RIO DE JANEIRO cz. 2 – Jezus, Copacabana i rozbój

Przylatując do Rio, spodziewaliśmy się, że wiele nas tu zaskoczy. Spodziewaliśmy się też, że będzie bardzo gorąco i bardzo niebezpiecznie. Czy na prawdę tak jest?

Kuba

Po porady jak nie dać się zabić udaliśmy się do Kuby. Kuba mieszka w Brazylii od lat 70-tych, z 10-letnią przerwą na pracę w USA. Urodził się w Polsce w 1939 roku, jednak w 1940 jego rodzice wraz z nim wyemigrowali do Wielkiej Brytanii. Podróżował po wielu krajach świata, odrestaurował wiele zabytkowych samochodów oraz odbył półroczną objazdową wyprawę starym kabrioletem po Europie wraz ze swoim kolegą – tatą mojej (Michała) koleżanki z pracy, stąd mieliśmy do Kuby kontakt. Mimo tylu lat za granicą, rozmawiamy bez problemu po polsku.

Poznajemy jego sympatyczną żonę Linę, szalonego psa Johnny’ego i razem idziemy na bloco, a później dostajemy zaproszenie na przepyszną kolację, podczas której uczymy się robić caipirinhę. Spotykamy się jeszcze kilka razy, wypytujemy o życie w Brazylii teraz i kiedyś oraz gromadzimy cenne wskazówki dotyczące przetrwania w tym kraju.

Kuba, Lina, Johnny i my

Czym nas zadziwiło Rio?

Po bloco udajemy się na zwiedzanie starego miasta. Pomiędzy budynkami mającymi po kilkaset lat ukryte są przepiękne schody Escadaria Selaron. Niegdyś mieszkał w tym miejscu artysta Jorge Selaron, który w 1990 roku postanowił upiększyć zdewastowane schody prowadzące do jego domu. 15 lat pracy zaowocowało ponad 2 tysiącami kafelków wmurowanych w stopnie i ściany. Początkowo Selaron wyszukiwał kafelki na rozbiórkach, budowach i śmietnikach w Rio, później jednak ludzie zaczęli przywozić mu w prezencie kafelki z całego świata – w tym z Polski.

Escadaria Selaron

Przechadzając się po starym mieście zdziwił nas widok witryn sklepowych. Wszystkie były albo zasłonięte metalowymi roletami, albo zabite deskami. Okazało się, że to zabezpieczenia na czas karnawału – zabite deskami były również banki oraz… Burger King.

Burger King zabity deskami

A z ciekawostek kulinarnych – farofa, feijão i ryż. Zawsze. Do każdego posiłku. Farofa, czyli prażona mąka z manioku, na stole obecna obok soli i pieprzu. Obowiązkowa także na grillu (ugrillowane kawałki mięsa są panierowane w farofie). Feijão, czyli coś jakby gulasz z fasoli, czasem ze skwarkami. I ryż. Oprócz ryżu obowiązkowo inne węglowodany – zwykle makaron lub frytki. Taki zestaw obiadowy z mięsem wystarcza nam na 2 osoby, ale zawsze wywołujemy zdziwienie kiedy zamawiamy jedno danie i mówimy, że chcemy się podzielić.

Rio, tak jak i inne miasta Brazylii, jest miastem kontrastów. W szczególności dotyczy to zamożności mieszkańców i rozpiętości cen w danych dzielnicach. Pewnego razu weszliśmy na pewniaka do obskurnie wyglądającej knajpy i zamówiliśmy sobie na śniadanie 4 niewielkie pierożki. Nawet nie spytaliśmy o cenę, bo stwierdziliśmy, że w takim miejscu na pewno nie zapłacimy dużo. Niespodzianka. Za 4 pierożki zapłaciliśmy 18 zł. A nawet się zbytnio nie najedliśmy… Innym razem za 14 zł dostajemy olbrzymi obiad, który dzielimy na nas dwoje (jak w opisie wyżej) i i tak ledwo dajemy radę go zjeść. A te 2 miejsca dzieli tylko 30 minut spacerkiem. Z kolei tabliczka czekolady potrafi kosztować więcej, niż litrowa butelka rumu… Oczywiście największym kontrastem są fawele w centrum miasta graniczące z wielkimi apartamentowcami, z portierami i fontannami przy wejściu, ogrodzonymi wysokimi murami.

Góra żarcia za 14 zł

Rio wita turystów nie tylko pięknymi widokami. Po przybyciu w twarz uderza niesamowite gorąco i wilgoć oraz cała gama zapachów. Niestety, temperatura bardzo sprzyja rozwijaniu się tych szczególnie przykrych, a sprawę pogarszają piętrzące się góry odpadków przy wejściach do fawel oraz zwykłe śmieci walajace się po ulicy. Zdecydowanie nie jest to stolica czystości.

Śmieci przy wejściu na fawelę

Jeżeli już przy czystości jesteśmy, to zaskoczyły nas prysznice przy sedesach. Na początku nie za bardzo wiedzieliśmy, czemu często nikt nie przejmował się brakiem papieru toaletowego w łazience. Ostatecznie okazało się, że takie prysznice są świetnym rozwiązaniem i występują tutaj w większości domów. Po sprawie można umyć do czysta co trzeba i nie zużywać dużych ilości papieru toaletowego, który tutaj niestety wrzuca się do kosza na śmieci, co nie wpływa korzystnie na łazienkową aurę.

Prysznic przy sedesie

I na koniec drogerie – jest tu ich mnóstwo, więcej niż u nas Żabek. Są wielkości naszych Rossmannów lub nawet większe, otwarte 24/7 i nikt nie wie, jakim cudem się utrzymują. Łatwiej jest znaleźć drogerię, niż sklep wielobranżowy lub kantor.

Wycieczka na Jezusa

Na wzgórze Corcovado chcemy oczywiście wspiąć się na własnych nogach. Przez dżunglę i w niesamowitym skwarze, no ale przecież każdy real się liczy. Transport na górę słono kosztuje. Przed nami wspinali się już chłopaki z Autostopem Dookoła Świata i Zosia z Adamem podczas ich Escapady, więc stwierdzamy, że i my możemy. Kiedy nasz host słyszy o naszych planach, wyraźnie nas ostrzega, żebyśmy nie brali ze sobą nic cennego i żebyśmy poszli większą grupą. Na początku trochę bagatelizujemy jego ostrzeżenia, przecież już trochę pochodziliśmy po Rio, tu wszędzie jest niebezpiecznie i jakoś nic nam się nie stało. Ja nawet podjąłem próbę wspinaczki przez dżunglę na wzgórze Irmao Menor górujące nad Ipanemą i nie spotkałem na szlaku żywej duszy. Jednak na wieczór przed atakiem na szczyt, dogrzebuję się do artykułów na temat szlaku pieszego na Corcovado. Okazuje się, że od stycznia 2017 roku znacznie nasiliły się napady na turystów w tamtym miejscu, dochodzi nawet do 40 napadów miesięcznie, a policja nie ma wystarczających sił, żeby zabezpieczyć szlak. Nawet ambasada amerykańska wydała swoim obywatelom wyraźny zakaz chodzenia tamtą ścieżką. Ostatecznie do wybrania wjazdu na szczyt kolejką przekonuje nas wiadomość o tym, że w lipcu 2017 na szlaku został zabity nożem polski turysta… Stwierdzamy, że jednak wyceniamy nasze życie na więcej, niż 75 zł (cena wjazdu dla 1 osoby).

Jeżeli planujecie wspinaczkę na Corcovado, koniecznie sprawdźcie, czy szlak jest już bezpieczny. Ryzyko stracenia drogocennych rzeczy jest obecnie bardzo wysokie, a jak widać można tam też stracić i życie.

Dzień naszej wyprawy na Jezusa jest pochmurny, a niestety jest to nasz ostatni w Rio. Wjeżdżamy XIX-wieczną kolejką zębatą w gęste jak mleko chmury z postanowieniem, że będziemy koczować na górze dotąd, dopóki mgła się nie rozproszy. Raz na kilkanaście minut Jezus ukazuje się spomiędzy chmur, co wywołuje oklaski i okrzyki radości wśród zgromadzonych ludzi. Po aparaty i telefony sięgają z szybkością rewolwerowca. Niestety, na panoramę Rio nie ma na razie co liczyć. Rozkładamy się pod postumentem z piknikiem i czekamy. Nie czujemy, że także przez chmury słońce niemiłosiernie pali. Poczujemy dopiero wieczorem 🙂 6 bananów, 4 bułki i pół litra jogurtu później chmury się rozwiewają i zarówno Jezus, jak i Rio ujawniają nam się w pełnej okazałości.

Tam jest Jezus
Pojawił się na chwilę! Euforia!
Panorama Rio
Wzgórze Corcovado odwiedzane jest rocznie przez miliony turystów
Po odstaniu swojego w kolejce i lekkich, acz stanowczych, przepychankach udaje się zrobić zdjęcie bez ludzi
Selfie z Jezusem

Copacabana, Ipanema oraz jak zostaliśmy świadkami napadu

Oczywiście nie mogliśmy odpuścić wizyty na tych dwóch słynnych plażach. Okazuje się jednak, że nie różnią się one za bardzo od plaży np. w Las Palmas (którą swoją drogą uważamy za lepszą), a plaże nad Bałtykiem przegrywają głównie w zakresie temperatury i natężenia parawanów. Copacabana i Ipanema są pełne ludzi (chociaż Copacabana trochę mniej) oraz sprzedawców wszystkiego – można tu kupić napoje, caipirinhę, okulary przeciwsłoneczne, chusty, pieczony ser, ciastka, lody i inne cuda nie ruszając się z ręcznika. Przy wejściu na plażę bardzo wskazane jest zaopatrzenie się w zmrożonego kokosa. Honor trzeba jednak oddać Ipanemie, z której można obserwować przepiękne zachody słońca na tle wzgórz otaczających Rio.

Zachód słońca na Ipanemie
Niezła publiczność

Wracając z tego pięknego spektaklu jesteśmy świadkami napadu. Jest godzina 20, czekamy na autobus. Po drugiej stronie ulicy szybko biegnie jakiś chłopak. Z oddali słychać krzyki kobiety ‚Proszę! Złapcie go!‚. Przechodnie pokazują go sobie po kolei palcem i zaczynają gonić, włącznie z przejeżdżającym właśnie motocyklistą. Kilkunastoosobowy pościg znika nam z oczu za zakrętem, ale chwilę później podjeżdża tam radiowóz. Owszem, jest niebezpiecznie. Ale solidarność społeczna w Rio jest godna pochwały.

Wyjazd z Rio

Po tygodniu intensywnych wrażeń w Mieście Boga decydujemy się wyruszyć w drogę na północ. Dajemy sobie tydzień na dotarcie do Salvadoru – stolicy stanu Bahia odległej o około 1700 km. Żegnamy się z naszym gościnnym i wyrozumiałym gospodarzem i jego zwierzakami i ostatni raz schodzimy po kilkuset stopniach prowadzących na fawelę Julio Otoni.

W następnym wpisie dowiecie się, dlaczego przyjechaliśmy do Salvadoru spóźnieni i dlaczego znów groził nam pewien rodzaj śmierci opisywany już wcześniej na naszym blogu 🙂

Chico i my
Pa pa fawela

 

Dodaj komentarz