PERU – ciekawostki i wrażenia

W Peru spędziliśmy prawie 2 miesiące. Nie planowaliśmy tak długo, jednak ilość pięknych tras na trekkingi, czy po prostu miejsc do odwiedzenia pochłonęła więcej czasu, niż zakładaliśmy. Mimo niesamowitych krajobrazów i ciekawych smaków, cieszyliśmy się przekraczając granicę z Ekwadorem. Peru, co jest z tobą nie tak?

Ludzie

Wjeżdżając do Peru z Boliwii, na początku nie widać dużej różnicy. Miasteczka wyglądają podobnie, bazary również, wszędzie widać panie w tradycyjnych strojach cholit (plisowane spódnice, najlepiej kilka warstw, charakterystyczny kapelusz i dwa długie, czarne warkocze). Jednak właśnie na bazarach da się zauważyć, że ludzie są jakby milsi. Już nie patrzą spode łba jak w Boliwii, ale zagadują, nazywają wszystkich papi, mami lub joven (hiszp. „tatko”, „mamuśka”, „młody”). Generalnie WSZYSTKO zdrabniają, sami zaczynają rozmowę, przez co jest jakoś tak milej. Jednak kiedy przyjdzie do jazdy autobusem, pchają się tak samo jak w Boliwii…

Peruwiański bazarek – nasze ulubione miejsce w każdym mieście

Język

Standardowo hiszpański, ale jak w punkcie powyżej – zdrobnienia wszystkiego są na porządku dziennym. Hitem było, kiedy na Wyspach Uros zagadywano do nas: „Amiguito, paseito por 1 solito”, czyli „Koleguniu, przejażdżeczka za 1 solka” 😀

Wjechaliśmy do Peru po 5 miesiącach wyprawy, z czego od trzech przebywaliśmy w krajach hiszpańskojęzycznych. Mimo, że z każdym krajem mówiliśmy coraz lepiej, to nigdzie wcześniej nie mieliśmy takich problemów z komunikacją, jak w tutaj. Czasami mieliśmy wrażenie, że ludzie w ogóle nie słuchają, lub nie rozumieją naszych prostych pytań. Czasami zamiast odpowiedzi, po prostu się na nas patrzyli zdziwionym wzrokiem, nie mówiąc ani słowa, choćby „nie wiem”, „nie rozumiem”, „odwal się”. Albo innym razem, kiedy zatrzymaliśmy się obejrzeć linie na pustyni, które znajdują się w połowie drogi między Nasca, a Ica. Stamtąd chcieliśmy podjechać raptem 3 kilometry, do najbliższego miasteczka. Kiedy zatrzymał się autobus jadący do Ica zapytaliśmy, czy nas tam zabierze. Pan jak mantrę powtarzał „Ica, Ica, Ica”, wyrwał nam plecaki i zaczął ładować je do bagażnika. Cały czas powtarzaliśmy, że chcemy jechać tylko 3 km do San Miguel, i chyba dopiero za czwartym razem to do pana dotarło. Spojrzał na nas oburzony, burknął coś pod nosem, że NIE, wywalił nasze plecaki z bagażnika i wskoczył do odjeżdżającego już autobusu.

Z angielskim też idzie im nienajlepiej. Informacje dla pasażerów w autobusie. Wersja hiszpańska głosi” ZALECENIA. Szanowni Pasażerowie, proszę uważać na swój bagaż podręczny, ponieważ firma nie ponosi odpowiedzialności za straty… Dziękujemy”. Natomiast wersja angielska: „ZALECENIE Proszę uprzejmi pasażerowie, uważajcie na ich rzeczy, które niosą w rękach, ponieważ… firma”

Bezpieczeństwo

Generalnie nie mieliśmy poczucia, że na każdym rogu ktoś chce nas zamordować, ale wiadomo, że są miejsca bardziej i mniej „pikantne”. Standardowo groźniejsze po zmroku są duże miasta, szczególnie Lima. Ale w większości mniejszych miejscowości i wiosek miejscowi zapewniali nas, że jest spokojnie. Jednakże krew w żyłach zmroziła nam relacja jednego rowerzysty, którego napadnięto z bronią i ogołocono praktycznie z całego sprzętu. Zdarzyło się to praktycznie w tym samym miejscu, gdzie my spędziliśmy jedną z nocy na dziko – na polu trzciny cukrowej przy odbiciu z Panamericany do Huaraz. Na szczęście tę relację przeczytaliśmy już miesiąc później, będąc daleko od tej „przyjemnej” miejscówki.

Tam niedaleko, przy drodze, ktoś bardzo nie miał szczęścia :/

Jedzenie

Smaczne i tanie. Podobnie jak w Boliwii, można zjeść prosty, dwudaniowy obiad z piciem w cenie między 4, a 6 zł. Dużo tanich i soczystych owoców, a w niektórych miejscach bardzo smacznych serów. Ponadto takie przysmaki jak: caldo de gallina (czyli zupa z kury) dostępne praktycznie wszędzie w Peru, ale najsmaczniejsze i najtańsze w Pisco, ceviche (sałatka z surowej ryby marynowanej w soku z limonki, z cebulką i na ostro) w Limie i grillowane w specjalnych liściach ryby, dostępne w dżungli w nabrzeżnych wioskach na długo zapadną nam w pamięci.

Jedlibyśmy znów!

Autobusy

Tylko południową część Peru mieliśmy przejechać autobusami, ale wyszło tak (kwestie zdrowotne), że niestety przemierzyliśmy w ten sposób prawie cały kraj. No i tutaj można duuużo napisać… Po pierwsze: dworce. Prawie każdy, na którym byliśmy był cuchnący, za korzystanie z dworca była dodatkowa opłata, toaleta płatna jeszcze osobno, a jakże. W dodatku w każdym mieście jest kilka dworców – zazwyczaj tyle, ile kierunków podróży. No i trzeba pilnować swojego przystanku, jeśli nie jedzie się do końca trasy. Gdybyśmy nie śledzili GPSa i nie uprzedzali kierowców, że w najbliższej wiosce chcemy wysiąść, przejechalibyśmy przez nasze przystanki na pełnej prędkości.

No właśnie. Prędkość. Kierowcy prowadzą jak szaleni. Dotyczy to autobusów, osobówek, ciężarówek i moto-taxi. Wyprzedzają na zakrętach, pod górkę, na trzeciego. Jeżeli nie będziecie się mocno trzymać na serpentynach, odkryjecie jak czuje się pranie w pralce. To jakiś cud, że nie widzieliśmy ani jednego wypadku.

Dworzec w Limie. Ten akurat był czysty i zadbany, ale z kolei z opłatami dworcowymi już pojechali: krótkie trasy – 1 sol, długie trasy – 4 sole, trasy międzynarodowe – 12 soli (!!!). Tylko za to, że przebywasz na dworcu!

Kłamstwa

Peruwiańczycy są w stanie wcisnąć Ci każdy kit bez mrugnięcia okiem, oby tylko sprzedać i zarobić. Wydaje mi się, że w Boliwii pod tym względem nie jest aż tak źle, ale z drugiej strony byliśmy tam krócej, może było mniej okazji żeby to zauważyć. W każdym razie po jakimś czasie w Peru przyjęliśmy zasadę – nie wierzyć w nic. Wchodząc na dworzec zaraz napada Cię tłum ludzi. Kiedy już dowiedzą się, dokąd chcesz jechać, przekrzykują się ze swoimi ofertami. Hitem było, kiedy jadąc do Cusco po takich przekrzykiwankach skierowaliśmy się do jednej pani, która zapewniała, że autobus jej firmy odjeżdża najwcześniej: 10:30. Po chwili rozmowy okazało się, że jednak jest to 10:45, ale trudno – kupujemy bilety. Jednak na wydruku zobaczyłam, że godzina odjazdu to 11:15. Zapytałam, czy na pewno sprzedała nam bilety na dobry autobus. Pani potwierdziła, że tak, zamazała długopisem 11:15 i ręcznie napisała 10:45 zapewniając, że właśnie wtedy odjeżdża. Odjechał o 11:20… Ciekawe, czy takie sytuacje dotyczą tylko białych turystów, czy wszystkich.

Ta agencja chyba zabiera turystów na inną górę, bo ta, na której my byliśmy jest jakaś mniej kolorowa…. [nasza relacja i zdjęcia tutaj]

Opłaty

Płatne jest wszystko. I to niemało. Muzea, ważniejsze kościoły, punkty widokowe, parki narodowe, no kurczę, wszystko. W Polsce co prawda też tak bywa, ale te koszty są raczej symboliczne, podczas gdy np. w Huaraz wejście do parku narodowego na 1 dzień kosztuje ponad 30 zł. Na Machu Picchu za wejście płacisz prawie 170 zł, a toaleta dodatkowo płatna 2 zł… Ciekawe, że nie wpadli na to, że zarobiliby więcej podnosząc cenę biletu o te 2 zł, nie musząc zatrudniać babci klozetowej. I PR byłby lepszy i może krzaki na zabytku unikatowym na skalę światową nie byłyby tak dobrze użyźnione.

Napis głosi: Pamiątkowa pieczątka z Machu Picchu jest zupełnie za darmo. Tutaj!!! Tutaj!!! W Peru coś ZA DARMO to absolutna rzadkość. Trzeba korzystać!

Hałas

Chyba to nas najbardziej zmęczyło. Kierowcy non-stop trąbią. Jak dojeżdżają do skrzyżowania, jak zobaczą kogoś znajomego, taksówkarze trąbią żeby ogłosić „oto jedzie taksówka, może ktoś chce podwózkę”. A taksówek jest mnóstwo. I mijając Cię nie trąbnie raz, tylko tak co najmniej z 5, żeby się upewnić, czy na pewno nie chcesz skorzystać. A w niżej położonych miasteczkach na wybrzeżu lub w dżungli dochodzą moto-taxi, czyli motorki z 3-osobowym siedzeniem z tyłu. Fajnie się tym jedzie, ale hałas robią ogromny. I muzyka. Ze sklepów, knajp lub po prostu przenośnych głośników. Spacerując, nieraz trudno nam było ze sobą rozmawiać, bo po prostu się nie słyszeliśmy.

Odnieśliśmy wrażenie, że Peruwiańczykom hałas nie przeszkadza. Bo też nie myślą o tym, by oszczędzić swoich dźwięków innym. Oglądanie filmów, słuchanie muzyki lub granie w gry na telefonie bez słuchawek to w autobusach standard. A hitem dla mnie był pan, który w nocnej łódce z Nauty do Yurimaguas przesłuchiwał i wybierał dzwonek do telefonu. Albo nie, mistrzem był inny gość. Hostel w małej miejscowości, godzina 6 rano, a on włącza w telewizji kanał z cumbią (takie peruwiańskie disco-polo, od którego po pewnym czasie można się nabawić myśli samobójczych, a wszystkie kawałki są takie same) na cały regulator, otwiera drzwi, żeby wszyscy na pewno słyszeli i wychodzi z pokoju. Oczywiście mieszka naprzeciwko nas. Jakoś przed 7:00 nie wytrzymałam, idę do delikwenta, którego w pokoju nie ma. Drzwi otwarte, wchodzę więc i rozglądam się za pilotem, żeby te szatańskie dźwięki wyłączyć. Wchodzi gość, niezręczna sytuacja, bo nagle objawia mu się blondyna w piżamie, ale tłumaczę mu, że ja przepraszam bardzo, ale nie jest sam i nie wszyscy ludzie lubią cumbię (a już na pewno nie od 6 rano). Na co on uśmiecha się i ze szczerym zdziwieniem pyta: „To ty nie lubisz cumbii?”.

Tak wygląda moto-taxi. Jeździ się tym super, ale pomnóż to razy 1000 i wstaw wszystko w jedną wąską uliczkę…

Muzyka

Wspomniana wyżej cumbia  – tu dla odważnych próbka na YouTube. Oby nigdy więcej nie było dane mi jej usłyszeć, już nawet reggaeton to przy tym balsam dla uszu! Muzyka ludowa z kolei przypomina pojękiwanie do brzdękającej bałałajki, a popularne zagraniczne utwory puszczane są w wersjach hiszpańskojęzycznych. I jak oni mają się nauczyć angielskiego? No nie urzekł nas i ten aspekt.

„Tygrysy Cumbii” – mrrrau! Jak mogliśmy przegapić tak niezwykłe wydarzenie muzyczne?!

Śmieci

Podobnie jak w Boliwii – mnóstwo. Peruwiańczycy produkują OGROMNE ilości plastikowych odpadów, które później walają się po ulicach. Do każdego napoju dostajemy słomkę, do deserów w plastikowych kubkach plastikowe łyżeczki, a ilość plastikowych toreb dawanych do wszystkiego przekracza najśmielsze wyobrażenia. Hitem były dla nas słodycze. Landrynki, pianki lub wafelki sprzedawane są w większych opakowaniach, a w środku każdy cukierek lub ciastko zapakowane są w osobną folijkę. O recyklingu oczywiście nikt nie słyszał. Ba, nawet spotkanie zbiorczego kontenera graniczy z cudem. Miejski śmietnik zobaczyliśmy chyba może z raz. Śmieci lądują zazwyczaj na ulicy, w krzakach lub, co nas najbardziej zabolało, w Amazonce. Tylko dzięki temu, że jej woda jest brunatna od zawieszonych w niej cząsteczek gliny, nie widać tej ogromnej ilości śmieci w niej pływających.

Każda pianka w osobnej folijce, a torba herbatników jest pełna mniejszych paczuszek

Telewizja

Obowiązkowo, zawsze. W najobskurniejszym hostelu są odbiorniki i klucz do pokoju idzie w parze z pilotem. Zdarzało nam się nocować w biedniejszych domach, gdzie nie było ciepłej wody, ale ogromny 42-calowy telewizor dumnie przyozdabiał gołe, betonowe ściany. Na dworcach, w każdym autobusie (na łódce też), film leciał do późna w nocy, a kolejny był włączany w zasadzie zaraz po wschodzie słońca. Oczywiście głośno. I z dubbingiem. Nie ma spania, film się sam przecież nie obejrzy.

Taki widok to wcale nie rzadkość. Plazma jest, a w rogu komputer i sprzęt audio.

Toalety

Nie mamy pojęcia dlaczego, ale w większości publicznych toalet, a także tych w hostelach lub – co dziwniejsze – w domach naszych gospodarzy z Couchsurfingu, nie było deski, ani klapy. Ot, goły kibel. Często też nie było szczotek toaletowych, ale wisiały karteczki, że należy zostawić po sobie porządek. Czyli co, ręką powycierać? Ech, Peru…

Tron na podwyższeniu. Mamy 2 teorie – albo żeby było lepiej widać, albo żeby krokodyle nie właziły podczas wyższego stanu wody.

Podsumowując

Jesteśmy rozdarci, jeśli chodzi o ocenę Peru. Ze wszystkich odwiedzonych dotąd krajów, to właśnie tam było najwięcej zachwycających miejsc: Tęczowa Góra, szlak Salkantay prowadzący do Machu Picchu, kamienny las i domki Smurfów, góry w Huaraz, dżungla… Z drugiej strony, wszystkie opisane wyżej sytuacje sprawiły, że wyjeżdżając czuliśmy ulgę i jak nigdy wcześniej cieszyliśmy się na nowy kraj. Wiele z tych problemów spotykaliśmy już w Boliwii, jak na przykład opłaty za wszystko, hałas i śmieci, tam jednak byliśmy bardziej pobłażliwi – to było nowe, łatwiej było przymknąć oko na niedogodności kupując za grosze pyszne owoce. Na pewno więc część tych narzekań, to także „zasługa” pobytu w Boliwii. Podsumowując, na pewno warto odwiedzić Peru i zobaczyć te wszystkie cuda natury. Ale może w krótszym czasie, 2 miesiące mogą zmęczyć 😉

A Wy byliście w Peru? Macie podobne odczucia?

Dodaj komentarz

Komentarz do “PERU – ciekawostki i wrażenia”