Najsuchsze miejsce na Ziemi – PUSTYNIA ATACAMA

Calama ma być naszą bazą wypadową na zwiedzanie północnej części pustyni. Co prawda sercem atrakcji jest San Pedro de Atacama, ale interesujące miejsca są od niego oddalone od kilkunastu do osiemdziesięciu kilometrów. Można więc z San Pedro kupować wycieczki, ale po pierwsze to jest drogie, a po drugie zajmuje dużo czasu. Zgodnie z radą znajomych z Alejazda, wypożyczamy więc samochód na lotnisku w Calamie i jedziemy poznawać pustynię na własną rękę.

Co zrobić z dobą na pustyni?

Niestety nie udaje nam się znaleźć nikogo chętnego na intensywne zwiedzanie, więc koszty wynajęcia samochodu dzielą się tylko na naszą dwójkę. Z drugiej strony daje nam to sporą niezależność, jesteśmy więc dobrej myśli. Odbieramy samochód ok. 14 i ruszamy w drogę.

W drogę!

Valle de Marte

Nasz pierwszy przystanek to Vale de Marte. Podjeżdżamy na punkt widokowy, gdzie widać dolinę z góry. Można też zjechać na dół, ale tam się już płaci za wstęp, poza tym mamy ograniczony czas, więc rzucamy okiem z góry i jedziemy dalej.

Nieźle tam wiało, ale na szczęście nie spadłam.

Mirador del Coyote

Następnie wstępujemy na punkt widokowy Mirador del Coyote, skąd rozciąga się piękny widok na Valle de La Luna. Jednak to jeszcze nie tutaj chcemy zostać do wieczora, jedziemy więc dalej 😉

Podoba nam się!

Valle de La Luna

To właśnie serce doliny księżycowej jest najlepszym miejscem na podziwianie zachodu słońca (przynajmniej według wszystkich ulotek i zapewnień w internecie 😉 . Po drodze wstępujemy jeszcze do Cavernas del Sal, czyli solnych jaskiń. Ciekawe formacje robią wrażenie, jednak chyba nie da się być tam bez miliona innych wycieczek. Bardzo nas to irytowało, bo w jaskiniach przejścia są wąskie, często nie ma jak ominąć tłumu i zwiedzenie ich zajęło nam jakieś 4 razy więcej czasu, niż gdybyśmy mogli iść własnym tempem. A czas do zachodu słońca nieubłaganie się kończy… Wisienką na torcie było, gdy przewodnik jednej wycieczki wszystkim po kolei mówił, gdzie mają stawiać stopy, by zejść z niewysokiego solnego przewyższenia. I bynajmniej nie była to wycieczka dzieci w wieku przedszkolnym…

Solne labirynty
Tłumy w jaskiniach…

Do doliny docieramy dosłownie odrobinę za późno – słońce już schowało się za górami. Ale nic nie szkodzi, i tak możemy jeszcze przez jakiś czas podziwiać niesamowite kolory na niebie i w dolinie.

Jeszcze nie wiemy, co te chmury przyniosą…

Niesamowity spektakl cieni i kolorów!

San Pedro de Atacama i Machuca

Do San Pedro docieramy już po ciemku. Spacerujemy chwilę po miasteczku, jemy przygotowany jeszcze w Calamie obiad i wyjeżdżamy do małej wioski Machuca, by tam spędzić noc w samochodzie. Wioska jest mniej więcej w połowie drogi do gejzerów El Tatio, które mamy w planach następnego dnia. W moim przypadku to jednak nie był najlepszy pomysł. Machuca leży na wysokości 4000 m. n. p. m. i dopadły mnie objawy choroby wysokościowej. Ból głowy i nudności nie pozwoliły mi zasnąć przez prawie całą noc. Choroba jednak nie wszystkich dotyka tak samo. Michał oczywiście spał jak zabity i narzekał tylko na małe nudności następnego dnia.

A w San Pedro był taki koncert… Ale się nie skusiliśmy. Nazwa niezachęcająca.

Gejzery El Tatio

Gejzery najlepiej zwiedzać o świcie, wtedy różnica temperatury powietrza i gorących wód termalnych jest największa, dzięki czemu można zaobserwować największą aktywność. My mamy dodatkowo szczęście, bo w nocy spadł śnieg, tworząc niesamowity krajobraz z parą buchającą z gejzerów. Jest zimno, ale bardzo nam się podoba. Gejzery są poogradzane, bo podobno parę lat temu jakiś turysta wpadł do środka i się ugotował. Dzisiaj ogląda się je z bezpiecznej odległości 😉 Wstępujemy jeszcze do naturalnych basenów z gorącą wodą. Gejzery są na wysokości 4320 m. n. p. m., więc złe samopoczucie mnie nie opuszcza i nie mam ochoty na kąpiele, ale Michał jako pierwszy odważny zrzuca z siebie ubrania (w temperaturze co najwyżej -5°C!) i wskakuje do gorącego basenu.

Najlepiej dojechać na miejsce jeszcze przed wschodem słońca

Foczka się moczy 🙂

W drodze powrotnej możemy podziwiać niesamowite krajobrazy, ośnieżone góry i doliny, po prostu magia! Nieźle zmarzliśmy, ale i tak uważamy, że jeśli chodzi o tę śnieżną pogodę to mieliśmy kupę szczęścia.

Znowu jak w Krainie Lodu!
Cała paleta barw
Ośnieżony wulkan górujący nad pustynią

Laguna Cejar i Ojos del Salar

Przejeżdżamy przez San Pedro i jedziemy zobaczyć laguny. Niestety, Laguna Cejar za wstęp liczy sobie ok. 100 PLN od osoby! Uznajemy więc, że trochę słonej wody nie może być aż tak niesamowite, tym bardziej, że cała ta wycieczka to niemało pieniędzy. Jedziemy zobaczyć dwie darmowe, okrągłe laguny zwane Ojos del Salar, czyli oczy solniska.

Jedno z oczu

Laguna Tebinquinche

Ostatnim przystankiem jest laguna Tebinquinche. Tu cena wstępu ma już sens, więc wchodzimy. Jest to wielka, solna laguna, w której wciąż żyją takie same mikroorganizmy, jakie żyły na samym początku istnienia życia na ziemi. Są to tzw. ekstremofile, czyli bakterie żyjące w skrajnych warunkach środowiskowych. 3,8 mld lat temu Ziemia wyglądała zupełnie inaczej, niż dziś. Było dużo goręcej, a atmosfera składała się ze związków takich jak azot, para wodna, metan, dwutlenek węgla i tlenek węgla, nie zawierała natomiast prawie wcale wolnego tlenu. W takim środowisku rozwinęły się ekstremofile, które w procesie przemiany materii uwalniały tlen do atmosfery i umożliwiły rozwój życia takiego, jakie dziś znamy. Tymi ekstremofilami żywią się… flamingi. Co prawda podczas naszej wizyty zobaczyliśmy tylko jednego, ale cała okolica to ich rezerwat. Może akurat stołowały się gdzie indziej 🙁

Sól na brzegu laguny
Flaming! Tam daleko, coś sobie dziobie

Czas nieubłaganie nam się kończy, musimy więc wracać do Calamy. Spóźniamy się z oddaniem samochodu jakieś 40 minut, jednak okazuje się, że na spokojnie mogliśmy zobaczyć coś jeszcze – obsługa wypożyczalni spóźnia się 2 godziny, bo… jedzą obiad. Nie ma tego złego. W 24 godziny udało nam się odwiedzić 7 miejsc (licząc San Pedro), więc całkiem niezły wynik.

Koszty

Są niemałe. Ale za wykupienie wycieczek, zapłacilibyśmy dużo więcej i nie mielibyśmy swobody spędzania w poszczególnych miejscach tyle czasu, ile byśmy chcieli. A jeszcze przewodnik pewnie by nam mówił gdzie stawiać stopy… Naszym zdaniem widoki są warte tych pieniędzy, w końcu po to się podróżuje, aby móc podziwiać takie cuda.

Konkrety:

  • wynajem samochodu: my trafiliśmy Renault Duster 4×4 za 40 000 CLP / 240 PLN,
  • paliwo: pokonana przez nas trasa kosztowała nas 25 000 CLP / 150 PLN
  • Mirador del Coyote + Cavernas del Sal + Valle de la Luna: 3 000 CLP / 18 PLN
  • gejzery El Tatio: 10 000 CLP / 60 PLN
  • Laguna Tebinquinche: 2 000 CLP / 12 PLN

W sumie na dwie osoby 570 PLN :O Kupa szmalu, ale jak już pisałam – naszym zdaniem warto. Gdyby udało nam się znaleźć jeszcze 3 osoby do podzielenia kosztów samochodu, wyszłoby dużo taniej. Poza tym, jak się później okazało, w miejscach gdzie byliśmy samochód z napędem 4×4 nie był konieczny. Zwykły samochód też by sobie poradził, tyle że trzeba by jechać wolniej. Ale jako, że małe samochody można wynająć dużo taniej, może dobrym pomysłem jest wynajęcie takiego na 2 dni i zwiedzenie nawet więcej?

Fajna fura. Szkoda, że nie nasza ;(


Atrakcje, które my odwiedziliśmy

Kierunek Boliwia

Po spędzeniu doby na pustyni wszystko mamy zapylone. Robimy pranie, w końcu w najsuchszym miejscu na Ziemi jedno popołudnie i noc powinny wystarczyć na wysuszenie mokrych ubrań (następnego ranka jedziemy już do Boliwii). W trakcie rozwieszania prania zaczyna oczywiście padać… Na szczęście przy pomocy piecyka w domu Ricardo, naszego hosta, udaje się jakoś ogarnąć tony mokrych skarpet i podkoszulków.

Do Boliwii jedziemy autobusem. Z wielu relacji słyszeliśmy, że tam autostop nie działa, postanawiamy więc już z Calamy wygodnie dostać się do Uyuni. Drogę umilają nam piękne widoki za oknem, najbardziej prostokątne dziecko świata i maraton filmów z Sylvestrem Stallonem.

Widok z autobusu
Najbardziej prostokątne dziecko świata
Nie ma nudy

Nasza trasa

Dodaj komentarz