Uchatki, pingwiny i historia ukraińskiej rodziny – PUERTO MADRYN

Po około 10 dniach spacerowania, jedzenia wołowiny i przytulania kota wyjeżdżamy z Buenos Aires. Naszym kolejnym przystankiem jest Puerto Madryn, miasteczko w pobliżu półwyspu Valdés. Krajobrazowo półwysep nie jest szczególnie ciekawy, jednak jest coś, co przyciąga tu masę turystów. Są to morskie zwierzęta. W zależności od pory roku można tu spotkać wieloryby, orki, delfiny, lwy morskie, słonie morskie lub pingwiny.

W drodze

Na południe od Buenos Aires autostop idzie nam już bardzo sprawnie, bez większych problemów przesiadamy się do kolejnych samochodów i ciężarówek. Ostatecznie przejechanie 1300 km zajmuje nam 2 dni a nie 3, jak początkowo planowaliśmy. Pomaga nam zdobyta przez Michała koszulka bardzo popularnego w Argentynie klubu piłkarskiego Club Atlético Boca Juniors. W pierwszym samochodzie, który zatrzymał się dla nas na wylotówce z Buenos poznajemy Briana, zagorzałego kibica La Boca. Kiedy dowiedział się o naszej podróży, zaproponował Michałowi wymianę koszulek z życzeniem, żeby Michał zrobił sobie zdjęcie w koszulce La Boca pod lodowcem Perito Moreno. Oczywiście Michał zgadza się na wymianę, obdarowując Briana koszulką z Woodstocku. Wszyscy kierowcy, którzy później się dla nas zatrzymali byli kibicami La Boca, więc prawdopodobnie to ta koszulka odczarowała nam autostop w Argentynie.

Michał i Brian po wymianie koszulek
Obiecane zdjęcie pod lodowcem Perito Moreno (o którym więcej przeczytacie już w następnym wpisie 😉 )

Zobaczyć zwierzęta

Do Puerto Madryn docieramy pod koniec kwietnia. Niestety, nie jest to najlepszy czas na oglądanie zwierząt. Sezon na pingwiny już się skończył, i większość z nich popłynęła w kierunku wybrzeży Brazylii, żeby spędzić zimę w cieplejszym miejscu. Podobnie z orkami: sezon się kończy, za to sezon na walenie dopiero powoli się zaczyna. No niestety, w tak długiej podróży nie da się idealnie zgrać terminów we wszystkich miejscach.

Kalendarz fauny na półwyspie Valdés; źródło: tutaj

Wciąż pozostają nam zwierzęta, które można spotkać cały rok. Niestety, wstęp na Peninsula Valdés jest okrutnie drogi. Dodatkowo, trzeba zapewnić sobie transport na miejscu, bo kolonie zwierząt są rozlokowane w różnych miejscach. Można wykupić drogą wycieczkę w lokalnej agencji turystycznej lub wypożyczyć samochód i zwiedzić półwysep na własną rękę, co też nie jest tanie. Próbujemy zorganizować jakieś towarzystwo, żeby podzielić koszty samochodu, ale nie udaje nam się nikogo znaleźć. Jako, że sezon nam nie sprzyja, za radą Macareny i jej mamy Liliany, które przygarnęły nas na Couchsurfingu, postanawiamy odpuścić półwysep. Wypożyczamy za to rowery i jedziemy na Punta Loma – oddalony o 15 km od Puerto Madryn punkt obserwacyjny uchatek patagońskich. Po drodze mamy okazję zaobserwować pewien fenomen. Otóż w Argentynie najważniejsze dla dziewczynki są jej 15 urodziny. Zwyczajowo stroi się ją wtedy w „księżniczkową” sukienkę, do tego fryzura i makijaż, i obowiązkowo sesja zdjęciowa. W drodze na Punta Loma mijaliśmy jedną taką księżniczkę podczas jej urodzinowej sesji, na środku (na szczęście) niezbyt ruchliwej drogi. Coś jak „my sweet 16” w Stanach, z tym, że Argentyna postanowiła nie czekać aż do szesnastki, i urządza imprezę rok wcześniej.

Urodzinowa sesja 15-letniej księżniczki

Mamy niesamowite szczęście. Pogoda nam dopisuje, dzień jest słoneczny i bezwietrzny, a kiedy dojeżdżamy na Punta Loma okazuje się, że jakiś czas temu zrezygnowano z pobierania opłat – możemy oglądać uchatki zupełnie za darmo. Dojeżdżamy na miejsce w godzinie przypływu – wtedy plaża, na której wylegują się uchatki jest najmniejsza, więc i szanse na zobaczenie uchatek nie są za duże. Podobno lubią o tej porze wypływać w morze, żeby upolować sobie jakiś obiad. Ale dla nas to na prawdę dobry dzień. Na plaży wyleguje się jakieś 100 uchatek, wydają prześmieszne odgłosy, a w dodatku przez kilka godzin jesteśmy zupełnie sami i mamy idealny widok na zwierzęta.

Rowerujemy!
Są i one 🙂
A tu uchatki z bliska – zdjęcie przez lornetkę

Posłuchajcie ich koniecznie!

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na chwilę na plaży Parana. Obserwujemy rybaków, chwilę odpoczywamy, kiedy nagle jakiś ruch przy brzegu przyciąga nasz wzrok. Tak! To pingwin podpłynął prawie na sam brzeg i pluska się w wodzie. Chwilę później przypłynęły kolejne 2. Mamy niezłe szczęście, że mogliśmy je jeszcze zobaczyć.

Pingwin!
Ruchliwy był i nie chciał zapozować, ale zdążyliśmy z jednym portretem.

Niestety, pingwiny, które tak cieszą nasze oczy, prawdopodobnie nie przeżyją zimy. Zdrowe wypłynęły już na północ, na południu zostają tylko stare lub chore osobniki, niezdolne do tak dalekiej podróży. Cały obszar półwyspu Valdés i okolic jest rezerwatem naturalnym. To znaczy, że pracownicy chronią te obszary przed złym wpływem człowieka, ale także nie zaburzają naturalnego rytmu – czyli nie pomagają takim zbłąkanym pingwinom.

Ukraiński wątek w Argentynie

Jak już wspomniałam, na Couchsurfingu przyjęły nas Macarena z mamą Lilianą. Okazuje się, że rodzina ma ukraińskie pochodzenie. Rodzina Liliany, z jej wówczas czteroletnim tatą Piotrem, wyemigrowała do Argentyny w 1929 roku. Wtedy Ukraina nie widniała na oficjalnych mapach. Część jej obecnego terytorium należała do ZSRR, a część do ziem polskich. W związku z tym, kiedy przy wypełnianiu dokumentów migracyjnych rodzina podała narodowość ukraińską, w odpowiedzi usłyszeli „Nie ma takiego kraju”. W dokumentach zostali więc Polakami, ponieważ wieś Łopuszno w rejonie Krzemienieckim (dziś znowu ukraińska), znajdowała się wtedy w granicach Polski. Po latach cała rodzina oprócz Piotra wróciła na Ukrainę, który zdążył już na dobre się osiedlić w Argentynie i założyć rodzinę. „W moim domu mówiło się po ukraińsku, to był pierwszy język którego się nauczyłam. Dopiero później, kiedy z siostrą poszłyśmy do szkoły, zaczęłyśmy mówić po hiszpańsku. Po jakimś czasie, zaczęłyśmy mówić po hiszpańsku też w domu, ponieważ tak było łatwiej – mówić o tych samych rzeczach w tym samym języku, co z rówieśnikami. Rodzice też zaczęli rozmawiać z nami po hiszpańsku. I w ten sposób powoli, powoli, zaczęłyśmy zapominać ukraiński” opowiada Liliana. Dzisiaj już nie pamięta języka, jedynie pojedyncze zwroty. Pamięta natomiast kiszoną kapustę i ogórki, które przyrządzała jej mama, naszą słowiańską kwaśną śmietanę, której nie da się kupić w Ameryce Południowej, czy wareniki, czyli ukraińską wersję pierogów, które Liliana robi do dziś, i obie z Macareną je uwielbiają. Po tacie Liliany nie zostało za dużo ukraińskich dokumentów, Liliana ma jedynie ksero z jakiejś starej księgi, nie bardzo wie nawet, co to jest. Pokazuje nam dokumenty. Kiedy mówimy jej, że są wypisane w dwóch językach – po polsku i po ukraińsku, niesamowicie się cieszy. „Wy wiecie co to jest? Możecie to dla mnie przetłumaczyć?” pyta zdziwiona. Z radością siadamy do rozszyfrowania starych kserówek wyciągu z ksiąg metrycznych parafii Łopuszańskiej. Dopiero po przetłumaczeniu dokumentu wiadomo skąd pochodzi rodzina Liliany. Wcześniej, wyszukując Łopuszno, Google wyświetlał im miasto w Polsce, które nigdy nie było ukraińskie. Dopiero po doprecyzowaniu, że chodzi o rejon Krzemieniecki, Liliana poznaje lokalizację wsi, z której pochodził jej tata. Dzięki tłumaczeniu dokumentu poznaje także datę jego chrztu oraz imiona i nazwiska rodziców chrzestnych. Mając trochę więcej danych, Macarena zamierza wybrać się do muzeum imigracji w Buenos Aires, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o swoich przodkach. Super, że mogliśmy pomóc.

Wyciąg z ksiąg metrycznych ojca Liliany
Michał, Ola, Macarena i Liliana

Domowe muzeum

Następnego dnia wybieramy się do Muzeum Oceanograficznego w Puerto Madryn, które jest darmowe i ma ciekawą ekspozycję. Jednak wiele eksponatów z muzeum mogliśmy już wcześniej zobaczyć w domowych zbiorach Liliany. Jej mąż kolekcjonował fiszbiny waleni znalezione na plaży, kamienie i zęby zwierząt, z których Indianie robili broń lub narzędzia, a w jej ogródku ozdobami są ogromne, wielorybie kręgi.

Gablota skarbów po mężu Liliany
Zęby rekina
Fiszbin walenia. Ola dla skali
Krąg walenia
A to już szkielet małego walenia z muzeum. Taki eksponat nie zmieściłby się w domu. Ola dla skali.

Mimo, że do Puerto Madryn zawitaliśmy w nienajlepszym na oglądanie zwierząt momencie, pobyt zaliczamy do bardzo udanych. Zobaczyliśmy uchatki i pingwiny, z Macareną i Lilianą czuliśmy się jak w domu, a w dodatku mieliśmy okazję do odwdzięczenia się za wspaniałą gościnność chociaż trochę, tłumacząc stare dokumenty. Na pamiatkę dostaliśmy jeszcze fiszbin walenia znaleziony na plaży 🙂 Następny cel? Południe Patagonii. Jedziemy trochę zmarznąć!