Znów polskie akcenty – SAN MARTIN DE LOS ANDES i MENDOZA

Opuszczamy Bariloche i w jeden dzień dostajemy się do San Martin de los Andes. Ta mała wioska oddalona jest od Bariloche o niecałe 200 km, ale dotarcie do niej zajmuje nam prawie cały dzień. Łapiemy okazje szybko, ale ostatni nasz kierowca to załadowany TIR, który po krętych drogach jedzie bardzo powoli. W ogóle nam to nie przeszkadza. Ruta de Los 7 lagos, czyli „Droga 7 jezior” to piękna widokowo trasa, i warto się nie spieszyć. Można zrobić dłuuugi treking, można przejechać rowerem. Druga opcja wydaje się nam fajniejsza, bo 200 km to jednak dużo chodzenia 😉 Nad 7 jeziorami, i nie tylko, są płatne i darmowe kempingi, lub po prostu dużo miejsc, gdzie można rozbić się na dziko na łonie natury. My niestety jesteśmy tam w okresie późnojesiennym – w nocy są już przymrozki, odpuszczamy więc ten szlak i po prostu przejeżdżamy trasę stopem. Wymarzliśmy swoje w Patagonii, a także na południu Chile, więc chce nam się już uciekać na północ, do ciepła.

Jedno z 7 malowniczo położonych jezior
Nie będziesz szedł!

San Martin de los Andes

To małe, urocze miasteczko nad jeziorem Lácar. Wybieramy się na spacer w okolice wyspy La Islita (hiszp. wysepka)W lecie można na nią przepłynąć wpław, ale będąc tam późną jesienią, od wody trzymamy się z daleka. Droga nad La Islitę wiedzie przez las, w którym znajduje się Comunidad de Mapuche, dosłownie „społeczność Mapuche” – Indian, którzy w czasach prekolumbijskich żyli na południe od terytorium Inków. Dziś mieszkają właśnie w takich rezerwatach na terenie Chile i Argentyny, a ich populację szacuje się na 300 tysięcy. W tym rezerwacie można od nich kupić np. jajka od szczęśliwych kur, czy spróbować tradycyjnych potraw (mijaliśmy kilka drogowskazów do „restauracji”, ale się nie skusiliśmy). Flaga Mapuche jest dość „widoczna’ w Argentynie i Chile. Potomkowie Indian, którzy nie żyją już w Comunidadach, chyba lubią podkreślać swoje pochodzenie, bo nieraz rzucała nam się w oczy, np. na protestach w Valpariso (Chile), o których opowiemy już niebawem.

Punkt widokowy na jezioro Lácar po drodze do wysepki
Idealne lustro!
Wysepka
Na górze cała flaga Mapuche z internetów, a na dole wyrzeźbiony w pniu symbol napotkany w Comunidad

Po spacerze wracamy do domu Bianki i Sebastiana, którzy przyjęli nas do siebie w ramach Couchsurfingu. Nasi gospodarze są  bardzo ciekawą parą, ponieważ chcą żyć maksymalnie zgodnie z naturą. Jedzą tylko dary ziemi, nie używają chemicznych detergentów – płyn do naczyń lub mydło wytwarzają sami. Bianca jest ekspertem od ziołolecznictwa. Dostaję od niej olejek na problemy z kolanami, z którymi zmagam się od felernej przygody z wodospadem w Brazylii i po jakimś czasie używania faktycznie trochę łagodzi ból.

Przechadzając się po San Martin trafiliśmy też na polski akcent – naszą uwagę przykuł jeden budynek, ozdobiony takimi samymi kwiatami, jakie mamy na naszych koszulkach – łowickie wzory ludowe. Nad kwiatami szyld „Mamusia – domowe czekolady”. Maria Fularska – tak jak wielu Europejczyków – wyemigrowała do Argentyny. I otworzyła swój biznesik, czyli wytwórnię domowej czekolady, który dzisiaj prowadzą jej wnuki, zachowując oryginalną recepturę babci. Akurat tego dnia miałam na sobie swoją polską koszulkę, więc weszliśmy do środka przywitać się i zamienić kilka słów. Na do widzenia dostaliśmy po czekoladce i możemy śmiało powiedzieć, że Pani Maria, a teraz jej wnuki, znają się na swojej robocie.

Mamusia – pierwsza wytwórnia czekolady w San Martin de los Andes
Półki pełne dobrości
Maria Fularska

Droga do Mendozy

Nasz ostatni przystanek w Argentynie to Mendoza, czyli stolica wina. Dotrzeć tam stopem jednak nie jest łatwo. Musimy jechać naokoło, żeby trzymać się główniejszych i bardziej ruchliwych dróg, a miejscowości po drodze nie chcą współpracować. Każda ma kilka wylotówek, które łączą się ze sobą dopiero daleko za miastem, więc nie wiadomo gdzie łapać. Jedną drogą jeździ więcej osobówek, inną więcej ciężarówek, jeszcze inną ciężarówki o większej masie, bo na tej poprzedniej są ograniczenia… a na żadnej z nich nie ma wygodnego miejsca do łapania. Tym sposobem dotaczamy się do Mendozy w 3 dni, łapiąc podwózki na raczej niewielkie odległości. Pierwszą noc spędzamy w krzakach w parku w mieście Neuquen, niedaleko znaku „zakaz kempingowania”. Tej nocy zamarza nam namiot i buty zostawione na zewnątrz. Okazuje się jednak, że jak się założy wszystkie bluzy, kurtkę, wszystkie getry i spodnie, to da się spać nawet przy -5°C w śpiworze na +8°C 😀

Ale dzisiaj przymroziło
Spanie na zakazie kempingowania ma swoje zalety – trzeba się zwinąć przed wschodem słońca, dzięki czemu można podziwiać takie cuda

Druga noc jest już cieplejsza i dużo „smaczniejsza”. Rozbijamy się na stacji benzynowej w General Alvear. Obok stacji jest restauracja, która kusi ogródkiem za budynkiem. Pani właścicielka jest super miła i tłumaczy, że tam nie możemy się rozbić, bo jak ona zamknie, to się włączy alarm, ale pokazuje nam inne sympatyczne miejsce na namiot. Mówi też, że jeśli chcemy, możemy korzystać z łazienki w jej eleganckiej restauracji, więc wchodzimy tam my – po dwóch dniach drogi, w ciuchach które są jednocześnie piżamą, między elegancko ubrane panie i panów w garniturach. A potem dostajemy w prezencie jeszcze ciepłe kawałki kurczaka, serowe bułeczki i sosy. Ktoś zamówił i nie zjadł :O !!! Normalnie trafiłoby to do śmietnika, a my nie lubimy marnowania jedzenia i ratujemy je przed strasznym losem.

Wykwintna kolacja

Mendoza

Samo miasto nie jest zachwycające. Wszyscy spotkani kierowcy uprzedzają nas też, że jest bardzo niebezpieczne, na szczęście nie dane nam było się przekonać. My mamy jednoznaczny cel – napić się wina. Wybieramy się na zwiedzanie jednej z wielu Bodegas w mieście, czyli winiarni. W Bodegas Lopez można za darmo zwiedzić fabrykę, dowiedzieć się ciekawostek o produkcji wina, degustować 2 trunki, a na koniec kupić kilka butelek w bardzo dobrych cenach. Takie okazje lubimy.

Tu winogrona trafiają prosto z ciężarówek i są wstępnie rozgniatane
Tyyyyyyyle wina! :O
Najbardzej wyczekiwana część 🙂

Wieczorem spotykamy się z Oskarem i Anią z Podróżując przez Życie. Oni jadą przez Amerykę od góry, my od dołu i nasze trasy krzyżują się akurat tego dnia, akurat w tym mieście. Tematy się nie kończą, ale niestety mamy tylko kilka godzin na wymianę wrażeń. W drodze powrotnej ze wspólnego spaceru zaczepia nas pan, który akurat spaceruje z psem. Rozpoznał, że mówimy po polsku, bo jest fanem kina, polskiego również. Wymienia takich reżyserów, jak Kieślowski, Wajda, Polański. Kolejne polskie akcenty.

Kierunek – Chile

Opuszczamy Mendozę z nadzieją na sprawne dotarcie do Santiago w Chile, w końcu to tylko 360 km. Taaa… Argentyno, łatwa to Ty nie jesteś. Po 3 godzinach czekania dogadujemy się z panią celnik jadącą na służbę na podwózkę do Uspallaty, ostatniej miejscowości przed granicą. Podwózka miała być płatna naszymi ostatnimi pesos, ale po drodze pani celnik nam odpuszcza. Uff. A Uspallata to wioska cudów. Najpierw jeden pan sam oferuje podwózkę, po czym gdy wraca jego kolega i wsiada do samochodu, odjeżdżają bez słowa. Potem inny pan obiecuje nas zabrać, ale po obiedzie zmienia zdanie. „Bo nie ma miejsca, bo kłopoty na granicy, bo się spieszę…”. Co on tam zjadł, że tak mu się popsuł humor?

Początek. Jeszcze jesteśmy pełni nadziei i entuzjazmu…
Przynajmniej widoki mamy ładne

Przekonani, że dziś zanocujemy w Uspallacie, wyciągamy kciuk od niechcenia, już bez większych nadziei. I wtedy zatrzymuje się Mariana – energetyczna Chilijka, która później zaprasza nas do siebie, bo z kolegą Martinem nie dojeżdżają do samego Santiago. Dosłownie nas uratowała, bo dzień zbliżał się już ku końcowi. A gdybyśmy zostali w Uspallacie, utknęlibyśmy tam na co najmniej kilka dni. Dlaczego? Paso de los Libertadores, czyli przejście graniczne między Mendozą, a Santiago, znajduje się na wysokości 3200 m.n.p.m. Po chilijskiej stronie zjazd jest po bardzo stromej serpentynie, więc gdy spadnie dużo śniegu przejście ze względów bezpieczeństwa jest zamykane. Tej nocy spadło 40 cm śniegu, a przejście było zamknięte przez kolejne 4 dni…

Paso de Los Libertadores po stronie Chilijskiej. Zdjęcie z internetów, bo my jechaliśmy tamtędy już po ciemku.


Nasza trasa

PRO-TIP: Większość przejść Argentyńsko – Chilijskich w północnej części leży w wysokich Andach. Planując przemieszczanie się tamtędy, warto sprawdzić prognozę pogody i monitorować stan na granicy (np. tutaj), czy na pewno ma się zielone światło.

Tym wpisem zamykamy cykl o naszych przygodach w Argentynie, w następnych podsumujemy nasze wrażenia i podamy kilka informacji praktycznych.

Dodaj komentarz