Portrety szczęścia #8 – Juan Pedro [EKWADOR]


Juan Pedro

Jest jedyną osobą, która odpowiedziała na nasze zapytanie na Couchsurfingu w Cuenca. Niestety, może nas ugościć tylko na 1 noc, ale już tak krótki czas wystarcza, abyśmy złapali z nim świetny kontakt i otrzymali zaproszenie na jego mleczną farmę. Nie zastanawiamy się ani chwili i umawiamy się, że po zwiedzeniu Cuenca przyjedziemy do niego wraz z dostawcą mleka.

Juan zarządza 3 farmami mlecznymi położonymi w różnych częściach Ekwadoru. Dba o to, aby krowy dawały mleko najlepszej jakości. Zwierzęta na jego farmach żyją na pastwiskach i 2 razy dziennie schodzą do obory na dojenie. Ponieważ krowy nie mają wakacji, Juan Pedro także ich nie ma. Farmą trzeba zajmować się 24/7. Dzień często zaczyna się o 3:00, kiedy przyjeżdża cysterna po mleko. Z pracownikami tworzy zgrany zespół i traktują się w zasadzie, jak członkowie rodziny. Życie płynie tam spokojnie i mimo, że pracy jest dużo, to wszyscy są zrelaksowani. Ma 3 tytuły magistra i obecnie studiuje inżynierię rolnictwa na studiach doktoranckich w Buenos Aires. Ma żonę Marię Cecilię oraz 3 synów.

Juan Pedro. Chciał zrobić unik, ale nie udało mu się uciec z kadru 🙂

MandO: Wyglądacie razem na bardzo szczęśliwych. Czy rodzina odgrywa u Ciebie ważną rolę?

Juan Pedro: Tutaj w Ekwadorze rodzina ma bardzo duże znaczenie. Wraz z żoną i synami spędzamy dużo czasu razem, ale nie zapominamy również o dziadkach i kuzynach. Farma to rodzinny biznes, często zjeżdża się tu tyle osób, że trudno jest znaleźć miejsce, aby wszystkich pomieścić. Często przyjeżdżam tutaj wraz z żoną i synami. Dzieciaki spędzają tutaj całe wakacje, a w roku szkolnym prawie każdy weekend. Mają tu dużo wolności, wokół jest piękna przyroda, która jest dla nich bardziej atrakcyjna, niż komputery i telewizja.

M&O: Wspomniałeś, że marzeniem Raula (najstarszego syna Juana Pedro) jest odwiedzenie Machu Picchu. Jakie są twoje marzenia?

J-P: Wydaję mi się, że już spełniłem prawie wszystkie marzenia, jakie miałem. W zasadzie bardziej, niż marzenia, były to cele. Dużo podróżowałem z powodu studiów i pracy. Jako rodzina jesteśmy przeszczęśliwi, materialnie też nie możemy narzekać. Jednakże za każdym razem, gdy osiągnę jakiś cel, pojawia się następny. Mam kilka miejsc, które marzy mi się odwiedzić, jak na przykład Nowa Zelandia, Holandia i Chiny.

Mamy postanowione, że gdy moi synowie będą kończyli 15 lat, z każdym po kolei spakuję plecak i wybiorę się na wyprawę, gdziekolwiek zechcą. Raul interesuje się archeologią, więc pojedziemy albo do Peru zobaczyć Machu Picchu, albo do Egiptu. Kiedy przyjdzie czas, to on zadecyduje o kierunku. Natomiast kiedy chłopaki podrosną na tyle, że bez problemu będziemy mogli ich zostawić z dziadkami, chcemy z Cecilią zwiedzić Europę.

M&O: Czym jest dla Ciebie szczęście?

J-P: Spokój. Jestem szczęśliwy, kiedy wokół mnie jest cisza, jestem zrelaksowany i nic mi nie przeszkadza. Spokój oznacza dla mnie też moment, kiedy nie mam zmartwień, nic mi nie siedzi z tyłu głowy, nic nade mną nie wisi.

M&O: Co robisz, aby być szczęśliwym?

J-P: Staram się rozwiązać wszystkie problemy, które gdzieś tam latają wokół mnie i gryzą, jak komary. Jestem bardzo zorganizowany i mam opracowane metody, jak radzić sobie z zagadnieniami, które spotykam na swej drodze. Jednak szczęścia nie przynosi mi moment rozwiązania problemu, ale cały proces radzenia sobie z nim. Uważam, że samo osiągnięcie celu nie daje tyle radości, co cała droga, którą wcześniej musimy pokonać. Tak jak u was. Chcecie objechać świat dookoła, ale w tej podróży nie chodzi o dojechanie do domu z drugiej strony. Co się liczy, to cała droga, którą pokonacie pomiędzy zamknięciem drzwi w dniu wyjazdu i ich otworzeniem po powrocie.

 

Nie możemy się nie zgodzić z tak mądrymi słowami 🙂

Juan Pedro wraz z żoną Marią Cecilią i trzema synami (od lewej: Juan Manuel, Juan Pedro i Raul)

Dodaj komentarz