Piekło autostopowicza. RUTA 40 i CARRETERA AUSTRAL

Po tygodniu intensywnego chodzenia po Parku Narodowym Lodowców wyjeżdżamy z El Chalten. Ustawiając się na wyjeździe z miasta nie wiedzieliśmy, że czekają nas jedne z najgorszych autostopowo dni do tej pory. Stoimy 1,5 godziny, a prawie wszystkie mijające nas samochody jadą tylko na pobliską stację benzynową umieszczoną w kontenerze, posiadającą 1 dystrybutor i zasilaną energią z wiatraka. Minął nas za to inny autostopowicz, który ustawił się za nami oraz podróżnik przemierzający Patagonię na rowerze. Po następnej godzinie mija nas kolejna para autostopowiczów. Robi się gęsto, a samochodów nie ma za wiele. Na szczęście po 4 godzinach czekania zatrzymuje się pickup i pędzimy w stronę skrzyżowania z Rutą 40. Po drodze zgarniamy jeszcze… podróżnika wraz z jego rowerem!

Miał chłopak szczęście!

RN40 – Argentyna

Skrzyżowanie drogi prowadzącej do El Chalten z Rutą 40 nie napawa optymizmem. Cisza, jak makiem zasiał, czasem w oddali mignie guanaco, a w rowie obok widnieją ślady obozowiska. Widocznie już wielu autostopowiczów musiało spędzić tu noc. Rowerowy podróżnik przed odjechaniem na północ daje nam wskazówkę, że niedaleko jest opuszczona chatka budowniczych Ruty 40, w której możemy spędzić noc. Prawie wszystkie samochody skręcają w stronę El Chalten, a większość jadących dalej jest załadowana. W dodatku częstotliwość aut jadących w naszą stronę nie przekracza 1 na 20 minut. Po 1,5 godziny czekania od strony El Chalten przyjeżdża pickup i… wypluwa parę autostopowiczów, których widzieliśmy w El Chalten.

Można bez problemu stać na środku drogi. I tak nic nie jeździ.
Między innymi tak powstają posty – idealne warunki, cisza, spokój, żadnych samochodów…

Na szczęście po jakimś czasie zatrzymuje się wyjątkowo pomocny Pan i zabiera całą czwórkę do oddalonego o 30 km od skrzyżowania miasteczka Tres Lagos. Rozdzielamy się z nimi na miejscu i idziemy w swoją stronę szukać miejsca do rozbicia namiotu. Mamy niezłe szczęście – nie bardzo jest gdzie się rozbić, ale zaczepia nas mężczyzna o ksywce Lalala, i zaprasza do siebie na nocleg. Jako, że nie ma za dużo miejsca, rozbijamy namiot w przedsionku jego domu, dostajemy do spania wygodny materac, koce, ciepły prysznic, a namiot jest osłonięty od wiatru. Uratował nas! Jak się później okazuje, Lalala ratuje absolutnie wszystkich podróżników jakich spotka. Każdego prosi o pamiątkowy wpis do zeszytu. Jeden zeszyt ma już w pełni zapełniony, drugi w połowie.

Następnego dnia wstajemy wcześnie, żeby ustawić się w dobrym miejscu. Spodziewamy się że Chilijczyk i Holenderka, którzy przyjechali tu wczoraj z nami, dzisiaj też będą próbowali się stąd wydostać. Okazuje się, że oni też zostali zaproszeni na noc przez mieszkańców Tres Lagos. Małe miasteczko, ale pełne dobrych ludzi. Pogoda nie sprzyja: jest zimno, wieje dość silny wiatr, czasami pada deszcz. Przez cały dzień od wschodu do zachodu słońca, przejechało 12 samochodów, nie zatrzymał się nikt… Zobaczcie jakie atrakcje mieliśmy tego dnia:

Na całe szczęście mamy gdzie wrócić, uprać plecak i się ogrzać. Lalala przygarnia dwóch chłopaków, którzy dołączyli tego dnia (w tym autostopowicza z Rosji, który minął nas jako pierwszy w El Chalten). Wieczorem mamy okazję spróbować asado (grillowane mięso) z guanaco, czyli miejscowego gatunku lamy. Niedawno zostały tutaj zadeklarowane jako plaga, często powodują wypadki, dlatego wolno na nie polować. Lalala w ciągu dnia z kolegami ustrzelili 3 sztuki i jemy najświeższe mięso w naszym życiu. Jest pysznie. Po całym dniu czekania w zimnie poddajemy się – chcemy kupić bilet na nocny autobus do Los Antiguos – miasta na granicy z Chile 500 km na północ. Niestety autobus nie kursuje codziennie, i Tres Lagos możemy opuścić dopiero następnego dnia o godzinie 23. Kupujemy nieprzyzwoicie drogie bilety, ale cieszymy się, że następny dzień w oczekiwaniu na autobus możemy na spokojnie spędzić w domu Lalala, nie musząc już marznąć przy szosie.

Nazajutrz z rana para, która przyjechała z nami do Tres Lagos dostaje podwózkę na 500 km na pace… W perspektywie mieli niezłe przemrożenie, ale i tak kiedy zatrzymał się po nich samochód radość na ich twarzach była nie do opisania. Trochę nam się zrobiło szkoda, że już wydaliśmy fortunę na autobus, ale wkrótce okazuje się, że to była dobra decyzja. Przybywa kolejna grupa autostopowiczów, tym razem hurtowo: cała piątka na raz.

Dostawa autostopowiczów
Wszyscy w końcu lądują u Lalali (na prawo od Michała). Razem z jego kolegami zebrała się nas całkiem liczna ekipa

Jest nas w sumie 9, w kolejności przybycia: dwójka Polaków, Rosjanin, Chilijczyk, dwóch Niemców, Grek, Argentynka i jeszcze jeden Rosjanin. Jako, że my nie musimy już łapać stopa, zaglądamy na wylotówkę czysto towarzysko i donosimy termosy z gorącą wodą. Tego dnia udaje się jeszcze wydostać z pułapki Rosjaninowi i Grekowi, resztę ekipy oczywiście przygarnia na noc Lalala. Jemy wspólnie kolację, po czym my idziemy na nasz nocny autobus.

Pierwsze kroki w Chile

Po spędzeniu nocy w autobusie przekroczenie granicy z Chile idzie nam dość sprawnie. W nowym kraju od razu rzucają nam się w oczy 2 rzeczy: ceny i krajobraz. Ceny na południu Chile są bardzo wysokie, jest to zdecydowanie najdroższy kraj w Ameryce Południowej. Krajobraz jest skrajnie odmienny, od tego po argentyńskiej stronie. Tam – pustynia, tu -zieleń, jeziora, wilgoć. Pierwszą noc spędzamy w urokliwej wiosce Puerto Guadal, a następnego dnia udaje nam się dotrzeć do Puerto Río Tranquilo, gdzie mamy okazję podziwiać kolejne cuda natury – marmurowe jaskinie. Jaskinie znajdują się na polodowcowym jeziorze General Carrera, w rejonie, który jest największym na świecie złożem marmuru. Powstały w wyniku erozji wodnej i mają ponad 6000 lat. Faktura i wzory, jakie wyrzeźbiła woda są niesamowite, a w towarzystwie idealnie niebieskiego jeziora jaskinie wyglądają na prawdę imponująco.

Puerto Guadal o poranku
Jaskinie można zwiedzać bardzo z bliska
Kształty są niesamowite
Kolory i wzory też!
„Kaplica” – jedna z najsłynniejszych formacji. Łódka dla skali

Carretera Austral – Chile

Dalej kierujemy się na północ Chile, wzdłuż słynącej z pięknych widoków Carretery Austral. Niestety, następnego dnia po zwiedzeniu jaskiń mamy załamanie pogody. Jest zimno, wilgotno, a po południu zaczyna lać jak z cebra. Nasz plan zanocowania w namiocie w pobliżu jeziora Laguna Tempanos i spaceru na punkt widokowy na lodowiec Ventisquero Colgante („wisząca zaspa”) spalił na panewce. Jesteśmy zmuszeni zanocować w pobliskim miasteczku Puyuhuapi. Wybieramy najtańszą kwaterę, która i tak jest strasznie droga. Rano Michał zdejmując bluzę uderza ręką w świetlówkę (bardzo niskie sufity + brak osłony) i paskudnie rozcina sobie nadgarstek. Dodatkowo, gdy już mamy wychodzić właścicielka oznajmia nam, że w naszym pokoju brakuje jednego ręcznika, który pewnie ukradliśmy (były 2 dodatkowe łóżka, których nie używaliśmy). Tłumaczymy jej, że niepotrzebny nam ogromny biały ręcznik, z resztą i tak nie mielibyśmy na niego miejsca. Ta jednak upiera się, żeby przeszukać nam plecaki. No więc rozpakowujemy się, pani właścicielka buszuje między naszymi brudnymi skarpetkami, ręcznika oczywiście nie znajdując. „Widzi Pani, nie jesteśmy złodziejami. Miło by było, gdyby nas Pani teraz przeprosiła za niesłuszne oskarżenia” mówi Michał. Ona jednak powtarza obrażonym tonem, już bardziej chyba do siebie, niż do nas „Na pewno go tam położyłam”.  Widać było, że mimo przeszukania plecaków jest pewna, że gdzieś bardzo sprytnie ukryliśmy jej drogocenny, śnieżnobiały ręcznik. Na pewno się nim owinęliśmy. Po tak miłych wydarzeniach poranka wychodzimy na deszcz i mgłę łapać stopa.

Dobrze wyposażona apteczka to PODSTAWA!
Parasolka się bardzo przydaje!

Na szczęście znajdujemy zadaszony przystanek autobusowy, a już po niecałych dwóch godzinach (co przy tak małym ruchu jest dobrym wynikiem) dostajemy podwózkę do Chaitén. Po drodze przejeżdżamy przez wioskę Villa Santa Lucía, która niestety wioską w zasadzie już nie jest w wyniku katastrofy, do której doszło 16 grudnia 2017 roku. Oberwał się wielki kawał lodowca, który zainicjował lawinę błotną, która z kolei pochłonęła okoliczny las i ponad połowę miasteczka, czyli 28 domów i 5 budynków instytucji publicznych. Do dziś trwają tam prace nad wysprzątaniem terenu, a wioska zupełnie nie przypomina już tego, co można zobaczyć na zdjęciach Google.

Zdjęcie z Google, z 2014 roku
Stan na maj 2018
Jedno wielkie błoto 🙁

Większość terytorium Chile leży na Pacyficznym Pierścieniu Ognia – obszarze styku płyt tektonicznych, w wyniku czego występuje tam wiele trzęsień ziemi i erupcji wulkanów. Miejscowość, do której docieramy – Chaitén – leży u podnóża wulkanu Chaitén i również jej się oberwało.  W wyniku erupcji w 2008 roku, popiół wulkaniczny i rzeka powstała po wybuchu zniszczyły znaczną część miasta. Ustalono strefę ewakuacji w promieniu 50 km od krateru, i w ciągu pierwszych godzin od erupcji ewakuowano 1200 osób, a w ciągu kolejnych dni Chaitén w sumie opuściło 3800 osób. Co ciekawe, wielu mieszkańców nie chciało wyjeżdżać z miasta, mimo drastycznych skutków wybuchu. Woleli zostać w swoich ocalałych domach i musieli być deportowani siłą. Dziś w Chaitén jest wiele opuszczonych domów, a w jednym z nich mieliśmy okazję zanocować. Tym razem postanowiliśmy zostać w namiocie mimo deszczu – nie uśmiechało nam się znowu wydawanie tylu pieniędzy, ani potencjalne kolejne oskarżenia o kradzież. Kiedy Michał skacząc przez kałuże szukał miejsca do rozbicia namiotu, zaczepił go pewien pan, i po krótkiej rozmowie zaprosił do siebie. Ostatecznie okazało się, że nie idziemy tam, gdzie mieszka, tylko do opuszczonego po wybuchu wulkanu domu, który ten pan sobie „przywłaszczył”. Dorobił sobie kłódkę, zbiera deszczówkę do pojemników przed domem (a na południu Chile pada duuużo), i przychodzi tam słuchać radia i – sądząc po zapachu – pić wino przy świecach (bo nie ma światła). 10-letni kurz łaskocze w nos, niemniej jednak jesteśmy bardzo wdzięczni za schronienie, dach nad głową i nawet kawałek materaca.

Chaitén jest dobrze przygotowane na potencjalne kolejne wybuchy
Nocleg pod dachem!

Naszym następnym celem jest Puerto Montt, pierwsze większe miasto na naszej drodze od południa Chile. Dostajemy się tam trochę autobusem, trochę autostopem i trzema promami (w niektórych miejscach drogi po prostu nie ma i jedyną możliwością jest przeprawa promowa).  W końcu udaje nam się zostać na Couchsurfingu i odpocząć trochę od deszczu. Nie zwiedzamy za bardzo miasta, po prostu relaksujemy się i wiedziemy „normalne życie” przez 2 dni – robimy pranie, nadrabiamy zaległości blogowe, oglądamy film, a nawet imprezujemy z naszym hostem (co opóźnia nam wyjazd o jeden dzień…). Swoją drogą, podczas naszego pobytu w Puerto Montt ogłoszono drugi stopień zagrożenia wybuchu pobliskiego wulkanu Osorno (w 4-stopniowej skali). Na szczęście nie mieliśmy okazji być świadkami erupcji. Ze względu na deszczowe prognozy na następne dni odpuszczamy wizytę na chilijskiej wyspie Chiloé i decydujemy wrócić do Argentyny, żeby zwiedzić Bariloche, a potem obrać kierunek na Mendozę, o czym opowiemy w następnym wpisie.