Portrety szczęścia #3 – Liliana i Macarena [ARGENTYNA]

Po Buenos Aires kierujemy się w stronę Puerto Madryn, gdzie chcemy poobserwować morskie zwierzęta. Tradycyjnie wysyłamy zapytania na Couchsurfingu i dostajemy pozytywną odpowiedź od Macareny. Jej mama Liliana bardzo się ucieszyła na wiadomość o naszej wizycie, gdyż jej ojciec urodził się w 1926 roku we wsi Łopuszno w powiecie Krzemienieckim (wtedy wieś należała do Polski, jednak czuł on się Ukraińcem). Podczas naszego pobytu przetłumaczyliśmy z polskiego na angielski dokumenty, które mogą pomóc Macarenie w uzyskaniu obywatelstwa polskiego, a także wielokrotnie rozmawialiśmy o kulturze Polski oraz Ukrainy.

Liliana

Ojciec Liliany, Pedro, przyjechał do Argentyny w 1929 roku wraz ze swoimi rodzicami. Przybyli do portu w Buenos Aires, by potem osiedlić się w prowincji Chaco na północy kraju. Po II Wojnie Światowej cała rodzina wróciła na Ukrainę, w Argentynie został jedynie Pedro, który w tym momencie miał już wybrankę serca i dziecko w drodze. W Chaco urodziła się Liliana, a potem cała rodzina przeniosła się do stolicy. Tam Liliana skończyła szkołę, wyszła za mąż oraz urodziła się jej córka – Macarena.

Macarena

Jest córką Liliany oraz jej męża, potomka hiszpańskich i włoskich imigrantów. Urodziła się w Buenos Aires i do wieku 14 lat mieszkała na jego przedmieściach. Wtedy Liliana wraz z dziećmi przeprowadziła się do Puerto Madryn. Decyzja była podyktowana kwestiami bezpieczeństwa. Sklep Liliany był wielokrotnie obrabowywany, a koleżanki i koledzy Macareny napadani. Jednak w wieku 18 lat Macarena wróciła do stolicy, aby studiować wymarzoną psychologię. Życie z daleka od rodziny oraz wiele niebezpiecznych sytuacji skłoniły Macarenę do powrotu do Puerto Madryn.

Liliana i Macarena

MandO: Dlaczego wybrałaś Puerto Madryn?

Liliana: W Buenos Aires nie dość, że jest niebezpiecznie, to na dodatek żyje się w ciągłym biegu. Puerto Madryn jest dużo spokojniejsze, można poruszać się na piechotę lub dojeżdżać rowerem. Widoki są dużo ładniejsze. Teraz to już jest nasze miejsce, nasze miasto. Nic nas nie ciągnie z powrotem do Buenos.

M&O: Czym się zajmujesz na co dzień?

Liliana: Zdecydowałam, że będę korzystać z życia. Nie chcę więcej pracować, zarabiać więcej pieniędzy ani polepszać swojej pozycji społecznej. Chcę korzystać z życia, cieszyć się zachodami słońca, księżycem w pełni, podróżować z przyjaciółmi, spotykać się z rodziną. Nie interesują mnie rzeczy materialne, chcę cieszyć się prostymi rzeczami. Cieszy mnie picie mate podczas zachodu słońca, a nie kupowanie złotych zegarków w centrum handlowym. Dla mnie szczęściem jest dzielenie się mate, rozmowa, wspólna podróż z córką i odwiedzenie nowego miejsca.

Macarena: Pracuję jako terapeutka dzieci z zespołem Downa. Rok temu dość burzliwie zakończyłam związek. Rozstanie to pozwoliło mi zorientować się, że mój były partner mnie hamował. Od tego czasu zaczęłam robić rzeczy, które zawsze mnie pociągały. Zaczęłam więcej podróżować, sama oraz z mamą, poświęcam więcej czasu pogłębianiu wiedzy w zakresie psychologii oraz jestem bardziej aktywna fizycznie. Niedawno też zaczęłam korzystać z Couchsurfingu, aby poznać innych podróżników, osoby, które chcą wyjść poza granice swojego miasta i poznawać świat.

M&O: Jakie są twoje marzenia?

Liliana: Ponieważ mojemu ojcu nigdy nie udało się powrócić do swojej rodzinnej wioski, chciałabym sama tam pojechać i odszukać członków mojej rodziny. Zawsze starałam się mieć marzenia, które były osiągalne i które byłabym w stanie zrealizować. Mam nadzieję, że z tym będzie tak samo. Moim bardziej nieosiągalnym marzeniem jest podróż  po wszystkich krajach świata i poznanie ludzi w nich mieszkających, ich zwyczajów, kuchni oraz codziennego życia. W każdym z krajów chciałabym spędzić miesiąc, aby móc zobaczyć, jak na prawdę żyją w nim ludzie.

Macarena: Obecnie, moim największym marzeniem jest wybrać się w podróż na Islandię. Od małego interesowała mnie islandzka muzyka, moim ulubionym zespołem jest Sigur Rós (islandzki zespół rockowy) i od zawsze chciałam poznać ziemię, która jest kołyską moich ulubionych muzyków. Niedawno byłam na ich koncercie na żywo, co dodatkowo mnie zmotywowało. Jeśli szczęście dopisze, to może uda mi się zrealizować to marzenie już w listopadzie 2018.

M&O: Jak zdefiniowałabyś szczęście?

Liliana: Rodzina, w szczególności wnuki, które są dla mnie największym szczęściem. Dzielenie się prostymi rzeczami z moimi dziećmi, przyjaciółmi. Podróż w miejsce, które wcześniej znałam tylko z przewodników lub filmów dokumentalnych.

Macarena: Według mnie nie istnieje stan permanentnego szczęścia, który możemy osiągnąć i już pozostać szczęśliwym. W życiu mamy chwile radości i momenty smutku. Gdybyśmy wszyscy cały czas byli szczęśliwi i nie doświadczali naprzemiennie smutku i radości, nie bylibyśmy w stanie docenić tych dobrych chwil. Mnie do szczęścia również przybliżają drobne rzeczy: wyjechanie w podróż, dzielenie się, poznanie nowej osoby, aktywność fizyczna oraz pozycje yogi, koncepcja medytacji i prawidłowego oddychania. Czasami w przeciągu jednego dnia mogę poczuć się szczęśliwa, a potem smutna.

M&O: A co robisz, aby być szczęśliwą?

Macarena: Szukam drobnych rzeczy, które dają mi radość, które mogę robić codziennie. Ponadto, podczas studiowania psychologii nauczyłam się, jak połączone są działania z myśleniem i emocjami. Staram się zidentyfikować myśli lub działania, które budzą we mnie emocje związane ze szczęściem, a następnie tak je dostosować, aby nie zbaczać z kursu w kierunku szczęścia. Jeżeli w głowie kołacze mi się jakaś myśl, która sprawia, że jestem smutna, staram się ją porzucić lub tak zmodyfikować, abym poczuła radość. To samo robię z działaniami. Jeżeli coś mnie smuci, przestaję to robić i idę np. na fitness.

Liliana: Każdego dnia szukam aktywności, które sprawiają, że czuję się dobrze, rzeczy prostych. Nie mam ambicji materialnych, chcę korzystać z życia. Impulsem, który sprawił, że przestałam odkładać wszystko na później była śmierć mojego męża, Hugo. Zachorował i po 3 miesiącach już go nie było. Miał 54 lata i mnóstwo planów na przyszłość. Gdy pojawiała się propozycja zrealizowania czegoś „teraz”, zawsze znajdowała się ściana do pomalowania lub dach do naprawienia. Priorytet miały rzeczy materialne – prace przy domu, kupno samochodu z zerowym przebiegiem. Kupiliśmy pickupa z myślą o tym, żeby służył do podróżowania. I co? Nigdy nim nie wyjechaliśmy w dłuższą drogę. Po śmierci ojca Macareny postanowiłyśmy nie zostawiać niczego na później i korzystać z życia. Jeżeli powiecie mi „Jedźmy jutro zobaczyć lodowiec Perito Moreno”, odpowiem „Jadę!” (niestety Liliana i Macarena nie wyruszyły razem z nami następnego dnia na południe 🙂 ). Są w życiu takie wydarzenia, które zupełnie zmieniają twój sposób patrzenia na świat. Dlatego teraz doceniamy bardziej wycieczkę na rowerze za miasto, aby zobaczyć piękny zachód słońca, niż drogie prezenty.

Dodaj komentarz