Pogoda ducha najważniejsza [Gruzja 2/5]

Dzień drugi rozpoczyna się pasmem sukcesów. Pierwszy – znajdujemy piekarnię i kupujemy pyszny, jeszcze gorący chleb. Drugi – łapiemy błyskawicznego stopa. Na początku wydaje się, że kierowca nie jedzie w naszą stronę i może nas podwieźć ok 5 km do głównej drogi w stronę Tbilisi. Po krótkiej rozmowie jednak okazuje się, że mężczyzna jedzie do Rosji do Władykaukazu, i będzie przejeżdżał przez Stepancmindę, czyli nasz cel. Idealnie. Droga mija nam bardzo szybko, ponieważ jedziemy zwykle z prędkością ok 1,5 razy większą niż dozwolona, nawet na krętych górskich drogach. W Gruzji to raczej standard, jedyne w miarę spokojne podwózki trafiały nam się z innymi turystami. Nasz dobroczyńca jest pół-Gruzinem – pół-Rosjaninem, i dowiadujemy się od niego różnych ciekawostek, np. że w Rosji za ok. tysiąc dolarów można kupić sobie paszport 🙂

Stepancminda – mała górska wioska u podnóży Kazbeku – jest punktem wypadowym na zdobycie tego pięciotysięcznika, ale również na trekking do lodowca Gergeti, czy na inne szlaki górskie. Nastawieni na przepiękne widoki wysiadamy z samochodu na… zimno i deszcz. Biegniemy do najbliższej knajpy przebrać się w cieplejsze ubrania i zakapturzeni ruszamy szukać noclegu.

A widok na górskie masywy? Cóż, może innym razem…

Znajdujemy nocleg na kwaterze u starszej pani, pokoik z małym piecykiem gazowym, co okazuje się być później bardzo cenne. Deszcz chyba zrobił sobie przerwę na kawę, więc wybieramy się na spacer. Zaopatrujemy się w chaczapuri adżaruli (pisownia spolszczona) – gruziński chleb zapieczony z serem i – w wersji adżaruli – z jajkiem. Gruzini żartują, że to gruzińska pizza 🙂 Może z opisu nie brzmi jak coś pysznego, ale jest super smaczny. Idziemy na wzgórze z kościołem Cminda Sameba – wizytówka Gruzji z większości pocztówek.

Tak, w Google wygląda dużo ładniej

 

Nie pada, to jesteśmy szczęśliwi

W informacji turystycznej, którą swoją drogą prowadzą sympatyczni Polacy, dowiadujemy się, że wyprawa na lodowiec przy obecnej aurze nie jest możliwa – szlak w połowie drogi jest zasypany przez głęboki śnieg i bez specjalnego sprzętu, którego oczywiście nie mamy (i pewnie nie umielibyśmy użyć), nigdzie nie dojdziemy. Tak więc zmiana planów. Następnego dnia zamiast na lodowiec wybieramy się do doliny Truso. Cytując przewodnik: “Dolina obfituje we wspaniałe widoki – wieże obronne wznoszą się na tle stromych zboczy. W wielu miejscach można natrafić na źródła mineralne zabarwiające skały”. I to wszystko prawda! Pod warunkiem, że nie ma mgły, błota, i przez cały dzień nie pada deszcz… ech…

O podwózkę do samej doliny nie jest łatwo, ale nie tracę nadziei

 

Jedyni mieszkańcy tej wioski

 

Źródła mineralne zabarwiające skały

 

Tutaj pasujemy i dajemy deszczowi za wygraną

Po 3 godzinach marszu w kompletnej ulewie nie docieramy do końca szlaku – małej wioski na końcu doliny i twierdzy. Udaje nam się zatrzymać terenowy samochód – Rosjan, którzy zwiedzają dolinę na sucho i – całe szczęście – litują się nad nami zabierając nas do Stepancmindy. Jemy pyszny domowy obiad na kwaterze, za jedyne 15 GEL. Nasza gospodyni zastawia stół różnymi smakołykami, a do popicia dostajemy wielki dzban domowego wina. Chcieliśmy je od niej kupić, ale powiedziała że nie ma wina na sprzedaż, jedynie do poczęstowania gości. I żebyśmy sobie wzięli ten dzban do pokoju i wypili potem, skoro nie daliśmy rady wszystkiego wypić do obiadu. Długo nas nie trzeba namawiać 🙂 Po krótkiej drzemce, rozgrzani i pełni energii korzystamy z kolejnego bezdeszczowego okienka i idziemy na spacer na wzgórza po stronie wioski przeciwnej niż Cminda Sameba. I mimo, że nie ma tam pocztówkowych obrazków, widoki również są całkiem przyjemne:

Cminda Sameba z innej strony. Gdzieś tam, dobrze ukryty w chmurach jest potężny Kazbek.

 

Gruzińska Droga Wojenna

Piecyk dzielnie ogrzewa nasz pokój i przez całą noc pracuje, żeby wysuszyć przemoczone ubrania. Witamy kolejny dzień. Uciekamy z gór, nie ma sensu moknąć we mgle, skoro i tak nic nie widać. Na cel obieramy sobie Sighnaghi – malownicze miasteczko na wschód od Tbilisi. Po drodze chcemy się jeszcze zatrzymać w kilku obowiązkowych punktach na Gruzińskiej Drodze Wojennej. Pierwszy z nich, to punkt widokowy na Przełęczy Krzyżowej. Zatrzymujemy się tam na chwilę z parą Rosjan, którzy zabierają nas ze Stepancmindy. Pierwszy raz możemy w Gruzji porozmawiać po angielsku. Super jest móc tak po prostu rozmawiać swobodnie bez większego wysiłku i machania rękami 🙂 Dalej zatrzymujemy się przy twierdzy Ananuri, kolejnym symbolu Gruzji. Nasi Rosjanie jadą dalej do Tbilisi, a my idziemy się nazachwycać. Twierdza jest pięknie położona nad zalewem. Oczywiście pogoda jest marna, ale może chociaż ten zalew uratuje sytuację… Cóż. Poniżej zdjęcia: lewe z Internetu, prawe nasze.

Smuteczek 🙁

 

I jeszcze jedno ujęcie na mroczną twierdzę

 

Widoczek ze wspomnianej wcześniej Przełęczy Krzyżowej

Kolejny przystanek: miasteczko Mccheta, malownicza miejscowość około 20 km na północ od Tbilisi. Tam zabierają nas kolejni rosyjscy turyści. Mamy wrażenie, że wszyscy turyści w Gruzji są z Rosji lub z Polski. Innych chyba nie spotkaliśmy. Na wzgórzu nad Mcchetą góruje monastyr Dżwari, skąd jest bardzo ładny widok na miasto.

Mccheta

 

Urocze miasteczko. Gorąco polecamy 🙂

 

O tym, jak (nie)zwyczajny taksówkarz może ubogacić nam dzień już w następnym wpisie [klik].

 

Dodaj komentarz