Portrety szczęścia #6 – Pamela [BOLIWIA]

Boliwijczycy są zdecydowanie bardziej zamkniętymi ludźmi, niż ich sąsiedzi. Nie tak łatwo o znalezienie Couchsurfingu. Po wysłaniu ok. 30 zapytań w La Paz odpowiada nam 23-letnia Pamela: „Nie mogę przenocować Was u siebie w domu, ale jeśli macie karimaty i śpiwory i Wam to nie przeszkadza, możecie spać w moim biurze”. W moim biurze? Widocznie ma dobre układy z szefem, pomyśleliśmy. Okazuje się, że nie. Pamela jest współwłaścicielką firmy IT, ma swoje biuro i obecnie zatrudnia 12 programistów i panią do obsługi biura. Jak do tego doszło? Przeczytajcie jej inspirująca historię.

Pamela

MandO: Jak to się stało, że tak młoda osobą zarządza swoją firmą?

PamelaZaczęło się od tego, że na pierwszym roku studiów informatycznych miałam dość poważne problemy z prawem. Oskarżyłam swojego profesora o molestowanie seksualne. To był jeden z najtrudniejszych przedmiotów, a ja miałam kiepskie oceny. Powiedział mi kiedyś po zajęciach, że jeśli chcę zdać powinnam wziąć dodatkowe lekcje. „Dobrze – powiedziałam – poszukam jakiegoś korepetytora”. Później przez jakiś czas bardzo często wpadał na mnie na korytarzu i zagadywał. Pomyślałam, że to tylko przypadek. Aż któregoś dnia, zobaczyłam, że śledzi mnie w drodze powrotnej do domu. W pewnym momencie zrównał krok i zagadał. Powiedział, że jeżeli chcę zaliczyć ten przedmiot, muszę zrobić to to [tu padają propozycje seksualne]. Oczywiście odpowiedziałam, że nie ma mowy, a w odpowiedzi usłyszałam „W takim razie zapomnij, że zaliczysz rok”. I odszedł.

Następnego dnia poszłam do dziekanatu opowiedzieć o zajściu. „Nikt Ci w to nie uwierzy. Jeśli nie chcesz mieć kłopotów, mogę przepisać cię do innej grupy, do innego wykładowcy” usłyszałam od Pani, która – jak się później okazało – przyjaźni się z rzeczonym profesorem i chciała go w ten sposób kryć. Przeniosłam się więc do innej grupy i próbowałam zapomnieć o sprawie. Jakiś miesiąc później, zagadała do mnie dziewczyna z uniwersytetu, że ten profesor również jej składał niemoralne propozycje, z tym, że w jej przypadku nie był tak subtelny. „Musimy coś z tym zrobić” – powiedziała. Złożyłyśmy więc pozew do sądu. Znalazłam jeszcze 10 innych dziewczyn, które miały podobne doświadczenia z tym profesorem. Jednak tylko 3 z nich zdecydowało się zeznawać w sądzie. Sprawa zrobiła się głośna, cała uczelnia o tym wiedziała. Niestety, niewiele osób mi wierzyło. W końcu nie miałam żadnych dowodów, tylko słowo przeciwko słowu. Poza tym, gdyby ktoś oficjalnie stanął po mojej stronie, miałby kłopoty z zaliczeniem przedmiotu. W tym czasie profesor na swoich zajęciach prowadził swoją propagandę. Obiecywał podwyższenie oceny, jeśli ktoś napisze na moim lub innych dziewczyn Facebooku oczerniające nas wpisy. Jego wersja była taka, że w moim przypadku sama zaproponowałam taki sposób podwyższania ocen, bo miałam niskie stopnie. W przypadku tamtej dziewczyny, która miała lepsze oceny, że jest po prostu puszczalska. Przedmiot był na prawdę trudny. Pewnego dnia obudziłam się, otworzyłam Facebooka i… zobaczyłam masę nienawistnych postów na mojej tablicy w stylu: „To twoja wina, sama tego chciałaś”.  Byłam w szoku, ale nie złamało mnie to. Mój tata jest wojskowym, sporo na nas krzyczał, moi rodzice są rozwiedzeni – może w jakiś sposób nauczyłam się przyjmować takie sytuacje. Cierpliwie odpowiadałam na każdy taki wpis. Jednak dla drugiej dziewczyny to było za dużo. Zrezygnowała z procesu, zrezygnowała ze studiów. Nie wiem co się z nią później działo.

M&O: Czy udało się skończyć studia?

PTak, ale nie chodziłam na zajęcia. Na egzaminie końcowym z tego przedmiotu, mimo że byłam już w innej grupie, miałam znowu styczność z tym profesorem. Wszyscy studenci byli na jednej sali, wykładowcy też. Kiedy weszłam na egzamin, powiedział, że na pewno mam ściągi, zaczął grzebać mi w torebce, wysypał na podłogę wszystkie moje rzeczy. Ściągawek oczywiście nie miałam. Uczyłam się sama, przychodziłam tylko na egzaminy, nie chciałam go więcej spotkać, ani być kojarzona z tą sprawą. Prowadzącym mówiłam, że pracuję i nie mam czasu przychodzić na zajęcia, a oni przymykali oko. I w ten sposób zdobyłam dyplom.

M&O: Co faktycznie robiłaś, kiedy nie było cię na zajęciach?

PWtedy właśnie zaczęłam pracować. Potrzebowałam bezpiecznej przestrzeni, by nadal się uczyć. Na początku nie wiedziałam, czego chcę. Nie było założeń, niczego. Zaczęło się od organizacji non-profit, pomagającej studentom wejść na rynek pracy. Zdobywaliśmy zagranicznych sponsorów, by opłacić biuro, łapaliśmy granty, robiliśmy różne projekty ucząc się programowania. Namówiłam kilku studentów od nas, żeby aplikowali do takich firm jak Facebook, Google czy Microsoft. Po jakimś czasie coraz więcej osób z naszej organizacji dostawało pracę u gigantów na rynku. Pomyślałam sobie wtedy „skoro dostarczam tym wszystkim firmom dobrych pracowników, to dlaczego sama nie otworzę własnej działalności?”. I tak się zaczęło, działamy na własny rachunek od września 2017. Sytuacja ekonomiczna Boliwii nie jest najlepsza, ale na szczęście nie ma morderczych podatków dla młodych osób, które chcą zacząć swój biznes.

M&O: Proces profesora już się skończył?

P: Tak, trwał 4 lata, podczas których na początku jakieś 3 razy w tygodniu miałam spotkania z psychologiem, żeby ustalić czy wszystko że mną w porządku i niczego nie zmyślam. Sędziowie byli mężczyznami, nie byli po mojej stronie. Ale ostatecznie zapadł wyrok: profesor dostał zakaz wykonywania zawodu. Wiem, że składał apelację, ale nie interesowałam się tym już później. Mam swoje sprawy.

M&O: Czym zajmujesz się dzisiaj? Co robisz na co dzień?

P: Zwykle wstaję rano, odpisuję na maile, jem śniadanie. Potem idę do biura. To jest taka przestrzeń, gdzie wszyscy pracują przy wspólnych projektach. W mojej firmie – Bolivia Tech Hub – tworzymy między innymi aplikacje mobilne, głównie dla zagranicznych klientów. Ostatnio jednak mieliśmy projekt aplikacji klienckiej dla lokalnego banku Bisa, to była nasza pierwsza współpraca w Boliwii. Skończyliśmy tydzień temu, ale kosztowało nas to sporo nerwów. Później bank chciał podkupić kilku naszych programistów, bo zobaczył, że mamy utalentowany zespół. Na szczęście chłopaki postanowili zostać. Zaczynamy też projekt, na który bardzo się cieszę. To jest to, czym od początku chciałam się zajmować, czyli gry video. Chociaż dzisiaj ja niewiele programuję, zajmuję się głównie pozyskiwaniem klientów, marketingiem i koordynacją projektów. Oprócz tego mamy dwa projekty wolontariackie dla dzieci. W pierwszym z nich – „Curiosity machine” – uczymy dzieci sztucznej inteligencji. Staramy się pokazać im, że sztuczna inteligencja jest wszędzie, nawet w ich domach. Muszą nauczyć się jej podstaw, ponieważ kiedy dorosną, może będą musieli posiadać umiejętności, które dzisiaj nie są wymagane na stanowiskach, które nie zostały jeszcze stworzone. Muszą więc się oswajać z technologią od małego i nie bać się jej uczyć. Drugi program to „Technovation” skierowany do dziewczyn. W przemyśle technologicznym brakuje kobiet. Jeśli chcemy stworzyć produkt dla wszystkich – dla obu płci – musimy mieć w zespole developerów zarówno dziewczyny, jak i chłopaków. W „Technovation” uczymy dziewczyny programowania, ale nie tylko. Przy projektach oprócz developerów potrzebni są graficy, specjaliści od marketingu itd. Chcemy pokazać dziewczynom, że mogą znaleźć dla siebie miejsce w tej branży.  

M&O: Co było najtrudniejsze w zakładaniu start-upu?

P: Myślę, że przejście z organizacji non-profit na for-profit. Nie mieliśmy wystarczających środków, żeby opłacić nasze biuro, w zasadzie na nic nie mieliśmy pieniędzy. Razem z dwójką pozostałych założycieli przez pół roku żyliśmy na samych warzywach. Nie chcieliśmy zrezygnować z projektu, ale musieliśmy znaleźć sposób, by jakoś pchać ten wózek. Bez grantów, bez łatwych pieniędzy… Byliśmy osobami, które tak na prawdę nie wiedziały, jak się zarabia. Myślę, że trwało to jakieś osiem miesięcy, kiedy dokładaliśmy do interesu, nic nie zarabiając. Pojawiały się myśli, że może to nie wypali, że może trzeba po prostu zrezygnować, ale w rzeczywistości nikt tego nie chciał. Moi rodzice chcieli, żebym znalazła gdzieś pracę na etacie, pracowała 8 godzin, odpoczywała w niedzielę, zamiast robić to wszystko. W końcu jednak zrozumieli, że na prawdę mi na tym zależy.Druga sprawa jest taka, że według mnie środowisko IT w Boliwii nie jest zbyt zdrowe. Jest dużo starszych osób, które chcą ciągle brać, nie dając za wiele w zamian. Między innymi dlatego postanowiliśmy przejść na for-profit. Wcześniej pomagaliśmy w projektach, nie oczekując wynagrodzenia, ale w pewnym momencie zaczęliśmy czuć, że nie jesteśmy traktowani jak współpracownicy, raczej jak wrogowie. To nie działało. Dlatego teraz w formie non-profit pracujemy tylko z dziećmi. One zawsze są ciekawe tego, czego chcemy je nauczyć, są wesołe, wdzięczne. Za to kochamy dzieci. 

M&O: Jakie są Twoje marzenia?

P: Moim największym marzeniem, jest mieć „unicorn business”  [unicorn – ang. „jednorożec”], czyli wysoko wyceniony start-up (na ponad miliard dolarów), który jest skalowalny na całym świecie. Obecnie pracuję nad swoim „jednorożcem”. Póki co myślę, że ma tylko jeden włos, a potrzebuje jeszcze całego ciała. Ciągle jednak nad tym pracuję. Nazywa się „Jukumari advice” i jest to platforma bazująca na 360° zdjęciach, która daje alternatywny przychód autochtonicznym społecznościom na małych farmach, poprzez rozwój turystyki. Mogą się nauczyć jak przyjmować turystów, jak sobie z nimi radzić. W niektórych regionach w związku ze zmianami klimatycznymi, coraz trudniej jest żyć z rolnictwa, potrzebna jest więc inna forma przychodu. Myślę, że obecnie rynek turystyki jest chętny poznawać rdzenną ludność, ich lokalne produkty.

M&O: Powiedz nam jeszcze, czym jest dla Ciebie szczęście?

P: Hmm… Myślę, że może szczęściem dla mnie jest… pójście na koncert? Jedyny powód, dla którego pracuję, to żeby mieć pieniądze na koncerty. Gdyby nie to, pewnie bym nie pracowała, haha. Wydaję prawie całe swoje pieniądze na koncerty 🙂

M&O: To jaki jest Twój ulubiony zespół?

P: Moim ulubionym piosenkarzem jest Prince Royce. Wiąże się z tym ciekawa historia, poznałam go na Twitterze, kiedy jeszcze nie był sławny. Zaczęliśmy rozmawiać, poznawać się. Jakieś pół roku później stał się bardzo znanym piosenkarzem. Dla mnie to było bardzo inspirujące, bo pisał mi o swoich marzeniach, kim chciałby być, a potem nagle został dokładnie tym, kim zawsze chciał. Dzięki niemu nauczyłam się wierzyć w swoje marzenia. Kiedyś byłam bardzo pesymistyczna: wszędzie widziałam limity, bariery, których nie da się obejść. A gdy go poznałam pomyślałam sobie „Kurczę, skoro on mógł to zrobić, to ja też mogę spełnić swoje marzenia. W końcu wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi”. Chyba dlatego lubię poznawać piosenkarzy. Jeśli lubię czyjąś muzykę, staram się go poznać, zdobyć chociaż wspólne zdjęcie. To uświadamia mi, że wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi i każdy może osiągnąć sukces, jeśli będzie na niego pracować. 

M&O: A co robisz, by być szczęśliwa?

P: Hmm… ciągle siedzę w telefonie. W jakiś sposób uzależniłam się od mediów społecznościowych – Instagrama, Twittera, Facebooka – ale bardzo to lubię, czuję się szczęśliwa tworząc historie, publikując zdjęcia, opisując swoje start-upowe życie. Czasem jednak mam wrażenie, że mam podwójne życie – jedno w sieci, a drugie realne, już nie tak kolorowe jak tamto. Tam nie lubię się żalić, pokazywać że nie zawsze wszystko się udaje. Czasem myślę, że może jednak powinnam. Byłoby to edukacyjne dla osób, które mnie śledzą. Ale chyba całe media społecznościowe tak funkcjonują, że są trochę fałszywe. Chociaż nie… nie fałszywe. Po prostu każdy chce pokazać to co dobre, a zapomnieć o tych złych rzeczach. A często to właśnie porażki pchają nas potem w kierunku sukcesów.

 

Tu jeszcze artykuł o firmie Pameli i wywiad z nią, podczas konferencji w Buenos Aires. I nasze zdjęcie w artykule! 😀

Dodaj komentarz