Portrety szczęścia #7 – Richard [PERU]

Ostatnim naszym przystankiem w Peru jest selwa (amazońska dżungla). Na jej przedpolu leży Tarapoto, w którym postanawiamy przycupnąć na kilka dni, przed zagłębieniem się w zielone płuca Ziemi. Gościnę zaoferował nam Richard. Już sam fakt, że 75-letnia osoba ma profil na Couchsurfingu jest dość intrygujący. Jeszcze przed przyjazdem wiedzieliśmy, że ten couch nie będzie nudny.

Richard

Urodził się w Zachodniej Virginii, USA, ma 75 lat i jest na emeryturze. W wieku 9 lat, gdy siedział na drzewie i obserwował okolicę, postanowił, że będzie podróżował. Mając 15 lat zaczął sprzedawać po domach czasopisma, co pozwoliło mu na poznanie rodzinnego stanu. Po liceum, w wieku 18 lat, wstąpił do US Navy z przekonaniem, że będzie to dobra okazja na poznanie świata. Rzeczywiście tak było, dopóki nie wysłano go do Wietnamu.

Powiedziano mi, że będę pomagał przy ładowaniu napalmu do samolotów. Że paląc wszystkich, spalimy też komunistów. Spytałem: „A kim są ci komuniści?” „Nie wiemy dokładnie, ale wiemy, że są źli. A co cię to w ogóle obchodzi? Przecież to żółtki.”

Praca z najnowszą technologią i podróżowanie dookoła świata było naprawdę ciekawe. Nie chciałem jednak brać udziału w zabijaniu niewinnych ludzi. W wojsku nauczyłem się dużo o telekomunikacji, więc odchodząc z niego znalazłem pracę jako inżynier właśnie w tej branży. Kontynuowałem zwiedzanie świata, ale tym razem sprzedając technologię telefonii komórkowej.

Teraz mieszkam w niewielkim mieście Tarapoto i niedawno odkryłem platformę Couchsurfing.com. Przyjmując do siebie pod dach młodych, podróżujących ludzi, przypominam sobie samego siebie w młodości. Podróżowałem wtedy głównie po to, aby zwiedzać świat. Aby zobaczyć, jaki jest gdzie indziej. Nie chodziło mi o góry, doliny i wodospady. Chciałem poznać innych ludzi, inne kultury, zwyczaje, różne punkty widzenia.

MandO: Czy pogodziłeś kiedyś podróżowanie z rodziną?

Richard: Tak, mając 40 lat poślubiłem dziewczynę młodszą o 16 lat. Niestety, nie do końca nam wyszło i rozwiedliśmy się, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przez długi czas miałem duży problem z alkoholem i po rozwodzie odstawiłem picie. Przez 22 lata nie tknąłem alkoholu. Dopiero tutaj, w Tarapoto trochę sobie poluzowałem i od czasu do czasu pozwolę sobie na piwko lub wino.

W wieku 45 lat zostałem tatą. Jest to wydarzenie, które kompletnie zmienia podejście do życia. W jednym momencie przestałem chcieć sam zwiedzać świat, a zacząłem chcieć żyć dla dzieci. Tamto (drugie) małżeństwo też niestety nie wyszło, ale od tego czasu związałem się jeszcze z kilkoma kobietami oraz zaadoptowałem kilkoro dzieci. Bywało ciężko. Jednego razu musiałem użyć pieniędzy z mojego konta emerytalnego, aby dokończyć proces legalizacji pobytu w USA moich adoptowanych córek z Gwatemali, ale niczego nie żałuję. Gdy zostajesz rodzicem, uświadamiasz sobie, że tylko dzieci tak naprawdę się liczą. Przestajesz mieć wygórowane potrzeby materialne, bo wiesz, że wszystkie środki powinieneś inwestować w rodzinę. Zwiększa się twoja tolerancja na niedogodności, a dużo bardziej raduje cię szczęście dzieci, niż twoje. Kiedy one cierpią, a ty nie możesz im pomóc, ciebie aż skręca w środku.

M&O: Co cię przyniosło do Tarapoto i czym się tu zajmujesz?

R: Gdy rozwiodłem się z moją gwatemalską żoną, zacząłem szukać nowej. Przez Internet poznałem kobietę pochodzącą z Tarapoto, ale mieszkającą w Limie. Przyjechałem do stolicy Peru, spróbowaliśmy się poukładać, ale mi Lima nie pasowała, ona natomiast nie chciała zrezygnować z pracy, którą tam miała.

Pomyślałem sobie: „Może w Tarapoto jest więcej kobiet, takich jak ona?”. Przeprowadziłem się tutaj w 2004 roku, poznałem wspaniałych przyjaciół oraz 20-letnią Rositę, która niedługo potem straciła ojca. Nie mogłem jej już adoptować, ale i tak kochamy się jak ojciec i córka. Jej kuzynki również traktuję jak rodzinę, a ostatnio nawet dostałem od córki Rosity laurkę z napisem „Mój ulubiony dziadek”.

Człowiekowi w moim wieku posiadanie córek i wnuczek przynosi wiele radości. To, że mogę im pomagać, że chcą ze mną porozmawiać o swoich problemach, jest dla mnie wspaniałe. Poza tym, żyjąc tu, czuję wolność. Mogę pojechać, gdzie chcę na swoim motocyklu. Mam przez cały rok lato takie, jakie pamiętam z młodości w Zachodniej Virginii.

M&O: Czym jest dla ciebie szczęście?

R: Szczęście to nie jest cel, do którego dążysz, ale ścieżka, którą idziesz. Jeśli potrzebujesz powodu, by być szczęśliwym, to nigdy szczęśliwy nie będziesz. Tego się nie osiąga, takim po prostu się jest. Moim zdaniem, do tego przyczynia się nawet cierpienie. Wiele osób ma problem z dostrzeżeniem szansy na naukę z przeżytego smutku i uważa, że nie mogą być szczęśliwi, bo ktoś ich okrada, kłamie lub zdradza. A to właśnie te rzeczy dają nam lekcje, z których powinniśmy wyciągać wnioski.

Jeden z moich ulubionych cytatów to wypowiedź Abrahama Lincolna: „Człowiek będzie w takim stopniu szczęśliwy, jak sobie postanowi, że będzie.”

M&O: Czy masz jakieś marzenia?

R: Nie. Po prostu żyję i patrzę, co dzieje się dalej. Wyznaję buddyjską filozofię, która mówi, żeby nie patrzeć w przeszłość i jej nie żałować, ani w przyszłość i jej nie planować. Należy uważnie rozejrzeć się wokół siebie i doceniać chwilę. To waśnie robię.

M&O: Co robisz, aby być szczęśliwym?

R: Istnieję (śmiech). Dostrzegam, co jest wokół mnie i analizuję możliwości. Niedawno odkryłem Couchsurfing, więc teraz zapraszam do siebie młodych ludzi i z nimi rozmawiam. Uwielbiam to, jak pewnie zauważyliście (zauważyliśmy 🙂 ), kocham opowiadać historie. To właśnie mnie uszczęśliwia.

Richardowi tak spodobało się w Peru, że wystąpił i otrzymał peruwiańskie obywatelstwo i nie zamierza wracać do USA. Nie zgadza się z polityką rządu i mentalnością wielu Amerykanów. Docenia, że w Ameryce Południowej dużo bardziej liczy się rodzina i przyjaciele, niż tak jak w USA, rzeczy materialne. Nam też się to tutaj rzuciło w oczy i bardzo nam to się podoba w latynoskiej kulturze.

Dodaj komentarz

Komentarz do “Portrety szczęścia #7 – Richard [PERU]”