O lagunach niebieskich jak oczy – QUILOTOA, QUITO, OTAVALO, CUICOCHA

Wyjeżdżamy z Baños i bezproblemowo łapiemy stopa do Latacungi. Niestety, jednym z naszych kierowców jest prawnik, który nie stroni od kieliszka. Facet ewidentnie jest „wczorajszy”, a gdy widzi, że ma towarzystwo do jazdy, to do piwka też. Zatrzymujemy się w sklepie po drodze, kierowca kupuje 3 piwka i swoje szybko wypija. Pytamy, czy przypadkiem to nie jest zabronione w Ekwadorze…? „Jest, ale ja mogę. Jestem adwokatem, mam tutaj znajomości”. Tym sposobem na odcinku 80 km wypija 3 piwa, śpiewa głośno jedne z badziewniejszych, reggaetonowych hitów, ale na szczęście bezwypadkowo dowozi nas do celu. A zapytany jakie sprawy najczęściej mu się trafiają, odpowiada „Sprawy pijanych kierowców”. Ech…

Latacunga

W Latacundze wysiadamy na dość miękkich nogach, na szczęście nasza hostka, Paola, mieszka w samym centrum i nie mamy daleko. Poznając Paolę i będąc w jej mieszkaniu, szybko przychodzi nam na myśl, żeby jednak zostać tu 2 dni, a nie 1. Dziewczyna dosłownie non-stop się uśmiecha, jest super gościnna, a na dodatek świetnie gotuje (to jej praca) i daje nam popróbować trochę swoich wyrobów.

Następnego dnia jedziemy na spacer dookoła jeziora Quilotoa. Początkowo myśleliśmy, żeby zrobić 3-dniowy trekking, ale ostatecznie uznaliśmy, że trochę nam się nie chce. Zrobiliśmy już sporo dłuższych trekkingów, a na każde takie wyjście trzeba całkowicie przepakować plecak, przygotować zapas jedzenia, itd. Ostatecznie decyzja była dobra, bo z jednego z punktów widokowych można było zobaczyć całą trasę i podobne krajobrazy widzieliśmy już w Boliwii, na trekkingu w kraterze Maragua. Jeśli ktoś tam jednak nie był, 3 lub 2-dniowy trekking Quilotoa może być bardzo ciekawą opcją, choć na pewno niełatwą. My zrobiliśmy zaledwie 10 km pętlę wokół jeziora, a dało się odczuć zmęczenie. Trasa co chwila wije się to w górę, to w dół, bywa stromo, bywa też ślisko (sypki żwir pod butami). Niemniej jest bardzo ładnie, zdecydowanie polecamy.

O, tutaj jest laguna
Widoki ze szlaku.
Ścieżka bywa stroma

Quilotoa – wskazówki

Autobusy z Latacunga do Quilotoa odjeżdżają z głównego terminalu już od 6 rano, natomiast ostatni powrotny z Quilotoa jest o 17. Podróż trwa między 1,5, a 2 godziny. Bilet na terminalu kosztuje 2 USD i kupując bilet powrotny trzeba pilnować, żeby właśnie tyle zapłacić. Nas jeden cwaniaczek chciał oszukać wmawiając, że wcale nie 2, a 2,5 $. Ale na warszawiaka nie ma cwaniaka, ostatecznie dostaliśmy swojego dolka reszty. Cała pętla (10 km) zajęła nam 6 godzin w miarę spokojnym tempem i z dwoma dłuższymi postojami. Trzeba też wziąć pod uwagę, że trasa wokół jeziora znajduje się na wysokości ok. 3900 m n.p.m., co nieprzyzwyczajonym osobom może dać się we znaki. Trzeba też pamiętać o kremie z filtrem – kiedy zimny wiatr chłodzi twarz, słońce bezlitośnie ją pali, o czym mogliśmy się przekonać.

Następnego dnia prawie nie wychodzimy z mieszkania. Trochę pracujemy odpoczywamy, gotujemy, gadamy z Paolą, a na koniec dnia razem z jej chłopakiem urządzamy wieczór gitarowy i próbując lokalnych trunków i domowych wyrobów Paoli, wydzieramy się w niebogłosy między innymi do takich hitów internetu jak „What Does The Fox Say?”.

Dobrze, że w domu Paoli nie było luster 😀 My – spaleni słońcem i znieczuleni trunkami

Quito

W Quito nie musieliśmy szukać Couchsurfingu, bo w drodze z Baños podwoził nas Jorge i zaprosił do siebie. Jorge to nie ten pijany adwokat, jakby co. Ten inżynierem do spraw bezpieczeństwa przy budowie stołecznego metra. I jeśli wydaje się Wam, że w waszej pracy jest kiepsko, bo nie ma karnetu na siłownię i darmowych owoców w kuchni, to posłuchajcie tego. Jorge pracuje w systemie 27 dni pracy, 3 dni wolnego, po 12 godzin dziennie od 7:00 do 19:00. Dodatkowo dojazd do pracy zajmuje mu ok. godzinę w jedną stronę. Myśli o przeprowadzce do Stanów, więc jeszcze 2 razy w tygodniu ma po pracy lekcje angielskiego… Kiedy żyć? Ale podobno w Ekwadorze rynek pracy nie rozpieszcza. Mi takie warunki wydają się nieludzkie, ale kiedy zapytałam, czy nie próbował ich negocjować przed podpisaniem umowy odpowiedział: „No coś ty! Oni dzwonią, przedstawiają Ci ofertę, pytają – chcesz, czy nie? Jeśli nie, w kolejce jest 10 innych osób, które przyjmą taką ofertę z pocałowaniem ręki”. A zarobki na tak odpowiedzialnym stanowisku, przy takim wymiarze godzin? Zawrotne 2200 USD miesięcznie.

Główny plac w Quito. Pogoda do zdjęć nieprzychylna niestety 🙁
Jedna z uliczek stołecznej starówki
Zagadka – gdzie na tym zdjęciu jest Ola?

Quito, jak większość stolic, nie jest miastem spektakularnym, ale starówkę ma ładną. I w miarę bezpieczną, czego nie można niestety powiedzieć o pozostałych częściach miasta. Słyszeliśmy wiele historii o kradzieżach i napadach, często w biały dzień. Podobno popularne jest napadanie „na turystę”. Koleżka podchodzi, pokazuje ci karteczkę i pyta: „Możesz mi powiedzieć gdzie jest ten adres?”. I bam, ty się pochylasz, bo napisane małym druczkiem, a koleżka robi ci intensywną inhalację jakimś syfem, po którym śpisz jak dziecko. A on na spokojnie bierze wszystko, co mu się podoba. I to w biały dzień. Lepiej więc odpuścić uliczki, w których nikogo nie ma.

Spod pomnika anioła górującego nad miastem jest bezpośredni miejski autobus na pomnik Mitad del mundo, (hiszp. połowa świata), czyli pomnik i muzea znajdujące się na równikach, bo są dwa. Ale więcej o tym, dlaczego dwa i co tam się dzieje, opowiemy w następnym wpisie.

Otavalo

Naszym ostatnim przystankiem w Ekwadorze jest Otavalo. Docieramy do miasteczka akurat na cotygodniowy bazar, przez co większość uliczek zawalona jest straganami, na których można kupić mydło, powidło i wymarzoną przeze mnie od dawna koszulkę z lamą. Lamerskich gadżetów jest tu od groma, bo właśnie w tym miejscu wytwarzane są wszystkie swetry, czapki, skarpety itd., które widywaliśmy na bazarach już w Chile, ale przede wszystkim w Boliwii i Peru. Nie znaczy to jednak, że tu są tańsze – najlepsze ceny były w Peru.

W Otavalo nie udało nam się znaleźć taniego i obskurnego hostelu – wszystkie, w których pytaliśmy miały dość wysoki standard, a co za tym idzie – ceny. Po 40-minutowych poszukiwaniach zostajemy więc zmuszeni zostać w hostelu za 8 USD za osobodobę, co koniec końców okazuje się bardzo przyjemnym doświadczeniem. Fajnie jest mieć czasem trochę miejsca w pokoju, nie brzydzić się korzystać z łazienki i mieć do dyspozycji taras z hamakiem 🙂

Koszulka z lamą!!!
Cascada de Peguche

Miasteczko jest bardzo ładne, spokojne (poza dniem bazarowym), można powiedzieć – przytulne. Jedną z jego atrakcji jest pobliski wodospad Cascada de Peguche, do którego prowadzi 3-kilometrowa ścieżka przez las. Jako, że trochę wodospadów już mieliśmy okazję zobaczyć, ten nie robi na nas oszałamiającego wrażenia. Niemniej jednak jest to przyjemny spacer, a u góry wodospadu można wejść do jaskini, która prowadzi do jego wyższych partii, niewidocznych z dołu. Trzeba tylko brać pod uwagę, że można sobie zmoczyć tam buty – z tego względu my odpuszczamy.

Laguna Cuicocha – wskazówki

Niebieska, z dwiema wysepkami pośrodku, niektórzy twierdzą, że kształtem przypomina świnkę morską. Nie mam pojęcia dlaczego. Jest głównym powodem naszego przyjazdu do Otavalo i nie zawodzi nas. To jednodniowy spacer, z wieloma pięknymi punktami widokowymi. Cała pętla wokół jeziora to 13 km i zajmuje ok 5 – 6 godzin. Nie jest już tak stromo, ani wysoko (3300 m n.p.m.) jak na Quilotoa, ale też da się zmęczyć. Początek szlaku znajduje się 16 km od centrum Otavalo. Aby tam dojechać, trzeba wsiąść w autobus do Cotocachi za 0,35 USD, a potem pozostaje albo taksówka za 4 USD, albo autostop. Na szczęście wejście na szlak jest darmowe, a wrócić można na stopa 🙂 Idąc od parkingu w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, na początku szlaku będzie więcej stromych podejść, ale za to na końcu więcej łagodnych zejść.

Na środku laguny znajdują się dwie wysepki
W słońcu kolory są zachwycające
Pij wodę z wielorazowego bidonu – nie kupujesz za każdym razem butelki, więc oszczędzasz nieco naszą planetę 😉

Tym niebieskim akcentem zamykamy naszą przygodę z Ekwadorem. Z Otavalo kierujemy się prosto na granicę z długo wyczekiwaną przeze mnie Kolumbią. Trasę pokonujemy częściowo stopem, a częściowo busikami. W ostatnim busie jadącym na granicę jesteśmy świadkami skorumpowania ekwadorskiej policji. Zatrzymują nas, bo kobieta siedząca obok kierowcy nie miała zapiętych pasów. Przez szybę widzę, jak kierowca, schowany za busem, podając policjantowi dokumenty do kontroli, wsunął między nie banknoty. Ten szybko przechwycił przesyłkę, schował do kieszeni i chwilę później jechaliśmy już dalej. Pani z przodu i kierowca nadal bez pasów.

Ekwador możemy skwitować – mały, ale wariat 🙂 Nie wiedzieliśmy za wiele o tym małym punkciku na mapie Ameryki Południowej i bardzo pozytywnie się zaskoczyliśmy. Więcej na ten temat przeczytacie w naszym subiektywnym podsumowaniu.

Nasza trasa

Dodaj komentarz

Komentarz do “O lagunach niebieskich jak oczy – QUILOTOA, QUITO, OTAVALO, CUICOCHA”