii, której nabraliśmy do tej kultury i ludzi, jedno wciąż nam się nie podoba: tam kobieta zna swoje miejsce. Kobieta jest od dbania o dom, wychowywania dzieci, gotowania, sprzątania. I niczego więcej. Dlatego w domu Ahmeda było tak brudno – nie było tam żadnej kobiety, więc chłopcy nie wiedzieli, że trzeba w domu sprzątać. Powstrzymam się od szczegółowego opisu, ale uwierzcie, że było tam POTWORNIE brudno. Ale wracając do opowieści – mamy plan, żeby w ramach odwdzięczenia się kupić dla wszystkich dużo owoców. Niestety, kiedy nasz gospodarz się o tym dowiaduje, nie pozwala nam zapłacić. Ukradkiem kupujemy kilka kg mandarynek, i to wszystko, co udaje nam się zdziałać. Przechadzając się po medinie chłopcy próbują uczyć nas różnych słów po arabsku i mają niezły ubaw, gdy nieudolnie je powtarzamy.

Następnego dnia wstajemy rano, żeby w miarę wcześnie dojechać do Ouarzazatu. Kiedy jesteśmy już zebrani, na stole czeka pyszne śniadanie. Muzułmańskie rodziny wstają o 6 rano na modlitwę, a potem idą jeszcze spać, jeśli nie muszą tak wcześnie zbierać się do szkoły czy pracy. Tym razem Abdelhadi nie poszedł spać. Udał się do piekarni po świeże bułki i rogale, a jego żona przygotowywała w tym czasie harirę – marokańską zupę. Najedzeni po uszy żegnamy się z tą przemiłą rodziną. Dostajemy na drogę jeszcze torbę owoców, i mnóstwo drobnych prezentów. Nie było mowy o odmowie. To było absolutnie niezwykłe przeżycie. Człowiek, który nas nie znał, zaprosił nas do swojego domu, żeby podzielić się kawałeczkiem swojego życia. Poznaliśmy niesamowicie otwartą, uśmiechniętą rodzinę, z którą spędziliśmy miłe popołudnie. W takich chwilach można poczuć, że poznaje się kraj, a nie tylko go zwiedza.

W ten sposób wyruszamy z Taroudant z brzuchami pełnymi jedzenia, torbą pełną owoców i głową pełną miłych wspomnień. Dodatkowo droga, którą jedziemy dostarcza nam takich widoków:

Taroudant
Majestatyczny Atlas w drodze z Taroudant do Ouarzazate

 

Przez cały czas widok na góry Atlas jest idealny. Nie możemy się nazachwycać. Drugi kierowca, który zabiera nas tego dnia, mówi trochę po angielsku, więc znów udaje nam się uciąć z nim pogawędkę. Jedzie małym dostawczakiem i rozwozi ciastka po sklepach. Przejeżdżając przez jedno z miasteczek, zaprasza nas na śniadanie. Zatrzymujemy się w jednej z wielu kawiarenek i wygrzewając się w słońcu pijemy herbatę. Są jeszcze rogaliki i chleb, i nawet nasze bardzo pojemne żołądki powoli zaczynają wymiękać. Na dodatek na pożegnanie dostajemy zapas ciastek na kolejne 3 dni.

Droga, którą wybraliśmy jest mała, a ruch jest raczej znikomy. Mimo to łapiemy kolejne podwózki bez większych problemów, a oprócz zachwycających gór mamy przyjemność z takimi widokami:

A tak się transportuje zwierzęta (nie tylko osły)
Transport osła. Mijaliśmy też transport krów i kóz.

Zdarza nam się też jechać z szalonym dostawcą poczty. Ja siedzę na pace na oponie, Michał obok mnie na jakiejś paczce, plecaki są w pudle z listami, a kierowca pruje krętą drogą 120 km/h. Po tej emocjonującej jeździe na szczęście nic nam nie jest (chociaż chybotliwa drabina przez całą drogę czaiła się na moją głowę) i możemy łapać dalej. Pierwszy raz trafia nam się długodystansowa podwózka – jedziemy prosto do Ouarzazatu 160 km, a kolejny kierowca nas obdarowuje –  dostajemy butelkę wody.

Na miejscu znajdujemy tani hotel. Hotel to w tym wypadku lekkie nadużycie, ale tak głosił szyld. No ale najważniejsze jest przecież to, że mamy dach nad głową. Idziemy zwiedzać.

Ouarzazate
Widok na Ouarzazate

 

Decydujemy się nie zwiedzać studia filmowego. Jest nam trochę nie po drodze, drogie, no i sztuczne. W planach na następny dzień mamy kazbę Ait Ben Haddou, która jest faktycznym obiektem historycznym, a również pojawiała się w filmach („Gladiator”, „Gra o tron”, czy „Klejnot Nilu”). Spacerujemy po miasteczku, chcemy pójść na drugą stronę rzeki, która niestety okazuje się nieco wyschnięta i zaadaptowana na wysypisko śmieci.

McOmar
Mc OMAR. Jednak dziś tu nie wstąpimy 😉

Kręcąc się wieczorem po bazarze, błądząc pomiędzy jego uliczkami, wychodzimy nagle na nasz hotel. Okazuje się, że mieszkamy w samym centrum! Wieczorem zjadamy część owoców i idziemy spać, zastanawiając się, jakie ciekawe osoby poznamy następnego dnia.

Na koniec mapka z przejechanej trasy (N1 to orientacyjne miejsce naszych kóz):


O tym kogo poznaliśmy następnego dnia i gdzie zjedliśmy nasz najlepszy tajine przeczytacie w kolejnym wpisie [klik].

Dodaj komentarz