Kawa z nogami, protesty i kolorowe ulice – SANTIAGO, VALPARAISO

Nasz drugi pobyt w Chile zaczyna się od poznania niesamowicie pozytywnej dziewczyny, Mariany, o czym wspominaliśmy w ostatnim wpisie z Argentyny. Uratowała nas przed utknięciem na kilka dni w Uspallacie i zaprosiła do swojego domu w Los Andes. Następny dzień jest deszczowy, do Santiago już niedaleko, a jako że mamy trochę traumę do stopowania po ostatnich doświadczeniach, postanawiamy jechać autobusem. Mariana odwozi nas na dworzec i… kupuje nam bilety. Nie było możliwości sprzeciwu!

Mariana, nasza wybawicielka. Tak się zagadaliśmy, że nawet nie mamy wspólnego zdjęcia!

Santiago

Jak się okazuje, mamy swojego rodzaju szczęście, bo dzień naszego przyjazdu do Santiago jest pierwszym deszczowym dniem w tym roku. Przeznaczamy go na pozałatwianie spraw, i w tym celu udajemy się w nasze „ulubione” miejsce, czyli do centrum handlowego. Gubimy się w tych romantycznych uliczkach między sklepami i już po 4 godzinach wychodzimy stamtąd, o dziwo mogąc skreślić większość pozycji z naszej „TO DO” listy. Michałowi nawet udaje się kupić w supermarkecie spodnie za zawrotną cenę 1,12 PLN. Prawdopodobnie błąd w kodzie kreskowym, ale pani na kasie po zdziwieniu się 3 razy postanowiła nam je sprzedać. To chyba najtańsza rzecz, jaką kupiliśmy w Chile.

Spodnie za 1,12 zł – niezłe, co?
Ponure Santiago, urocza rzeka płynąca przez środek miasta, a pod mostem obozowisko bezdomnych.

Następnego dnia wybieramy się na Free Walking Tour, czyli darmową wycieczkę z przewodnikiem. Takie wycieczki bazują na napiwkach, czyli jeśli Ci się podoba, możesz zapłacić (sam decydujesz ile), a jeśli nie, to nie. W większości dużych miast w Europie też można się wybrać na taką wycieczkę, zwykle są one pełne ciekawostek i prowadzone przez młodych, energicznych ludzi z dobrym angielskim. Jeśli nie słyszeliście o nich, polecamy sprawdzić tą opcję przed wyjazdem za granicę. W Polsce też są, i są fajne!

Podczas wycieczki po Santiago opowiedziano nam na przykład o ciekawym fenomenie, jakim jest cafe con piernas, czyli w dosłownym tłumaczeniu „kawa z nogami”. Generalnie Chile nigdy nie mogło poszczycić się dobrą kawą, i wszelkie kawiarnie bardzo szybko plajtowały. W latach 90-tych ktoś wpadł więc na pomysł jak uleczyć ten biznes. Otworzono kawiarnię, gdzie nie ma krzeseł, tylko wysokie stoliki, a kawę serwują ładne dziewczyny w mini spódniczkach i na wysokich obcasach. Dodatkowo zabawiają klienta rozmową podczas picia kawy, aby nie skupiał się na jej smaku. Efekt? Pomysł eksplodował, kawiarnie z nogami wyrastały w Santiago jak grzyby po deszczu, wkrótce zaczęły się pojawiać w innych miastach w Chile. Dziś wszystko poszło o krok dalej. Są dwa typy kawiarni – zwykłe i z zaciemnionymi szybami. Te pierwsze trzymają się oryginalnej koncepcji z lat 90-tych, czyli miniówki i szpilki. Te drugie natomiast, mają zaciemnione szyby tak, aby z ulicy nie było widać, co jest w środku. A co tam jest? Również kawa, z tym że już nie tylko z nogami 😉 Różnorodność strojów podobno jest ogromna, od sprzątaczek, przez nauczycielki do superbohaterek. Jedno mają wspólne – wszystkie są baaardzo skąpe. Bardziej zainteresowanych zapraszamy do lektury artykułu o rzeczonych kawiarniach. UWAGA, DUŻO ZDJĘĆ!

Na górze (źródło) cafe con piernas tradycyjne, na dole (źródło) wersja współczesna, z zaciemnionymi szybami

Podczas wycieczki mijamy wydział prawa uniwersytetu w Santiago. Brama jest zamknięta grubym łańcuchem, a na ogrodzeniu pozaczepiane są krzesła i ławki. Tak wyglądają protesty studentów w Chile. Okupują uniwersytet, zamykają się od środka i po prostu nie pozwalają na odbywanie się zajęć. A znakiem rozpoznawczym są właśnie krzesła i ławki na ogrodzeniu. Takich protestów w Chile jest całkiem sporo, na publicznych uniwersytetach, a także w liceach. Zwykle młodzi ludzie domagają się darmowej i dobrej jakościowo edukacji (studia w Chile są płatne, i to niemało). Niestety, takie protestowanie sporo studentów kosztuje. Muszą później odrabiać zajęcia, co nierzadko wiąże się z przedłużaniem studiów o rok czy pół, za które muszą zapłacić, i to drożej niż normalnie. Poziom frustracji studentów musi być więc wysoki, aby zdecydowali się na protesty. Ten na wydziale prawa dotyczył molestowania seksualnego. Pewien profesor został oskarżony o nadużycie przez wiele studentek, sprawa zrobiła się dość głośna, ale wydział nic z tym nie zrobił. Profesor dalej prowadził zajęcia. Podobna sytuacja miała miejsce 2 lata temu na wydziale architektury, ale tam oskarżony został wyrzucony z pracy.

Wejście zablokowane, nikt nie ma zajęć.
Gdzieś tam, za chmurami, zwykle widać Andy.

Niby już nie pada, ale nadal jest mgliście, więc wszystkie atrakcje typu „wejdź na wzgórze i popatrz na miasto na tle And” niestety musimy wykreślić z listy. Postanawiamy więc ruszać dalej, czyli do Valparaiso.

Valparaiso – stolica streetartu

Docieramy na miejsce wyjątkowo sprawnie. Komunikacją miejską szybciutko na wylotówkę, gdzie po niecałej minucie mamy już podwózkę na obrzeża Valparaiso, skąd do centrum można dojechać metrem. Nasz kierowca – Alejandro – jest bardzo wesołym człowiekiem, uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Po 5 minutach wyjaśnia się dlaczego. „Zapalicie?” pyta nas z uśmiechem podając skręta. Jest fanem medycyny naturalnej, a to pomaga mu uśmierzyć ból kolana, kiedy prowadzi cały dzień. Okazuje się, że ma podobne schorzenie jak ja (Ola). Może właśnie znalazłam złoty środek na swoje bolączki 🙂 ?

Pozytywny koleżka!

W Valparaiso gości nas Eliza, studentka mieszkająca ze swoją dziewczyną Vale i drugą parą dziewczyn. Na dzień dobry częstują nas skrętem, i już wiemy, że będzie wesoło. Zostawiamy rzeczy i idziemy na miasto. Valparaiso śmiało można nazwać chilijską stolicą streetartu – gdzie się nie pójdzie, tam wąskie uliczki z niesamowitymi pracami. Aż trudno się zdecydować, w którą skręcić. Całość dopełnia fakt, że miasto położone jest na wzgórzach, więc co chwila można podziwiać piękną panoramę. Valparaiso pewnym krokiem wchodzi na naszą listę ulubionych miast (obok Porto, Tbilisi i Salvadoru).

Co chwilę między budynkami prześwituje ocean
Na punktach widokowych można zobaczyć niewidoczne z dołu grafiki

Valparaiso swoje wycierpiało w przeszłości. Kiedyś było głównym przystankiem dla żeglugi z Północnego Atlantyku na Północny Pacyfik poprzez cieśninę Magellana. W 1906 roku silne trzęsienie ziemi zniszczyło dużą część miasta, które wtedy było sercem chilijskiej ekonomii. Po usunięciu gruzów rozpoczęto prace rekonstrukcyjne, obejmujące między innymi rozbudowę portu. Jednak gdy w 1914 roku otwarto Kanał Panamski, Valparaiso utraciło swoją kluczową rolę. W drugiej połowie XX wieku, miasto doświadczyło wielkiego upadku, gdy zamożne rodziny zaczęły przenosić się do tętniącego życiem Santiago lub pobliskiej Viña del Mar, przez co dzielnica historyczna zaczęła podupadać. Na początku lat 90. ubiegłego wieku wiele unikalnych zabytków zostało utraconych i wielu Chilijczyków postawiło na Valpo przysłowiową kreskę. Jednak w połowie lat 90-tych w mieście rozkwitł ruch konserwatorski, w którym do współpracy zapraszano wielu artystów graffiti. Dziś większość uliczek pokryta jest ciekawymi pracami. Od 2003 roku Valparaiso gości na liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, a lokalny samorząd i obywatele zachęcają i wspierają lokalnych i odwiedzających artystów. Wiele firm zamawia murale na swoich witrynach.

Kolorowe akcenty na szarych kamienicach
Lub zupełnie kolorowe kamienice
Albo ogromne murale, czasem przedstawiające całe historie

Miłośników streetartu zapraszamy na Instagrama Oli (klik), gdzie jest dużo więcej zdjęć, nie tylko z Valpo 😉

Wieczorem mamy się spotkać z Elizą i Vale na koncercie w dawnym więzieniu przerobionym na dom kultury. W ostatniej chwili okazuje się, że zmieniono repertuar – zamiast ulubionego artysty dziewczyn, występuje lokalny chór. Jesteśmy już na miejscu, a ja lubię chóry, więc zostajemy na sali i spotykamy się później z dziewczynami i ich znajomymi, i pijemy wino z kartonu na punkcie widokowym. Tutejszym winom na szczęście daleko do polskich standardów leśnego dzbana – karton jest po prostu tańszy, niż szklana butelka, a wino jest tak samo dobre.

Następnego dnia wstajemy o świcie i już chwilę po 12 udaje nam się wyjść na miasto. Free Walking Tour, na który planowaliśmy się wybrać już kończy swoją trasę, idziemy więc zwiedzać na własną rękę. Dziś w Valparaiso jest dzień protestów przeciwko dyskryminacji kobiet (machismo), której w Chile jest wiele. Kobiety nie zgadzają się na przemoc, na takie sytuacje jak z wydziału prawa uniwersytetu Santiago, czy na niesprawiedliwości prawne. Przykładowo: każdy pracujący człowiek obowiązkowo musi opłacać pakiet zdrowotny, jednak dla kobiet stawka jest o ok. 30% większa. W końcu kobiety częściej chodzą do lekarza: a to ginekolog, a to ciąża, a to zwolnienie na dziecko… Rząd odpowiedział już na protesty w tej konkretnej sprawie i zaproponował, że wyrówna opłaty, ale w górę – podwyższając stawkę dla mężczyzn. Zapewne dokładnie o to paniom chodziło…. Kiedy my zjawiamy się na miejscu, jest mnóstwo policji, ale sam protest dopiero się zaczyna. Przystajemy na chwilę, żeby zrobić zdjęcie i zagaduje nas fotoreporter. „Lepiej stąd idźcie, jak się zacznie, bywa bardzo agresywnie i niebezpiecznie. Jeśli nie chcecie oberwać, radzę Wam spadać„. Spojrzeliśmy na niego. Oprócz aparatów miał ze sobą kask i maskę przeciwgazową. Nie musiał nas długo namawiać. Oddalając się od miejsca koncentracji protestu mijamy grupy ludzi z transparentami, wykrzykujących bojowe hasła. W Valparaiso studenci również protestują, podobnie jak w Santiago. Kiedy przyjeżdżamy do Elizy, dziewczyny nie mają zajęć już od dwóch tygodni i nie wiadomo, kiedy kursy zostaną wznowione.

Kordon policji zabezpieczający protest
Wspomniany fotoreporter
„Równość płci to także nasza sprawa” – protestuje wielu panów
Istotny przekaz na murze (golpe – hiszp. „uderzenie”)

Wieczorem dziewczyny częstują nas chilijskimi przysmakami. Robią grzane wino z truskawkami, ciasto i placki z dyni, tzw. sopaipillas, z ostrym pomidorowym sosem z kolendrą. Cały wieczór jemy, pijemy, gramy na gitarze. Jest śmiesznie i pysznie. 

Imprezka!

W drogę!

Następnego dnia znowu udaje nam się wstać bardzo wcześnie, dzięki czemu na wylotówce jesteśmy z samego rana o 14. Na szczęście szybko łapiemy stopa, i to jakiego! „Mój syn dużo jeździ w ten sposób, więc zawsze staram się pomagać podróżnikom„. Nasz kierowca zabiera nas do swojego domu w małej wsi El Melón na pyszny obiad, a potem odwozi nas jeszcze na bramki na autostradzie. Po drodze wstępujemy do jego sklepiku z ekologiczną żywnością, i dostajemy jeszcze wyprawkę na drogę: awokado, worek orzechów, coś na kształt kulek kukurydzianych i… faworki! Tu nazywa się to inaczej, ale wygląda i smakuje dokładnie tak samo, jak nasze polskie faworki 🙂

Na bramkach szybko zatrzymuje się ciężarówka na 400 kilometrów, a następnego dnia sprawnie docieramy do Copiapó, gdzie zaczynamy swoją przygodę z pustynią Atacama. Ale o tym opowiemy już następnym razem 😉

Jak u babci! <3

Nasza trasa

Dodaj komentarz