SALAR DE UYUNI – największe solnisko na świecie

Uyuni

Dokładnie na granicy, równa, chilijska doga zamieniła się w wyboistą, boliwijską szutrówkę. Wytrzęsieni, po prawie śmiertelnej dawce Sylvestra Stallona, wysiadamy w Uyuni o 22. Jesteśmy trochę zaniepokojeni, gdyż autobus wyrzuca wszystkich na ulicy po środku miasta. Wokół piętrzą się góry śmieci i biegają bezdomne psy. Oczywiście nie mamy zarezerwowanego żadnego noclegu, gdyż w ten sposób znaleźć można tylko droższe hostele. Te dostępne na miejscu, z ulicy, są z reguły 2 razy tańsze. To właśnie z nich korzystają miejscowi. Przeważnie standard jest trochę niższy, niż w fancy backpackerskich hostelach, nie ma stylowego salonu ani lodówki, do której wkłada się podpisane rzeczy. Jednak czasem wolimy takie miejsca, gdzie nie ma tłumów turystów z Niemiec, Francji lub USA. Możemy wtedy na chwilę zapomnieć o różnicach w budżecie naszym i naszych zachodnich sąsiadów.

Szybko wyszukujemy na mapce 2 najbliższe hosteliki. Okazuje się, że pierwszy nie istnieje, na szczęście w drugim mają miejsca. Jest dość obskurny (czego oczekiwać za 20 PLN/os./noc w pokoju 2-osobowym), nie ma ogrzewania, ale na szczęście dostajemy dużo koców. Ratuje nam to życie, gdyż Uyuni znajduje się na wysokości 3660 m n.p.m. i mimo, że leży bliżej równika niż Rio de Janeiro, to temperatura potrafi w nocy spaść tu nawet do -20°C. Ponieważ jesteśmy dopiero na początku zimy, doświadczamy tylko 5-stopniowego mrozu. Trzeba podkreślić, że domy w Boliwii mają wyjątkowo cienkie ściany i liche okna i drzwi. Skutkuje to tym, że w nocy temperatura wewnątrz jest niewiele wyższa, niż na zewnątrz. W dzień natomiast powietrze na zewnątrz szybko się ogrzewa, więc aby ogrzać pokój należy… otworzyć okno. W zimie.

Pierwszy dzień wykorzystujemy na rozpoznanie terenu. Kupujemy boliwijską kartę SIM (której częstotliwości okazały się być niekompatybilne z telefonem Xiaomi Oli), wymieniamy i wypłacamy pieniądze, kupujemy wreszcie rzeczy, które w Chile były absurdalnie drogie i rozpoznajemy lokalny bazar.

Po południu wybieramy się na cmentarzysko pociągów. Wiemy, że każda wycieczka na Salar zaczyna się od wizyty w tym miejscu, ale postanawiamy przejść się na 2-kilometrowy spacer i skorzystać z tego, że dzikie tłumy już zdążą się przez nie przewinąć. Był to strzał w dziesiątkę, gdyż byliśmy tam praktycznie sami. W spokoju podziwialiśmy rudobrązowe szkielety cudów techniki z końca XIX i początku XX wieku. Dzięki bardzo małej ilości opadów i suchemu powietrzu, zachowały się one w zaskakująco dobrym stanie. Zdziwiło nas też bardzo, że nie dobrał się do nich Mietek Złomiarz wraz z ekipą. Cały ten tabor służył w przemyśle wydobywczym w latach świetności Uyuni. Gdy w latach 40-tych XX wieku wyczerpały się złoża cennych minerałów, sprzęt został porzucony na bocznicy 2 km za Uyuni.

Just chillin’
Tory biegną przez las… foliówek
Ostatnia stacja

Szukamy także wycieczki na Salar de Uyuni. Jak się zabrać za jego zwiedzanie?

Salar de Uyuni

Jest to największe solnisko na świecie będące wraz z jeziorami Titicaca i Poopó pozostałością po olbrzymim jeziorze z okresu plejstocenu. Jezioro to z kolei było kiedyś morzem, którego dno zostało wypiętrzone 3,5 km w górę. Pod solną skorupą o grubości od kilkunastu centymetrów na brzegach do 7 metrów w centrum kryje się solanka bogata w lit. Szacuje się, że zawiera ona 50-70% światowych zasobów tego minerału. Wykorzystywany jest on m.in. do produkcji baterii. Salar de Uyuni jest jednym z najbardziej płaskich obszarów na Ziemi, różnica wysokości na całej jego powierzchni około 10.500 km2 wynosi maksymalnie 40 cm (z wyjątkiem nielicznych wysp).

Sól po horyzont

Zwiedzić go można w zasadzie tylko na 2 sposoby. Albo własnym (lub wynajętym) samochodem, albo wykupując wycieczkę od jednej z wielu agencji mających biura w Uyuni. Znamy jeszcze jedną parę, której udało się złapać stopa na wjeździe na solnisko, ale patrząc na boliwijskie realia autostopowe, trzeba to uznać za niesamowity cud. Ponieważ wynajęcie samochodu w Calamie już wystarczająco wydrenowało nasz budżet, stawiamy na wycieczkę zorganizowaną. Zdecydowanie wolimy sami zwiedzać, ale w tym wypadku nie mamy wyboru.

Jak zwiedzić Salar de Uyuni?

Jest wiele opcji wycieczek, od 1 do 4-dniowych. Wszystkie startują między 10 a 11 z centrum Uyuni. Często zdarza się, że w przypadku, gdy jest nas mniej niż 6 osób, wykupując wycieczkę w jednej agencji, faktycznie odbędziemy ją z inną, gdyż firmy starają się maksymalnie wypełnić 7-osobowe samochody terenowe wyruszające na solnisko.

Najkrótsza, 1-dniowa wycieczka obejmuje wizytę na cmentarzysku lokomotyw, obiad w wiosce z mnóstwem straganów z rękodziełem, wizytę w hotelu solnym, przy którym jest pomnik Rajdu Dakar oraz miejsce z powtykanymi flagami różnych państw, odwiedzenie części Salaru, gdzie jest jeszcze woda, wizytę na wyspie kaktusów i oglądanie gwiazd (jeżeli robi się ciemno odpowiednio wcześnie). Nie ma ustalonej ceny od osoby, wszystko zależy od umiejętności negocjacji, sezonu i atutów, jakie mamy. Na niekorzyść działa na pewno wygląd gringo lub nieznajomość hiszpańskiego, natomiast kartą przetargową może być zebranie się w większą grupę. Najwyższa kwota, jaką widzieliśmy to 70$ (250 PLN) do zarezerwowania przez Internet. Najgorsze, że wielu zachodnich turystów płaci takie pieniądze bez mrugnięcia okiem. Najniższa, o jakiej wiemy, to 100 BOB (50 PLN), którą zapłaciło 4 Chilijczyków, którzy dosiedli się do naszego auta z innej agencji. Nam na początku zaproponowano cenę 250 BOB (125 PLN), którą znegocjowaliśmy do 150 BOB (75 PLN). Wiedzieliśmy, że znajomi zapłacili parę miesięcy wcześniej 110 BOB, ale daliśmy sobie wcisnąć kit, że za taką kwotę wycieczka trwa pół dnia. Oszustwo, nie ma takich wycieczek. Generalnie mieszkańcy Uyuni są nastawieni na zyski wyłącznie z turystyki, więc bądźcie przygotowani, że będą chcieli was wydoić do cna. Aby tego uniknąć trzeba zrobić dobre rozpoznanie, co do cen i dostępnych opcji. Zdecydowanie też polecamy odwiedzić co najmniej 2-3 agencje, daje to jako-takie rozeznanie, no i zawsze stwierdzenie „Dziękujemy, pójdziemy jeszcze zapytać gdzie indziej” pozwala obniżyć cenę, która przed chwilą miała być ostateczną, najniższą możliwą.

Na zorganizowanych wycieczkach przynajmniej sensownie karmią
Przystanek na zakupy
Niektórzy jedzą obiad w terenie

2-dniowa wycieczka obejmuje nocleg pod wulkanem Tunupa o wysokości 5321 m n.p.m., odbierają was drugiego dnia po południu, co daje wam całe przedpołudnie na wspinaczkę na wulkan. Wspinaczka nie jest łatwa, a na tej wysokości rozrzedzone powietrze już nieźle daje się we znaki. Zalecamy wcześniejszą aklimatyzację i środki na chorobę wysokościową – tabletki lub liście koki.

Wulkan Tunupa

3 i 4-dniowe wycieczki obejmują już znacznie więcej atrakcji. Odwiedza się solne jeziora o niesamowitych barwach, będące żerowiskiem flamingów, gejzery, fantastyczne formacje skalne i wulkany. Są one położone nawet na 5000 m n.p.m., co jest problematyczne ze względu na chorobę wysokościową, jak i potencjalne opady śniegu. Podczas naszego pobytu, w wyższych partiach spadł śnieg i większość atrakcji była niedostępna, gdyż drogi były nieprzejezdne. Nie wiemy, gdzie agencje woziły turystów przez te 3 dni, ale pole do manewru mieli bardzo ograniczone.

Jeśli chodzi o koszty wycieczek kilkudniowych, to sensowne ceny wahają się pomiędzy 100-150 BOB/dzień. Do tego należy doliczyć koszty biletów wstępu do Rezerwatu Eduardo Avaroa (150 BOB) i innych atrakcji. Nie są to koszty fakultatywne (z wyjątkiem wyspy kaktusów, 30 BOB), gdyż kierowca nie może was zostawić przed wejściem do parku, ponieważ wjeżdża na kilkadziesiąt lub kilkaset kilometrów w głąb.

No właśnie, to należy podkreślić. Na wycieczkę jedzie się z kierowcą, a nie z przewodnikiem. W naszym przypadku sam musiałem z niego wyciągać informacje i wiedziałem, o co pytać tylko dlatego, że interesuję się geografią i poczytałem trochę o solnisku wcześniej. Na domiar złego wiele razy długo czekaliśmy na naszego kierowcę i zbyt dużo czasu spędzaliśmy w każdym miejscu, przez co nie starczyło czasu na zrobienie popularnych zdjęć z zabawą perspektywą :/ Cały czas gdzieś znikał i nawet nie mogliśmy mu powiedzieć, że już chcemy jechać. Kiedy jedliśmy obiad, jego nie było, potem czekaliśmy bezczynnie, aż on zje, kiedy inne grupy już dawno odjechały spędzać czas na solnisku. Podobno czasem niektórzy kierowcy pomagają w robieniu zdjęć, ustawiają ludzi, podrzucają pomysły i dysponują gadżetami. Nasz niestety w tej materii poległ kompletnie. Coś spróbowaliśmy porzeźbić, ale sprawy nie ułatwiły ostatnie promienie słońca. Na domiar złego, nic nie wyszło z oglądania gwiazd, gdyż były chmury. Byłem wściekły, bo to już 2 raz, gdy pokrzyżowały mi one plany zrobienia zdjęć nocnego nieba w miejscu ze świetnymi do tego warunkami.

Pomimo naszych nienajlepszych doświadczeń z agencją, Salar de Uyuni zrobił na nas niesamowite wrażenie. Jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju, którego nie można ominąć zwiedzając tę część Ameryki Południowej. Warto je jednak odwiedzić trochę wcześniej, niż my (czerwiec), aby było na nim więcej wody tworzącej niesamowite, olbrzymie lustro. My trafiliśmy na ostatnie kałuże. Polecamy poszukać wcześniej trochę inspiracji do zdjęć – zarówno do zabawy z perspektywą, jak i do tych „lustrzanych”.

Flagi umieszczone na solnisku z okazji Rajdu Dakar
Do lustrzanych fotek należy wziąć akcesoria!
Wyspa gigantycznych kaktusów
Zabawa perspektywą lepiej wychodzi w świetle dziennym
Zachód słońca robi wrażenie

Kierunek – Potosi

Chociaż Ola od razu jest zachwycona, ja pierwsze odczucia na temat Boliwii mam mieszane. Z jednej strony wreszcie możemy sobie na cokolwiek pozwolić, gdyż ceny są około 2 razy niższe, niż w Polsce. Ponadto mamy do czynienia z zupełnie inną kulturą. Są bazary, uliczne jedzenie (zapewne to Olę przekonało – tanie JEDZENIE), tradycyjnie ubrane kobiety i chaos podobny do tego, jaki znamy z Maroko. Wreszcie coś odmiennego. Z drugiej strony ludzie już nie są tak przyjaźnie nastawieni do turystów. Traktują ich jak intruzów lub maszynki do robienia pieniędzy. Wyjątki są naprawdę nieliczne. Ogrzewanie to luksus, a świadomość ekologiczna jest praktycznie zerowa. Wszędzie pełno śmieci, oczyszczalnie ścieków to rzadkość, a samochody smrodzą tak, że czasem chce się wymiotować.

Po pierwszym starciu z Boliwijskimi realiami wsiadamy w autobus w kierunku Potosi – górniczego miasta powstałego w połowie XVI wieku.

Dodaj komentarz