SALVADOR – kolory, targowiska, muzyka i capoeira

Do Salvadoru przypływamy promem przez Zatokę Wszystkich Świętych, podziwiając miasto skąpane w popołudniowym słońcu. To, co od razu zwróciło naszą uwagę, to centrum z wysokimi biurowcami, którego brak było w Rio.

Znowu kontrasty

Jak się później okazało, tak na prawdę była to dzielnica luksusowych apartamentowców. Wiele z nich zostało zbudowanych w ogrodach pałacyków z czasów kolonialnych. Pałacyki te służą teraz przeważnie za recepcje i miejsce, gdzie mieszka obsługa apartamentowców. Budynki są ogromne i położone tuż obok siebie. Poza widokiem roztaczającym się z wyższych pięter kuszą potencjalnych kupców jeszcze jedną bardzo ważną tutaj rzeczą – prestiżem. Otóż mieszkanie w wieżowcu składającym się z kilkuset małych mieszkań, z cienkimi ścianami i głośnymi sąsiadami jest marzeniem wielu Brazylijczyków, gdyż dzięki temu mogą pokazać swój status społeczny. Apartamenty te są bardzo drogie i tylko niewielu na nie stać. Dzielnica jest dobrze utrzymana, nie strach wyjść na zewnątrz w nocy. Wystarczy jednak przejść ulicę dalej, a tam widzimy już standardowe, obdrapane i pomazane budynki z barami w parterach, obok których przechodzimy po ciemku z lekko drżącym sercem. Nieco dalej, na wzgórzu, przycupnęła oczywiście fawela.

Widok na Salvador
Czuć pieniądz

Kolory

Pierwsze, co przykuwa naszą uwagę podczas spaceru po Pelourinho – czyli starym mieście, to kolory. Miasto jest ich pełne, kilkusetletnie budynki są pomalowane w różne barwy, na kolorowych elewacjach poprzyklejane są kolorowe plakaty, jest wiele pięknego street-artu, na bramach i ogrodzeniach kościołów powiewają tasiemki Lembranças do Bomfim, a na lokalnym targowisku stragany uginają się od kolorowych owoców i warzyw, których nazw nawet nie jesteśmy w stanie spamiętać.

Plakaty capoeira
Graffiti
Pelourinho
Owoce i warzywa na targu
Lembranças do Bomfim

Targowiska

Targowiska są wszędzie. Po całym mieście jest ich powtykanych mnóstwo. Są takie mniejsze, na których można kupić owoce, warzywa, przyprawy, mięso i ryby, a także większe, na których możemy znaleźć piękne rękodzieło, a nawet żywe zwierzęta. Trochę nam to przypomina souki z Maroko, o których możecie przeczytać TU. Oprócz samych bazarów, na ulicach rozstawia się mnóstwo straganów. Można na nich kupić wszystko, od jedzenia po elektronikę (ciekawe, czy telefony na tych stoiskach mają gwarancję?). Dodatkowo, pełno jest małych punktów usługowych, często umieszczonych w budach na ulicy, w których można dorobić klucze, ostrzyc się, albo kupić japonki zrobione 5 minut wcześniej. I to wszystko oczywiście w bardzo dobrych cenach. Bardzo polecamy zakupy w takich miejscach, otrzymamy tam najświeższe produkty dużo taniej, niż w dużych sklepach. A znaleźć sklep wielobranżowy wcale nie jest tak łatwo.

Najsłynniejszym bazarem jest Mercado Modelo. Niestety obecnie jest to wielki sklep z dość drogimi pamiątkami dla turystów, więc jeżeli chcemy znaleźć prawdziwe skarby, lepiej wybrać się np. na Feira de São Joaquim. Na Mercado Modelo warto się jedynie przejść pooglądać, jakie dziwności tam sprzedają – np. nalewkę z kraba.

 

Koza na targu – świeżutka!
Pan produkuje japonki. Jedna para zajmuje mu 10 minut.
Nalewka z kraba

Muzyka

Muzyka w Salvadorze wypływa z każdego kąta, a nawet ze stoisk ulicznych sprzedawców. Wiele straganów jest prawdziwymi machinami, czasem są w kształcie ciężarówki, świecą i grają popularną muzykę brazylijską z głośników wielkości pralki. Oprócz wątpliwej przyjemności słuchania takiej muzyki (nie, nie jest to samba, ale brazylijski funk), na każdym kroku spotykamy muzykę na żywo. A to koncert jazzowy, a to koncert samby, a to batucada. Jednego wieczoru taki zespół bębniarzy nie tylko dał czadu grając niesamowitą muzykę i wykonując akrobacje z bębnami (takie jak w teledysku Jacksona They don’t care about us, który częściowo był kręcony na starym mieście w Salvadorze), ale także stworzył całą imprezę na ulicy. Widzowie tańczyli w rytm bębnów sambę i zumbę, a za powoli przemieszczającym się ulicą tłumem podążali ze swoimi wózkami sprzedawcy zimnych napojów. Po drodze nie zabrakło oczywiście stoisk z acarajé – typową przekąską uliczną z Bahia. Występ nie został przerwany nawet wtedy, kiedy przez sam środek, pomiędzy bębniarzami, powoli przejechała taksówka.

Warto się wybrać na podziwianie zachodu słońca na Farol da Barra – latarni morskiej położonej w południowo – zachodniej części miasta. Razem z kilkuset osobami chcącymi obejrzeć zachód, codziennie przychodzi tam zespół 4 chłopaków, którzy bardzo ładnie śpiewają przy akompaniamencie gitary i cajona. Co ciekawe, w momencie, gdy słońce znikło za horyzontem, dostało owacje od zgromadzonej publiczności. Brawo, Słońce. Udało się.

W wielu knajpkach codziennie wieczorem ktoś przygrywa, a co jakiś czas z oddali niesie się dźwięk berimbau, który przyciąga nas jak magnes.

Zachód słońca widziany z Farol da Barra
Sklep z instrumentami

Capoeira

Salvador jest największym ośrodkiem capoeiry na świecie. Jest ona wszędzie: na ścianach wiszą plakaty, co chwila mijamy akademie (szkoły capoeiry), a co jakiś czas można zobaczyć na ulicy tzw. roda, czyli krąg, w środku którego gra dwóch capoeiristas. Bo capoeirę się gra, a nie walczy. Bardziej, niż o to, żeby komuś zrobić krzywdę, chodzi o to, aby gra była płynna, żeby kogoś wymanewrować i oszukać zwinnością i wyszukaniem ruchów i akrobacji.

Oczywiście nie możemy przepuścić okazji, żeby tutaj poćwiczyć, więc kontaktujemy się z Professorem Tiririca, który poprzedniej wiosny odwiedził naszą grupę w Warszawie. Treningi przy takiej temperaturze są mordercze, ale i tak jesteśmy bardzo szczęśliwi.

My z Professorem Tiririca

Itaparica

Po 5 dniach niestety musimy opuścić Salvador. Na wyspie Itaparica, będącej godzinę rejsu promem od Salvadoru czeka na nas nasza hostka z Couchsurfingu – przemiła Manja. Podczas przybijania do brzegu widzimy ciekawą scenkę – chłopcy skaczą z pomostu do wody, podpływają do promu, wspinają się na niego i skaczą z niego z powrotem. Albo czepiają się opon chroniących burtę i dają się ciągać za statkiem. U nas załoga takiego promu od razu by zadzwoniła po policję. A tutaj? Nikt nawet nie mrugnął, chłopcy się dobrze bawią, nikomu to nie przeszkadza.

Do abordażu!

Manja jest Szwajcarką, która przeniosła się do Brazylii i od ponad 10 lat mieszka na Itaparice. Dzięki jej gościnności przez 5 dni mieszkamy we własnym domku, możemy korzystać z jej basenu, zbierać mango i karambole prosto z drzewa, a także dostajemy zaproszenie od jej sąsiada Ådne – Norwega, który spędza zimę w Brazylii, na przepysznego grilla. Poznajemy tam grupę capoeiry Raizes da Ilha, z którymi robimy wyczerpującą rodę, a następnego dnia udajemy się jako goście na batizado. Jesteśmy capoeirowo spełnieni 🙂

Raizes da Ilha
Nasz domek u Manji

Niestety, nie możemy siedzieć Manji na głowie w nieskończoność (choć poważnie rozważaliśmy zostanie tam do końca wyprawy ;)) i zbieramy się w stronę parku narodowego Chapada Diamantina.

Droga do Lençois

Okazało się, że dobra passa do autostopa się skończyła. Po wielu godzinach stania w kilku różnych miejscach, połowę drogi pokonujemy różnymi środkami płatnego transportu. Noc przyszło nam spędzić przy stacji ratowników przy drodze międzystanowej. Ratownicy byli bardzo gościnni, poczęstowali nas ciepłą zapiekanką i zaoferowali prysznic. Niestety pogoda nie była już tak łaskawa i w nocy rozpętała się burza. Co zaskakujące, był to region, w którym wyjątkowo rzadko pada. Na szczęście namiot dzielnie przetrwał ulewę i następnego dnia już bez dużych problemów docieramy do Lençois, nieświadomi jeszcze, jaką przygodę szykują dla nas góry.

 

Jak na Dzikim Zachodzie
Co nie?

Dodaj komentarz