Portrety szczęścia #2 – Manja [BRAZYLIA]

Szukając noclegu w Salvadorze dostajemy zaproszenie od Manji. Nie mieszka ona co prawda w samym mieście, ale na wyspie Itaparica po drugiej stronie Zatoki Wszystkich Świętych. Z początku myślimy, że będziemy dojeżdżać stamtąd do Salvadoru, ale gościnność Manji i panująca u niej w domu atmosfera sprawiają, że zostajemy u niej przez 5 dni. Przez ten czas możemy zobaczyć, jaką jest nietuzinkową osobą. Słuchamy historii z jej interesującego życia, w końcu jest osobą, której przyszło mieszkać m. in. w Szwajcarii, Maroko, Senegalu i Brazylii.

Manja

Manja urodziła się w Szwajcarii, ma 75 lat, choć czasem czuje się, jakby miała 50 lub nawet 16. W szczególności, kiedy przyjmuje u siebie gości z Couchsurfingu. Młode, inteligentne osoby z całego świata pozwalają jej pozostać osobą otwartą i nie zapomnieć, jak to było, kiedy było się nastolatkiem.

Mieszka w miasteczku Itaparica na wyspie o tej samej nazwie, po drugiej stronie zatoki, nad którą leży Salvador. Przeprowadziła się do Brazylii 10 lat temu. Kupiła i wyremontowała stare gospodarstwo, w którym obecnie mieszka razem z 8 psami, 3,5 kotami (czwarty kot połowę czasu spędza u sąsiada) i stadkiem kaczek. Ogród, w którym rosną 3 odmiany mango, palmy kokosowe, karambole i bananowce odwiedzają codziennie rano stada małp.

Manja

MandO: Dlaczego przeniosłaś się do Brazylii?

Manja: Kiedy mieszkałam w Szwajcarii, miałam wszystko, czego potrzebuje zwyczajna osoba. Czułam jednak, że czegoś mi brakuje. Tutaj, w Bahia, odkryłam, co to było. To ludzie z dobrym sercem. Ich ciepłe uśmiechy, gościnność i otwartość. Przyjmują cię takim, jakim jesteś. Od wielu lat nie miałam poczucia, że mogę być w pełni akceptowana. Tutaj odnalazłam miejsce, gdzie tak może być. Oczywiście to działa w obie strony – muszę również ich zaakceptować takimi, jakimi są. A często różnice między nami, a także między nimi samymi są bardzo duże. Mają różne kolory skóry, różne zwyczaje. Każdy z nich ma inne marzenia, często tak różne od naszych, że trudno to sobie wyobrazić.

M&O: Czym zajmujesz się na co dzień?

M: Po całym życiu wykonywania zadań, które mi zlecano, wreszcie mogłam zająć się robieniem rzeczy po swojemu. Zajmuję się trochę rękodziełem, trochę rysuję, maluję, urządzam też swoje gospodarstwo – buduję elementy małej architektury, remontuję stare budynki. Nie dążę do żadnego celu, po prostu zajmuję się tym, co sprawia mi przyjemność.

A to, co staram się robić ogólnie w życiu, to otwieranie drzwi. Nie znam powodu ani celu, dlaczego znalazłam się na tym świecie, więc staram się robić to, co w mojej opinii jest słuszne. Słucham ludzi i daję im okazje do rozwoju i polepszenia swojego statusu, oczywiście, jeśli tego zechcą. Nie rozdaję pieniędzy miejscowym, ale daję im pracę. Jest różnica, gdy ktoś daje rybę i gdy ktoś uczy łowić.

M&O: Czy możesz powiedzieć coś o swoich marzeniach?

M: W zasadzie to mam dwa marzenia. Jedno, które nie obejmuje tylko mnie i drugie, które jest w 100% egoistyczne

Pierwsze dotyczy tego miejsca, w którym obecnie się znajdujemy – mojego gospodarstwa z 3 domami, obórką, basenem, drzewami i całym inwentarzem. Chciałabym przygotować je dla ludzi, którzy mają problemy z poruszaniem się – ludzi używających wózków inwalidzkich lub kul. Pragnę coś dla nich zrobić, ponieważ tu, w Brazylii, takie osoby i ich rodziny nie mogą liczyć na żadną pomoc ze strony rządu. W przypadku, gdy w rodzinie jest niepełnosprawne dziecko, cała jej uwaga skupia się na nim. Pozostałe dzieci zostają trochę w cieniu. Rodzice nie mogą liczyć na dodatkowy urlop na opiekę nad niepełnosprawnym dzieckiem. Chciałabym, aby takie rodziny mogły za symboliczną opłatą przyjeżdżać tu na wakacje, korzystać z basenu i ogrodu. Takiego wspólnego spędzania czasu niestety w biednych rodzinach zazwyczaj brakuje.

Drugie marzenie dotyczy już w większym stopniu mnie. Chciałabym za jakiś czas sprzedać moją nieruchomość za dobrą cenę i przenieść się do wnętrza Brazylii, gdzieś, gdzie będzie trochę więcej pagórków. Wybudowałabym tam dwa domy – jeden dla mojej przyszywanej rodziny – moich przyjaciół, których tu poznałam. Dla Claudinho, jego żony, matki i synów (Claudinho jest sąsiadem i pracownikiem Manji – wykonuje prace budowlane oraz pomaga w załatwianiu spraw związanych z urzędami). Drugi dom będzie dla mnie. Prosty, zrównoważony, ale zupełnie niezależny, jeżeli chodzi o zasilanie w media. Z wodą pobieraną z własnego ujęcia i z małą elektrownią wiatrową oraz słoneczną, aby uniezależnić się od niesamowicie uciążliwych gestorów, którzy tutaj są bardzo zacofani. Nawet jeśli zmuszą mnie do podłączenia do sieci, to nie będę używać tych przyłączy. Dom będzie zbudowany na zboczu wzgórza w taki sposób, że będzie dotykał ziemi tylko słupami, na których zostanie posadowiony. Dach i ściany będą porośnięte zielenią. Chciałabym tam kontynuować to, co robię tutaj. Tworzyć małe rzeczy oraz zacieśniać więzi z lokalną społecznością. Dawać dzieciom lekcje tego i tamtego, ale bez współpracy z żadną organizacją.

M&O: Co dla Ciebie znaczy być szczęśliwym?

M: Szczęście to nie jest wielkie wydarzenie, „duże szczęścia” nie trwają długo. Jego istota leży w małych rzeczach, które spotykają nas codziennie. Posiadanie przyjaciół, możliwość spotkania się z nimi, zjedzenie smacznego sera popitego dobrym winem lub gromadka moich psów śpiąca u moich stóp, albo szczęśliwie biegająca wokół, żyjąca swoim psim życiem. Dzisiaj widziałam przepiękną lilię w moim ogrodzie i poczułam, że to jest szczęście. Szczęśliwą czyni mnie widok mojego przyjaciela Claudinho śpiewającego podczas pracy. Pracuje dla mnie i lubi to robić. Jestem szczęśliwa, gdy widzę, że on jest szczęśliwy.

M&O: Co robisz, aby być szczęśliwą?

M: Hmm… poważne pytanie. Tak jak mówiłam – otwieram drzwi. Dzielę się. Otwieranie drzwi to również przygarnięcie całej tej gromady psów i kotów, która ze mną mieszka. Tyle dostałam w ciągu mojego życia, że przyszedł teraz czas na dzielenie się i dawanie. Dla mnie taka kolej rzeczy jest naturalna, jak oddychanie. Bez tego czułabym się jak warzywo. Dzielić się można nie tylko dobrami materialnymi, ale też sobą. Nawet podzielenie się swoimi smutkami lub wysłuchanie kogoś, poświęcenie mu czasu jest rzeczą, która może przynieść szczęście obu osobom. Ważne jest także, aby zaakceptować siebie. Wiedzieć, kim się jest i żyć ze sobą w harmonii.

Po wywiadzie rozmawiamy jeszcze długo, przy zrobionych poprzedniego wieczora lodach z mango, kieliszku cachaçy i śpiewie ptaków siedzących na palmach kokosowych rosnących w ogrodzie 🙂