RIO DE JANEIRO cz. 1 – o fawelach i karnawale

Wysiadamy z Ubera. Jest północ, nikogo na ulicy, przed nami góra śmieci oraz ponad 200 schodów prowadzących na fawelę. Wiemy tylko, że nasz host z Couchsurfingu – Chico mieszka w czwartym domu po lewej, tutaj nie ma adresów. Na szczycie schodów waruje bezdomny pies, a z ciemności wyłania się czarnoskóry mężczyzna i bynajmniej nie jest to Chico…

Ale po kolei 🙂

Rio de Janeiro

Okazuje się, że nazwę tego miasta wymawia się tak naprawdę hiju dżi żaneiru. Szukanie hosta okazało się w miarę łatwe. Nocleg mieliśmy zaklepany już w połowie grudnia, a spodziewaliśmy się olbrzymich kłopotów w znalezieniu noclegu podczas karnawału. Nasz host, Chico, nie miał żadnych komentarzy na Couchsurfingu, ale przecież każdy kiedyś zaczyna. Kontakt był bezproblemowy, chociaż rozmawialiśmy po portugalsku. Pierwsze zdziwienie wzbudził brak adresu – no dobra, może takie zwyczaje są w Rio. Poza tym Chico zapewniał, że miejsce jest bezpieczne i nie mamy się czego bać. No dobra, jedziemy na miejsce. Wysiadamy z samochodu i okazuje się, że będziemy mieszkać na faweli… Trochę się boimy, jednak zupełnie niesłusznie w świetle późniejszych wydarzeń.

Fawele

Okazuje się, że fawele nie są tak straszne, jak nam się wydaje. Czym tak na prawdę jest fawela? Otóż jest to osiedle niezbyt bogatych ludzi, którzy nie chcąc mieszkać na peryferiach miasta, zagospodarowali wzgórza leżące we w miarę dobrej lokalizacji. Ponieważ władze miasta nie były zainteresowane gruntami tak trudnymi do zabudowy, ludzie budowali się „na dziko”. Nikt nie ma tam żadnego dokumentu własności domu, gruntu, ani nawet adresu. My mieszkaliśmy w „czwartym domu po lewej idąc schodkami od Rua Alice”. Początkowo fawele nie były zasilane w media, ale miasto przymknęło oko, a nawet pomagało, kiedy ludzie zaczęli budować podłączenia na dziko. Był to jeden z elementów programu „ucywilizowywania” fawel pod koniec ubiegłego wieku. Kiedyś rzeczywiście fawelami rządzili handlarze narkotyków, jednak władze przeprowadziły szereg pacyfikacji, czyli operacji mających na celu wyeliminowanie przestępców zamieszkujących fawele. Tak, wyeliminowanie. Podczas takich akcji ginęło wielu gangsterów, którzy byli uzbrojeni równie dobrze, jak policja i zaciekle bronili swoich pozycji. Wciąż niektóre fawele uchodzą za mniej bezpieczne – np. Rocinha, w której w dzień naszego wyjazdu wybuchła prawdziwa wojna między tzw. Policia Militar i handlarzami narkotyków. Zginął w niej zagraniczny turysta, a ruch na autostradzie graniczącej z fawelą zamarł, gdyż kierowcy czym prędzej chowali się za betonowe osłony. Niemniej w większości fawel jest bezpiecznie, a mieszkańcy częściej stosują określenie comunidade – społeczność. Generalnie panuje zasada, że wewnątrz faweli raczej nic się nikomu nie stanie. W szczególności mieszkańcom i ich gościom. Jeśli dochodzi do napadów i rabunków, to poza terenem fawel – przestępcy schodzą na dół do bogatszych dzielnic i włamują się do domów lub napadają na ludzi. Woleliśmy jednak zachować ostrożność i bez potrzeby nie zapuszczaliśmy się głębiej w naszą, a tym bardziej w inne fawele.

Tu mieszkamy – fawela Julio Otoni

Wracając do naszych pierwszych chwil w Rio – obcy mężczyzna, który wyłonił się z ciemności okazał się sąsiadem naszego hosta. Niestety, nie wiedział o tym, że Chico mieszka obok i w końcu zadzwoniliśmy do niego przez WhatsAppa włączając roaming. Minuta transferu danych kosztowała nas ponad 20 zł :O Ale na szczęście opłaciło się – znaleźliśmy czwarty dom po lewej. Domek Chico zamieszkuje 5 kotów, 3 psy i 14 Couchsurferów! Decydujemy się spędzić pierwszą noc na tarasie, gdyż panująca tu temperatura (30 stopni w nocy) jest dla nas niemałym szokiem termicznym. Budzimy się wiele razy, ale w nagrodę obserwujemy najpiękniejszy wschód słońca, jaki widzieliśmy w życiu.

Widok z tarasu Chico

Karnawał

Okazuje się, że również karnawał wygląda zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażamy w Europie. To, co pokazują nam media, to występy szkół samby. Są to wielkie i kolorowe parady, odbywające się w specjalnie zbudowanym do tego celu sambodromie. Bilety na takie występy kosztują bardzo dużo (kilkaset BRL – brazylijskich reali, w chwili obecnej kurs wymiany to około 1,06 PLN), więc tę przyjemność sobie odpuszczamy. Duszą karnawału w Rio tak na prawdę są tzw. blocos – czyli uliczne imprezy odbywające się od południa do nocy. Kiedyś rzeczywiście w Rio podczas karnawału odbywały się głównie występy szkół samby, ale w końcu miasto przyjęło od Salvadoru zwyczaj organizowania imprez na ulicy. W każdej dzielnicy każdego dnia przez czas trwania karnawału organizowane jest wiele blocos, chodząc po mieście co raz na jakiś trafiamy.

Pierwszego dnia pobytu w Rio wybieramy się z Chico i Couchsurferami na bloco o nazwie Bloco de Barba. Jak wygląda taka impreza? W centrum bloco jest scena (może być stała lub mobilna – wtedy bloco zamienia się w coś w stylu pochodu), wokół sceny mnóstwo ludzi – wszyscy mają przebrania, a najpopularniejszym przebraniem mężczyzn jest… strój kobiety. Najbardziej komicznie wyglądają wielcy, umięśnieni Murzyni w skąpych spódniczkach i z warkoczykami. Na początku byliśmy tym dość zdziwieni, u nas dość dziwnie patrzy się na faceta przebranego za kobietę. Okazuje się, że kiedyś strój kobiety (a w zasadzie siostry lub mamy) był jedyną dostępną opcją przebrania dla biednych ludzi, w szczególności na prowincji. Społeczeństwo jest dziś trochę bogatsze i przebrania są wszelkiego typu (moim faworytem był prysznic z zasłonką i działającą słuchawką zasilaną z baniaka wody w plecaku), ale wciąż wśród facetów najpopularniejsze są spódniczki 🙂 Przebierają się wszyscy: starzy, młodzi, nawet psy. Wśród kolorowego tłumu jest mnóstwo handlarzy z jedzeniem i piciem – najwięcej oczywiście z piwem transportowanym w wielkich pojemnikach termicznych z lodem.

Gotowi na karnawał!

Niestety, nie mamy dużo zdjęć z karnawału, ponieważ na blocos panuje niesamowity tłum, dlatego aparat został w domu. Przebrania często bywają bardzo skąpe, a Brazylijczycy niezbyt lubią rozstawać się ze swoimi telefonami – dlatego najczęstszą skrytką okazują się być majtki lub stanik. Plecak odpada, bo z tyłu ktoś by się od razu dobrał, a z przodu niewygodnie.

Bloco

Po bloco idziemy jeszcze wszyscy na spacer po okolicy i po długiej wędrówce docieramy na naszą fawelę na wzgórzu. Zmęczeni po podróży, bloco i przytłaczającym gorącem padamy wieczorem jak muchy. Następnego dnia jesteśmy umówieni z Kubą – znajomym taty mojej koleżanki z pracy, który mieszka w Brazylii od lat 70-tych.

W następnym wpisie napiszemy o rzeczach, które jeszcze zaskoczyły nas w Rio, napadzie na ulicy i o tym czemu bezpieczeństwo powinniśmy stawiać wyżej niż oszczędności [klik].

Dodaj komentarz