Franciszkanie, dinozaury i zebry – POTOSI i SUCRE

Wstajemy jeszcze po ciemku, aby dotrzeć do Potosi w miarę wcześnie. Wychodzę do łazienki (łazienka na zewnątrz to m.in. to, co odróżnia hostel dla lokalsów od hostelu dla backpackersów) i… wszystko jest pokryte białym puchem! W nocy spadł śnieg, co jest w tym regionie dość rzadkie. Trochę nas to napełniło strachem, czy nie ześlizgniemy się w przepaść z górskiej drogi, ale jak widzicie, przeżyliśmy 🙂 Wsiadamy na tej samej ulicy, na której wysiedliśmy parę dni temu późną nocą. W Uyuni służy ona po prostu za dworzec. Trafiamy do lokalnego autobusu, który nie ma ogrzewania. Przez 4 godziny trzęsiemy się – z zimna i na wybojach.

Śnieg!

Potosi

Dojeżdżamy, znajdujemy kolejny hostel dla lokalsów, dekujemy się i idziemy na rozpoznanie miasta. Po drodze zgarniamy pyszną sałatkę z owocami i lodami. Cieszymy się jak dzieci, bo wreszcie spotykamy tanie dobrości sprzedawane na ulicy, których tak bardzo brakowało nam w Argentynie i Chile. Pierwsze wrażenia – powietrze w mieście jest tak zanieczyszczone, że w połączeniu z wysokością 4000 m n.p.m. co chwila zbiera się na wymioty. Podstawowym środkiem komunikacji są busiki chińskiej produkcji, które co chwilę wypluwają chmury czarnego dymu prosto w twarze ludzi wspinających się pod górę. Do tego dokładają się położone wokół miasta rafinerie oczyszczające rudy metali, co tworzy wyjątkowo toksyczną mieszankę.

Spełnienie deserowych marzeń!
Jeżeli ominęłaby was chmura z górnej rury, bo jesteście niewysocy, nie martwcie się! Busiki mają jeszcze drugą, przy ziemi.

Z racji swojej 500-letniej historii, Potosi może pochwalić się całkiem ładną architekturą. Niestety, tylko w obrębie starówki. Na domiar złego, jest dosłownie jedna ulica przeznaczona wyłącznie dla ruchu pieszych, więc kolonialną architekturę wraz z jej pięknymi, drewnianymi balkonikami podziwia się w chmurach spalin.

Obieramy na cel 2 główne atrakcje miasta – konwent Franciszkanów i kopalnie w Cerro Rico.

Konwent św. Franciszka

Raczej nie lubimy zwiedzać kościołów, ale ten okazał się być dość interesujący. Nie dość, że wchodzi się na dach, z którego jest przepiękny widok na miasto i górujące nad nim Cerro Rico, to jeszcze ma ciekawą historię.

Zbudowany został w 1540 dosłownie z błota. Co ciekawe, do dziś wiele domów w Boliwii jest z niego zbudowanych. Ponieważ ten materiał budowlany nie należy do najtrwalszych, w 1707 rozpoczęto trwającą 19 lat budowę budynków z kamienia. W normalnych warunkach budowa taka trwała około 5 lat, ale w tym przypadku została ona celowo wydłużona. Robotnikami byli sami Franciszkanie oraz miejscowi Indianie. Gospodarze stworzyli dla nich bardzo dobre warunki pracy, mogli oni mieszkać w konwencie i póki pracowali, nie byli narażeni na wykorzystywanie ze strony Hiszpanów. Świadomi tego Franciszkanie celowo przedłużali budowę, aby jak najdłużej trzymać Indian pod swoimi skrzydłami. Jednym z elementów, który wydłużył prace, są cegły namalowane na kamiennym suficie. Są one odtworzone z taką dokładnością, że namalowano nawet zacieki, pęknięcia i zabrudzenia. Z kolei dachówki, których oryginalnych do dziś zachowało się 95%, Indianki wyrabiały na swoich własnych udach. Dlatego często są różnych rozmiarów oraz widać na nich ślady palców, które je wyrabiały.

Niedługo po wybudowaniu pierwszego konwentu z błota, przed jego drzwiami ktoś zostawił drewnianą figurę Jezusa. Co ciekawe, miała ona naturalne włosy i zarost. Uznano to za cud i ustawiono na ołtarzu, na którym stoi do dziś. Co 50 lat ma miejsce procesja, podczas której Jezus wynoszony jest na zewnątrz, a w mieście jest wielkie święto. Następna taka impreza zaplanowana jest na rok 2050.

Dachówki wyrobione na indiańskich udach
Widok na Potosi
Złowieszcze Cerro Rico
Cegły namalowane na suficie

Następnego dnia wybieramy się do wnętrza góry Cerro Rico, zwiedzać kopanie. Ponieważ zrobiły na nas piorunujące wrażenie, przygodę pod ziemią opiszemy w osobnym wpisie. Aby zregenerować siły po zwiedzaniu ponurych podziemi, wybieramy się na targ kuchni regionalnej. Zaprowadzili nas tam ludzie z agencji Potochij Tours, z którą byliśmy w kopalniach. Spędziliśmy wieczór próbując przedziwnych zup, m.in. jednej o nazwie kalapurka, którą serwuje się z gorącym kamieniem w środku.

Sucre

Kolejnym naszym celem jest Sucre – białe miasto Boliwii. Dlaczego białe? Ponieważ burmistrz wydał zalecenie, że aby utrzymać kolonialny styl, wszystkie budynki w centrum muszą być pomalowane na biało. Możliwa jest tylko 10% zawartość innej barwy, co pierwotnie miało zezwalać właścicielom nieruchomości na pomalowanie obramowań okien i drzwi na inne kolory. Ludzie jednak zaczęli dodawać pigmenty do białej farby w ilości 10%, przez co niektóre budynki są kremowe, morelowe lub cytrynowe. Niektórzy są wyjątkowo oporni i bogaci i wolą zapłacić coroczną grzywnę, aby pomalować swój dom na inny kolor. Robią tak też niektóre firmy, aby ich siedziby się wyróżniały.

Zachód słońca nad białym miastem

Nie udało nam się znaleźć noclegu na Couchsurfingu, ale odezwał się do nas Caed, który zaproponował oprowadzenie po Sucre. Okazuje się, że w 2016 roku przyjechał na miesiąc do Polski i mieszkał w Opolu, pomagając przy organizacji Światowych Dni Młodzieży.

Sucre to miasto studentów. Uczy się ich tu około 90.000, a wszystkich mieszkańców jest 250.000. Znajduje się tutaj najstarszy uniwersytet w Ameryce Południowej założony jeszcze w czasach kolonialnych. Można na nim studiować około 90 kierunków studiów. Sucre ma też opinię miejsca, gdzie mówi się najczystszym hiszpańskim poza Hiszpanią. Dlatego właśnie prawie na każdym rogu znajduje się szkoła hiszpańskiego, a do Sucre zjeżdża się wiele osób chcących podszkolić się w tym języku.

Po II Wojnie Światowej wyemigrowało tutaj wielu Niemców. Przybyli do Sucre nie tylko, aby uciec przed powojennymi konsekwencjami, ale także ze strachu przed komunizmem. Gdy Mur Berliński upadł, oni lub ich potomkowie powrócili do ojczyzny, zostawiając w Boliwii swoje interesy. A głównym biznesem Niemców był… wyrób czekolady. Dlatego właśnie dziś Sucre słynie ze znakomitych wyrobów czekoladowych, których oczywiście sobie nie odmówiliśmy. Smaki, które można spotkać tylko tutaj, to m.in. czekolada z liśćmi koki oraz z quinoa – w Polsce znana (?), jako komosa ryżowa.

Zebry

Ciekawostką jest, że występują tu zebry. I to dosłownie. Na bardziej ruchliwych przejściach dla pieszych (zebrach) dyżury pełnią ludzie przebrani za pasiastego kuzyna osła. Pomagają przejść przez jezdnię osobom starszym, dzieciom i niezdecydowanym gringosom. Nie robią jednak tego w zwykły sposób, tak jak u nas przeprowadzacze pilnujący przejść przy szkołach. Zebry wygłupiają się, zagadują, pytają czy wszystko w porządku, życzą miłego dnia i generalnie umilają ludziom życie. Na prawdę miło było przechodzić przez ulicę 🙂

Zebry na zebrze

Skamieniałe ślady dinozaurów

Ponieważ usłyszeliśmy, że w okolicach Sucre można zobaczyć skamieniałe ślady dinozaurów, a przy okazji popodziwiać przepiękne krajobrazy, postanowiliśmy wybrać się na dwudniowy trekking do Krateru Maragua, który szczegółowo opiszemy w osobnym poście.

Ponieważ po powrocie, śladów wciąż było nam mało, wybraliśmy się do Parque Cretácico. Można tam zobaczyć tysiące śladów odciśniętych w wapiennej ścianie oraz dowiedzieć się trochę o samych dinozaurach i o tym, jak wyglądało Altiplano przed milionami lat. A wyglądało zupełnie inaczej, bo kiedyś w tym miejscu było morze, a potem zatoka. Następnie zatoka ta uległa wypiętrzeniu i zamieniła się w jezioro Jezioro Ballivián, które ciągnęło się od okolic dzisiejszego Jeziora Titicaca aż po Salar de Uyuni. Wraz z Jeziorem Poopó w okolicach Oruro, są one reliktami prehistorycznego zbiornika wodnego. Właśnie nad nim, Jeziorem Ballivián, była plaża, po której chodziły dinozaury. Na skutek ruchów tektonicznych, niegdyś pozioma plaża zagięła się w kształt litery V i dziś możemy podziwiać ślady na prawie pionowej ścianie.

Ściana ze śladami dinozaurów

Co ciekawe, ściana nie została odkryta przez archeologów, ale przez pracowników istniejącej w tym miejscu fabryki cementu. Pozyskiwano w niej skały wapienne metodą odkrywkową i w pewnym momencie odsłonięto wspomnianą ścianę. Archeolodzy są pewni, że wydobywając wcześniejsze warstwy zniszczono wiele śladów, ale że i pod obecnie widoczną ścianą jest wiele warstw ze starszymi śladami. Fabryka nadal funkcjonuje i zawarła z muzeum dinozaurów umowę zezwalającą na wpuszczanie zwiedzających pod ścianę ze śladami w przerwie w pracy fabryki (12:00-14:00). Można zobaczyć tam najdłuższą na świecie ścieżkę śladów zostawioną przez dinozaura, liczącą około 350 metrów. Wizyta w muzeum jest interesująca, ale bez możliwości zobaczenia ściany z bliska nie ma sensu go odwiedzać. Ślady zobaczyć można tylko wchodząc z przewodnikiem, grupy wyruszają o 11:45 i 12:45, wizytę pod ścianą poprzedza krótkie wprowadzenie teoretyczne. Uwaga: należy założyć zakryte buty, pod ścianę nie wpuszczają w sandałach. Do środków bezpieczeństwa należą też kask i okulary, które otrzymuje się na wejściu. Ciekawostką jest, że jedne z bardziej interesujących śladów znajdują się w miejscu, gdzie ściana grozi zawaleniem, a obok składowana jest wielka góra wapiennego pyłu, który co chwila się osuwa. Oczywiście nikt nie zabrania tam podchodzić, ale przewodnik ostrzega, że robimy to na własną odpowiedzialność. Jakież to nieeuropejskie. U nas ludzi w zasadzie ciągle prowadzi się za rączkę i daje się ostrzeżenia na kubkach, że gorąca kawa może być gorąca… Bez gówna, Sherlocku.

Można podejść na prawdę blisko

Spełnieni dinozaurowo wyruszamy do kulinarnej stolicy Boliwii – Cochabamby. Tym razem mamy szczęście – za dobrą cenę 40 BOB udaje nam się wynegocjować komfortowy i ogrzewany, nocny autobus.

Dodaj komentarz

2 komentarze “Franciszkanie, dinozaury i zebry – POTOSI i SUCRE”