Przez deszcz do miasta Smurfów [Maroko 6/7]

Początek naszego pobytu w Fesie nie jest najciekawszy. Spotykamy się z naszym hostem Amine wieczorem i idziemy do mieszkania. Już wcześniej mieliśmy pewne obawy odnośnie tego człowieka ze względu na „ciekawe” wiadomości, jakie do mnie wysyłał. Nie były jednak na tyle dziwne, żebyśmy od razu zrezygnowali z zostawania u niego, uznaliśmy, że chłopak ma takie poczucie humoru i może nie ma co go od razu skreślać. Obawy były słuszne. W mieszkaniu jest niesamowicie brudno, zimno (drzwi wyjściowe z mieszkania prowadzą prosto na ulicę, są ciągle otwarte i poza tym nieszczelne), wszędzie śmierdzi papierosami, a w pokoju, w którym mamy zostać jest jedna zielona żarówka, przez co jest strasznie ciemno i ponuro. Dodatkowo dowiadujemy się, że oprócz nas jest jeszcze 5 innych couchsurferów. O ile w Essaouirze taka sytuacja była do zniesienia, a nawet było bardzo fajnie, to tu – w tym ciemnym, zimnym pokoju z hostem, który wzbudza nasz niepokój, nie czujemy się komfortowo. W dodatku Ania, jedna z pozostałych couchsurferów opowiada, że do niej Amine też pisał dziwne wiadomości. Dziś już nie bardzo mamy dokąd uciec, ale postanawiamy (a raczej ja się upieram) jutro rozważyć znalezienie innego lokum.

Następnego dnia kierujemy się do Mediny. Tutaj na szczęście nie trzeba wojować z taksówkarzami o włączenie taksometru, który z zasady jest włączony. Pogoda nas nie rozpieszcza – przez cały dzień leje jak z cebra, ciepło też nie jest. Mimo to twardo zwiedzamy, Fes był jednym z ważniejszych punktów wycieczki, a poza tym nie bardzo chce nam się wracać do mieszkania Amine. Dlaczego warto odwiedzić Fes? Ponieważ to stolica rękodzieła. W Medinie można znaleźć przeróżne wyroby skórzane, ceramiczne, metalowe lub drewniane, a także zobaczyć mnóstwo małych warsztacików, w których rzemieślnicy na bieżąco wytwarzają swoje małe dzieła.

Wyrób drewnianych ozdób
Wyrób drewnianych ozdób

 

Fes
I prezentacja tychże ozdób na ścianach pałacu

 

Stolica rękodzieła
Stolica rękodzieła

Obowiązkowo w Fesie trzeba zobaczyć Tanneries, czyli miejsce, gdzie kozie skóry są odpowiednio przygotowywane pod wyroby galanterii skórzanej. Aby skóry były odpowiednio miękkie, moczy się je w moczu, a następnie barwi i suszy. Cały proces można obserwować z góry, ze specjalnie przeznaczonych do tego tarasów. Podejrzewam, że w lecie zapach zapiera dech w piersiach. My jednak trafiliśmy na deszczowy dzień i nie było tak źle, chociaż nuta moczu była wyraźnie wyczuwalna. Nie trudno tam trafić, ponieważ w medinie co chwila ktoś chce wskazać tam drogę. Zwiedzanie jest darmowe, ale jest silna sugestia, żeby potem kupić jakiś wyrób. My nie kupiliśmy (akurat tam nie było portfeli, a inne rzeczy nas nie interesowały) i nie urwali nam głowy.

Tradycyjne wyrabianie skór
Tanneries w deszczowy dzień

Około 18 przemoknięci i przemarznięci poddajemy się. Nie mamy też siły szukać jakiegoś hotelu tylko na jedną noc, bo to wiązałoby się z wycieczką do mieszkania po rzeczy i powrotem do mediny. Postanawiamy zostać u Amine i następnego dnia jechać już dalej. W początkowej wersji planu na Fes przeznaczaliśmy 2 dni, ale ze względu na kiepską pogodę i warunki mieszkaniowe decydujemy się uciekać po 1 dniu. Niemniej jednak polecamy zostać tam 2 dni, bo jest tam co oglądać. Kupujemy trochę owoców na wieczór, żeby pointegrować się z naszym hostem. Nie ma już innych couchsurferów. Ania i jej chłopak wyjechali już z Maroko (taki mieli plan), natomiast troje belgów po prostu przeniosło się do hotelu. My próbujemy spędzić wieczór z Amine, ale rozmowa za bardzo się nie klei i idziemy wcześnie spać.

Następnego dnia z ulgą opuszczamy mieszkanie i ruszamy z rana łapać stopa w stronę Chefchaouen. Nasza pierwsza podwózka to dwóch studentów, przyszłych Imamów. Pierwsze pytanie, jakie pada w samochodzie, to „Czy chcecie jechać z nami na śniadanie?”. Oczywiście, że tak! Pomimo kłopotów ze znalezieniem wspólnego języka (u nich brak angielskiego, u mnie bardzo kulejący francuski) udaje nam się porozmawiać wspomagając się translatorem. Zabierają nas do miejscowości Moulay Yaâcoub, gdzie w szeregu takich samych knajpek tłumy Marokańczyków jedzą śniadanie. Okazuje się, że miejscowość jest znana z naturalnych wyrobów takich jak miody, sery, masło orzechowe oraz różne rodzaje chlebów i placków. Zdecydowanie warto się tam wybrać. Ponadto w Moulay Yaâcoub są naturalne źródła termalne, więc jeśli ktoś ma ochotę się zrelaksować a jego portfel mu na to pozwala, tym bardziej warto tam zajrzeć. W drodze powrotnej ze śniadania (trzeba było odbić trochę od głównej drogi) przyszli Imamowie pokazjują nam aplikację do Koranu, która wyświetla wybrane fragmenty w dowonlym języku, Przytaczają nam kilka fragmentów po polsku, chcąc pokazać, że ich pismo święte nie różni się bardzo od naszego, jeżeli chodzi o podstawowe założenia. Ciekawe, czy my mamy jakieś aplikacje do Biblii? Nasyceni łapiemy kolejne okazje w stronę Chefchaouen. Po drodze mamy okazję zaobserwować najwyraźniejszą na świecie podwójną tęczę.

Tęcza
Podwójna tęcza – podwójny gar złota. Niestety nie znaleźliśmy 🙁

 

Większość miast w Maroko ma „przypisany” swój kolor, na który jest pomalowana większość budynków. Zwykle są to różne odcienie brązu. Chefchaouen jest wyjątkowe – jego kolor to niebieski. Medina robi niezwykłe wrażenie, co zaraz postaramy się udowodnić:

Chefchaouen
Tak ładnie tam mają

 

Chefchaouen
Tak też

 

Chefchaouen
Ta pani goni przez miasto swoje stado kóz (niestety nie załapały się na to zdjęcie)

 

Chefchaouen
Drugim atutem miasteczka jest jego piękne położenie u podnóży gór Rif

 

Góry wokół Chefchaouen są idealnym terenem do uprawy marihuany. To właśnie stąd pochodzi 80% haszyszu dystrybuowanego w Europie. Kilkanaście propozycji kupna haszyszu dziennie to norma, a gdzie się nie pójdzie można spotkać osoby skręcające „śmieszne papierosy”, od małych chłopców po starców. Trzeba uważać na natrętnych handlarzy, do nas podczas szukania hotelu przyczepił się jeden i nie mogliśmy się go pozbyć. Na szczęście są niegroźni, wystarczy postraszyć ich policją żeby dali nam spokój. A najlepiej w ogóle się do nich nie odzywać.

Następnego dnia wybieramy się na spacer w góry. Że widoki piękne, chyba nie trzeba pisać. Można też momentami poczuć woń okolicznych upraw (mimo tego, że jest zima). Ale co sprawia nam mega frajdę, to śnieg. Nie widzieliśmy go od bardzo dawna (do Maroko pojechaliśmy po pół rocznym pobycie na Wyspach Kanaryjskich), i mimo, że dostanie się do niego wymagało ubłocenia i przemoczenia butów, stwierdzamy, że warto.

Spacer w góry nie może być niestety zbyt długi, bo jeszcze tego samego dnia ruszamy w dalszą drogę. Cel? Malutka wioska Ouzanne.

IMG_1998
Śnieg i radość wielka

 

Góry w okolicy miasteczka
Jeszcze widok na góry Rif

I na koniec trasa opisana wyżej


O tym, dlaczego warto zaglądać do małych wiosek oraz jak nie jeździć na stopa przeczytacie w następnym wpisie [klik].