Kapelusze, małe krówki, małe kotki – VILCABAMBA, CUENCA, BAÑOS

Ściemnia się. Na granicy jesteśmy tylko my i kilku celników, którzy mają tyle pracy, że są ubrani w sportowe koszulki i grają w siatkówkę. Przerywają grę na szybkie wbicie pieczątki. Dojechać tutaj też nie było łatwo. Małe przejście w La Balza jest na tyle rzadko uczęszczane, że musieliśmy się tu dotelepać kilkoma busikami, bo na stopa najzwyczajniej w świecie nie miał nas kto zabrać.

Wypełniliśmy druczki, zebraliśmy kolejne pieczątki do paszportu, nasze dane zostały wpisane do Excela (jeszcze kilka lat temu był to po prostu zeszyt), czekamy. Może ktoś jeszcze będzie dzisiaj tędy przejeżdżał? Małe szanse. Podobno następnego dnia rano jest autobus, ale wjeżdżając do Ekwadoru mamy pieniądze na niecały jeden bilet – przez ostatnie dni w Peru nie zawinęliśmy do żadnego bankomatu. Nasza ostatnia szansa – dwóch policyjnych techników telekomunikacji, którzy przyjechali tu w celu dostosowania przejścia do standardów XXI wieku. Michał zagaduje, że mochileros (hiszp. „plecakowcy”, czyli podróżnicy z plecakiem), że bez pieniędzy, że późno i ciemno. Panowie niechętnie, ale zabiorą jak skończą, czyli o 22:00. Chyba zabrakło im jaj, żeby w twarz nam odmówić, bo o 22:00 wcale nas do auta nie wołali, może mając nadzieję, że odjadą niezauważeni. Nie udało im się. Jedziemy razem do miasteczka o wdzięcznej nazwie Zumba.

Całą drogę miło nam się rozmawia, my prężymy mózgi, żeby pokazać, że nie takie zwykłe z nas włóczęgi, tylko coś tam pod kopułą siedzi. Że inżynierowie, że popracowaliśmy, że o sytuacji politycznej Ekwadoru też co nieco wiemy, nawet jakiś żart kilka razy nam się udał. Panowie chyba ciut zluzowali, albo znowu dopadł ich zanik cennych organów męskich, w każdym razie zgodzili się następnego dnia z rana zabrać nas dalej, do Vilcabamby, bo wszyscy zmierzaliśmy w tę samą stronę. Oni poszli spać wygodnie na komendzie, my poczłapaliśmy smętnie na stację benzynową na wylotówce z miasta, gdzie spotkaliśmy się następnego dnia. I tak oto pierwszym, dość wymuszonym stopem dotarliśmy do pierwszego celu w Ekwadorze.

Vilcabamba

To małe miasteczko na południu republiki bananów, gdzie podobno ludzie dożywają bardzo sędziwego wieku, nawet 120 lat. Nie wiadomo, ile w tym prawdy, ile legendy, ale na ulicach widać głównie młodych hipisów i zagranicznych turystów. A może to ci staruszkowie się tak świetnie trzymają, kto ich tam wie.

My mieszkamy na obrzeżach, na Couchsurfingu u Sabriny, która z chłopakiem Nauhelem także podróżowała po Ameryce Południowej, aż dotarli do Vilcabamby i tam osiedli, bo powiększył im się zespół. Teraz wynajmują dom, a Couchsurferzy rozbijają namiot w ogródku, by cieszyć się spokojnym snem, w przeciwieństwie do swoich gospodarzy, których 5-miesięczny gordito (hiszp. „grubasek”) budzi średnio 70 razy na noc.

Pobyt zaliczamy do bardzo przyjemnych, relaksujących i bezpiecznych, co jak się okazuje, wcale takie oczywiste nie było. Szlak na pobliskie wzgórze Mandango pamięta kilka mrożących krew w żyłach historii, w tym jedną z grudnia 2017, kiedy samotną dziewczynę zaatakowało dwóch nieprzyjemnych panów. Nie udało im się zabrać jej telefonu, więc zepchnęli ją do wąwozu (a jest tam nieźle stromo!). Kiedy zobaczyli, że się rusza, uznali, że jeszcze im mało, i zaczęli do niej schodzić. Dziewczyna znalazła siłę, żeby uciekać, ale ją dogonili, pobili, próbowali podźgać nożem i ostatecznie okradli. Sabrina też nas ostrzegała, że na tym szlaku bywa pikantnie i po przeczytaniu tej relacji uznaliśmy, że idziemy na ten spacer tylko ze skrzętnie ukrytymi telefonami, oraz wyposażeni w wielki, kolczasty kostur. Na szczęście nie spotkaliśmy żadnego nieprzyjemnego towarzystwa i mogliśmy w spokoju pocieszyć się pięknymi widokami i bardzo wąską ścieżką na grani.

Na szlaku było baaardzo wietrznie
A bo obu stronach tej wąskiej ścieżki – przepaść
To tu, podczas odpoczynku po marszu pod górę pechową dziewczynę dopadło dwóch typów

Cuenca

Szybko okazuje się, że niechętni panowie policjanci to w Ekwadorze wyjątek – generalnie autostop idzie rewelacyjnie i bardzo szybko łapiemy podwózkę z Vilcabamby, i to bezpośrednio do naszego następnego celu – Cuenca. Trzy dziewczyny w małym autku, zapakowanym prawie po dach, jakoś rozciągnęły swojego Golfa i znalazły miejsce dla nas i naszych plecaków.

W Cuenca mamy Couchsurfing, ale tylko na jedną noc, a chcieliśmy zostać ze 3. Wahałam się, czy w ogóle jest sens człowiekowi i nam zawracać głowę, ale okazało się, że jest. Z Juan Pedro i jego rodziną spędzamy super wieczór, a potem jedne z przyjemniejszych dni na ich farmie mlecznej za miastem. Ale o tym za chwilę.

Cuenca jest kolonialnym miastem, wpisanym na listę UNESCO, a także na moją listę rzeczy do zobaczenia w Ekwadorze, z taką dużą gwiazdką, że KONIECZNIE. I już po pierwszym dniu stwierdzamy, że ta gwiazdka jest słuszna, bo to jest pierwsze miasto od dawna, w którym jest nam tak po prostu przyjemnie. Jest czysto, ładnie, jest duży i przyjemny park wzdłuż rzeki, a muzea są darmowe, co w Peru byłoby nie do pomyślenia. Może wielkimi fanami muzeów nie jesteśmy, ale muzeum panamskich kapeluszy produkowanych w Ekwadorze odwiedzić warto. Dlaczego panamskich? Kiedy zaczęto budowę kanału panamskiego Ekwador postanowił rozkręcić kapeluszowy biznes i eksportować swoje wyroby do Stanów i Europy. Zaczął jednak od wysłania ich do Panamy, gdzie zrobiły furorę wśród budowniczych kanału, bo były lekkie, elastyczne i dobrze chroniły od słońca. Kiedy ówczesny prezydent USA Theodore Roosvelt pojechał z wizytą na budowę kanału, zamiast pamiątkowego breloczka przywiózł sobie właśnie kapelusz. Później zapytany w wywiadzie o swoje nakrycie głowy, odpowiedział „It’s a Panama Hat”, czyli „To jest panamski kapelusz”. I tym sposobem dziś kapelusze mają metkę „Panama Hat. Made in Ecuador”, czyli „Panamski kapelusz. Wyprodukowany w Ekwadorze”.

Wyplecione kapelusze są wytłaczane na specjalnych formach, żeby nadać im odpowiedni kształt
Wykończenia są robione na miejscu
Gotowe kapelusze kuszą…
Kupować?

Następnego dnia Michał wybiera się do parku narodowego El Cajas. Mieliśmy jechać razem, ale pogoda nie jest zachęcająca, więc ja postanawiam pospacerować jeszcze po Cuenca. Wygrałam w decyzję, bo w Cajas było mgliście, mokro i w sumie to bez widoków, a ja obskoczyłam jeszcze kilka muzeów, spotkałam lamy, pospacerowałam między ładnymi budyneczkami, popodziwiałam street art. Pomiędzy różnymi pracami co jakiś czas na murach widnieje wrzutka od szablonu, przedstawiająca Chińczyka z rękami w kajdanach, z podpisem „!GUERRA POR EL AGUA!„, czyli „Wojna o wodę”. O co chodzi? Poprzedni prezydent Ekwadoru podpisał umowę z Chińskimi korporacjami na wydobycie złota w okolicach parku El Cajas. Jako, że wydobycie nie jest czymś super ekologicznym, a w parku jest mnóstwo rzek i jezior, dochodzi do dużych zanieczyszczeń wody różnymi chemikaliami. I taka woda spływa potem do Cuenca, gdzie ludzie się w niej myją, gotują itd. Wrzutki są formą społecznych protestów. Niestety nie wiem, jaki odnoszą skutek.

Mimo, że mnie pogoda również nie rozpieszczała, to przynajmniej nie miałam całych ubłoconych butów. To był dobry dzień!

Chińczyk z tej grafiki wygląda dla mnie bardziej jak ksiądz, ale dopytałam miejscowych o co chodzi
Michał ma takie piękne widoki w parku Cajas
A ja spaceruję sobie przyjemnymi uliczkami Cuenca, …
…podziwiam street art…
…i spotykam w miejskim parku Lamę!!!

Juan Pedro

Jest właścicielem farmy mlecznych krów, znajdującej się ok. 100 km na północ od Cuenca. W okresie wakacyjnym całą rodziną spędzają tam dni robocze, a na weekendy przyjeżdżają do Cuenca, dlatego mogliśmy przenocować tylko jedną noc w niedzielę, bo w poniedziałek cała rodzina wyjeżdżała na farmę. Jednak w środę rano widzieliśmy się znowu, bo przyjechaliśmy na farmę z kierowcą ciężarówki transportującej mleko. Jego produkcja to nie jest najfajniejsza na świecie rzecz, jednak w Ekwadorze robi się to nieco bardziej przyzwoicie, niż w Polsce, bo krowy są „z wolnego wybiegu”. Mieszkają sobie na pastwisku, żując całe dnie trawę i dwa razy dziennie są zaprowadzane na dojenie.

To był jeden z fajniejszych dni w Ekwadorze, kiedy spacerowaliśmy sobie po zielonych wzgórzach, znajdywaliśmy w lesie poziomki i spędziliśmy czas z super rodziną.

Spacerolo ideolo
Krówka z wolnego wybiegu
Myślała, że znajdzie tam mleko, hihi

Bujaj się!

Ze smutkiem opuszczamy farmę Juan Pedro i wyciągamy kciuk w kierunku Baños. Miasteczko słynie z huśtawki na końcu świata, czyli huśtawki nad urwiskiem, która tak naprawdę nad urwiskiem nie jest. Nastawieni na turystyczny szajs bardzo pozytywnie się zaskoczyliśmy i znaleźliśmy kilka innych powodów, by polubić Baños. Po pierwsze, z powodu nieznalezienia hosta, trafiamy na super camping z pięknym widokiem na całe miasteczko i koszykiem małych kotków. Właściciel ze swoimi koleżkami zaczynają dzień od kawy i blanta, przez co atmosfera jest bardzo wyluzowana, a wszyscy chodzą uśmiechnięci.

Po drugie, znaleźliśmy tanie i pyszne burgery (1,5$). Tak, trzeba próbować lokalnej kuchni i grzecznie taką jedliśmy przez cały czas, ale dobrym burgerem nigdy się nie pogardzi. Odezwał się w nas fastfoodowy zew i przez dwa dni jedliśmy po 2 burgery dziennie. Po trzecie, turystyczna huśtawka okazała się całkiem dobrą zabawą, mimo, że to nic spektakularnego, w sumie buja się tak samo. Niemniej podobało nam się, że oprócz TEJ słynnej huśtawki, jest tam cała masa innych huśtawek, tyrolki, zabawy, bajery, można się dobrze pobujać. Wieczorem natomiast poszliśmy się wygrzać w źródłach termalnych, które mimo, że dość tłoczne, były baaardzo przyjemne. Dzień zakończyliśmy zimnym piwkiem spożytym na punkcie widokowym na naszym campingu, zgodnie klasyfikując go jako jeden z fajniejszych dni tej wycieczki. Oprócz rozrywek w samym Baños, jest jeszcze okoliczny wodospad Pailón del Diablo (hiszp. Diabelski Kocioł), który można obejrzeć od tyłu i dać się zmoczyć. Cała wycieczka na wodospad to przyjemny spacerek, ładne widoczki, a jak się dorzuci do tego pysznego burgera na koniec, to nie można określić tego inaczej, niż WYPAS.

Tyle słodyczy!
Bujaj się!
Oprócz tej słynnej huśtawki, jest jeszcze wiele innych huśtawek, tyrolek i zabaw
Baseny termalne cieszą się dużą popularnością
A znajdują się u stóp innego wodospadu
Ścieżka do wodospadu Pailón del Diablo. Sam wodospad jest po mojej prawej, ale nie ma go na zdjęciu, bo by zmoczył aparat

Miło zaskoczeni ruszamy dalej, tym razem trochę się zmęczyć na trekkingu wokół jeziora Quilotoa.

Nasza trasa

Dodaj komentarz

Komentarz do “Kapelusze, małe krówki, małe kotki – VILCABAMBA, CUENCA, BAÑOS”