PATAGONIA w pełnej krasie

Następnym celem naszej podróży jest miejscowość El Calafate, baza wypadowa do zobaczenia lodowca Perito Moreno. Opuszczamy Puerto Madryn z myślą, że musimy pojechać bardzo okrężną trasą, aby trzymać się głównych szlaków. Każdy kierowca odradzał nam przebijanie się mniejszymi drogami w poprzek Patagonii tłumacząc, że poza sezonem będzie to niezwykle trudne. Planujemy więc zjechać Rutą Nacional 3 aż do Rio Gallegos, a następnie wracać na północ Rutą Nacional 40. Pierwszy dzień drogi kończymy w Comodoro Rivadavia siedząc na stacji benzynowej. W momencie, kiedy zarzuciliśmy plecaki i zamierzaliśmy iść na inną stację, aby tam rozbić namiot i przeczekać noc, zaczepił nas mężczyzna. „Dokąd jedziecie?”. Powiedzieliśmy jaki mamy plan, zaproponował podwózkę na tę drugą stację. Ucieszeni wsiadamy do samochodu. Szybko jednak okazuje się, że mamy duuużo większe szczęście, niż przypuszczaliśmy. W samochodzie dowiadujemy się, że Leonardo i Fabiana też jadą do El Calafate. Idealna podwózka na ponad 1000 km sama nas znalazła! Tego dnia docieramy nocą do miasteczka Perito Moreno. Jest północ, temperatura jakieś 5 stopni. Zatrzymujemy się pod hotelem, w którym Leo i Fab zamierzają spędzić noc. Pod hotelem, którego cena znacząco przekracza nasz dzienny budżet. „Jaki macie plan?”. Zaspani odpowiadamy, że rozbijemy gdzieś niedaleko namiot. Michał zaczął rozmawiać z obsługą hotelu, czy wiedzą gdzie tu można przenocować, ale Leonardo zrobiło się nas chyba żal, i postanowił zapłacić za pokój dla nas. „Musicie się wyspać, dobrej nocy”. Długo zbieraliśmy szczęki z podłogi.

Z naszymi dobroczyńcami

Następnego dnia, po długiej podróży docieramy do El Calafate. Po drodze Leonardo myli trasę i przedzieramy się kilkaset kilometrów szutrową drogą, która podczas ulewy zamienia się w odcinek specjalny. Całe szczęście nasz samochód ma napęd 4×4, dzięki czemu ostatecznie możemy opisać nasz przejazd słowami „que aventura!” („co za przygoda!”). Mówimy Fabianie i Leonardo „do zobaczenia” i idziemy do naszego hosta, chłopaka pracującego w policji na lotnisku odległym 15 km od El Calafate. Nie narzeka na nawał pracy, gdyż w kwietniu jest 5 lotów dziennie, a od maja… 2. Sezon tutaj tak naprawdę trwa od listopada do marca. Tradycyjnie przygotowujemy wołowinę w cebuli i ściśnięci na podłodze (przynajmniej mamy ciepło!) idziemy spać.

Patagoński krajobraz
Nasze auto po offroadzie

Zobaczyć lodowiec

Z rana spotykamy się ponownie z naszymi znajomymi i jedziemy razem zobaczyć lodowiec Perito Moreno. Jego nazwa wzięła się od argentyńskiego naukowca Francisco Pascasio Moreno, który dużą część swojego życia poświęcił pracy nad patagońską przyrodą. Lodowiec ma 250 km2 powierzchni, jego ściana ma do 70 m wysokości, a grubość lodu w głębi sięga 170 m. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem już od chwili, kiedy zobaczyliśmy go z daleka z okna samochodu. Podjeżdżając na parking spotykamy patagońskiego lisa, który wręcz pozuje nam do zdjęć.

Lodowiec z daleka
A po hiszpańsku lis to „zorro

Lodowiec jest niesamowity. Olbrzymia masa lodu spływa z gór do błękitnego Lago Argentino. W zasadzie jest to rzeka, tylko trochę wolniej płynąca – 2 metry na dobę. Korzystając z okazji, robimy sobie solidną powtórkę z geografii, przecież w szkole z tego wszystkiego mieliśmy klasówki.


A więc jak to wszystko działa? Przede wszystkim potrzeba miejsca, gdzie śnieg z zimy nie topi się całkowicie podczas lata. Powoduje to jego gromadzenie się każdego roku i pod wpływem panującej temperatury, przy dużej wilgotności powietrza i pod wpływem ciśnienia nadległych warstw śniegu – zmniejszanie jego objętości, częściową krystalizację i stopniowe przekształcanie się wpierw w firn, a następnie w lód firnowy i lodowcowy. Ilość zgromadzonego śniegu zależy również od ukształtowania powierzchni, np. na ostrych szczytach i graniach, jak choćby w Tatrach, nie ma warunków do gromadzenia się dużych ilości śniegu. Powstawaniu lodowców sprzyjają płaskie grzbiety i dolinne spłaszczenia. Miejsce gromadzenia się śniegu, powstawania firnu i lodu lodowcowego, czyli miejsce narodzin i zasilania lodowca nazywa się polem firnowym. Gdy grubość nagromadzonego lodu przekroczy pewną krytyczną wartość (kilkanaście, kilkadziesiąt metrów), to wywierane przezeń ciśnienie sprawia, że staje się on plastyczny i zaczyna płynąć. Warstwy cząsteczek lodu lodowcowego są ze sobą względnie słabo związane i gdy ciśnienie będzie większe od tych sił wiążących, to górne warstwy lodu zaczynają płynąć szybciej niż warstwy dolne. Tarcie między lodowcem a podłożem oraz ciepło geotermalne Ziemi zwiększa ilość wody między lodowcem a podłożem, co działa jak smar.

Czy lodowce są bardzo zimne? I tak i nie. Istnieją dwa typy.

Lodowce zimne mają temperaturę niższą od temperatury topnienia lodu. Składają się z lodu stałego (bez wody). Taki lodowiec jest „przymarznięty” do podłoża. Siła z jaką lód jest związany z podłożem jest większa niż siła wiążąca lód, więc lodowce zimne poruszają się za pomocą względnego przemieszczania warstw lodu (warstwa przygruntowa jest nieruchoma). Efektem tego jest prawie całkowity brak erozji w przypadku lodowców zimnych – lodowce antarktyczne prawie nie zawierają rumoszu skalnego.

Lodowce ciepłe to lodowce, które w całej objętości (z wyjątkiem zmieniającej się wraz ze zmianami pór roku temperatury warstwy powierzchniowej) mają temperaturę topnienia. Lodowce takie są nasączone wodą w całej objętości. Temperatura takiego lodowca spada wraz z głębokością, bo wraz z głębokością rośnie ciśnienie a zatem spada temperatura topnienia lodu. Ciepło geotermalne topi lodowiec od spodu (w tempie rzędu 0,5 cm rocznie) i lodowiec przesuwa się, ślizgając się po warstwie wody. Lądolód Antarktydy jest (w dominującej części) lodowcem zimnym. Większość pozostałych lodowców jest typu ciepłego. Tyle z powtórki 🙂 Na geografii wydawało się to niezbyt ciekawe, ale zmieniliśmy zdanie, gdy zobaczyliśmy ten fenomen na żywo.


Fabiana i Leo idą na rejs statkiem, który obejmuje spacer po i pod lodowcem oraz picie whisky z lodem z lodowca. Mamy więc sporo czasu, aby podziwiać ten cud natury. Wychodzi słońce, otwieramy wino i delektujemy się odosobnionym punktem widokowym. Lodowiec co raz wydaje dźwięki podobne do grzmotów. Co chwila pojawia się nowe pęknięcie lub odpadają mniejsze lub większe kawałki. Przy każdym takim dźwięku wstrzymujemy na chwilę oddech mając nadzieję, że to odłamuje się góra lodowa wielkości autobusu lub bloku mieszkalnego. Niestety, w ciągu całego dnia widzimy tylko kilka tak dużych odłamań, ale może właśnie to czyni je jeszcze bardziej spektakularnymi.

Lodowiec w całej okazałości
Podziwiamy przy winie
Kolorowo!

Ten niesamowity cud natury jest bezwzględnie wykorzystywany przez argentyńskie władze. Ceny biletów wstępu dla cudzoziemców są prawie 2x wyższe, niż dla Argentyńczyków. W dniu naszej wizyty było to 260 ARS dla turystów z Argentyny i 500 ARS dla cudzoziemców (2 tygodnie później cena dla cudzoziemców wzrosła do 600 ARS, czyli 100 PLN). My mieliśmy duże szczęście – Fab i Leo kupowali bilety i kazali nam się nie odzywać, dzięki czemu prześlizgnęliśmy się jako Argentyńczycy. Szwindel miał prawo zadziałać, ponieważ w Argentynie żyje wielu potomków imigrantów m.in. z Włoch, Polski, Ukrainy i Niemiec. Dzięki temu blond włosy Oli nie pokrzyżowały naszych niecnych planów.

W El Calafate zostajemy jeszcze 1 dzień, aby pospacerować po miasteczku i kupić grubą bluzę i termos. Niestety, udaje się tylko pospacerować. O ile ceny w supermarkecie są tylko trochę wyższe, to ceny ubrań zwalają z nóg, a najtańszy termos próżniowy kosztował 150 PLN (potem w Chile kupiliśmy podobny za 30 PLN). Poznaliśmy za to bardzo sympatycznego wilczura. Generalnie po argentyńskich miasteczkach kręci się dużo psów, z których tylko część wyrwała się z podwórka na przechadzkę. Na szczęście te żyjące w mieście z reguły nie są groźne i często nam towarzyszą. Nie można jednak okazać im zbyt dużo czułości lub dawać jedzenia, gdyż wtedy zostaną z nami już na zawsze. Tę nauczkę wynieśliśmy z Gruzji. Nie tak dawno jednak po Patagonii zaczęły grasować stada dzikich psów, które potrafią być niebezpieczne i np. atakują owce. My na szczęście takich band nie spotkaliśmy.

Pieseł
Patagońska jesień

El Chalten

Opuszczamy El Calafate i z Fabianą i Leonardem przejeżdżamy już ostatni wspólny odcinek do El Chalten. Jest to miasteczko na końcu świata, leżące u podnóża szczytów wznoszących się na ponad 3300 m.n.p.m. Niestety, nasze zapytania na Couchsurfingu pozostają bez odpowiedzi, więc musimy znaleźć pierwszy od ponad miesiąca płatny nocleg. Zamieszkujemy w bardzo klimatycznym, przyjemnym i oczywiście najtańszym hostelu w mieście – La Comaca. Zdecydowanie możemy go polecić, jednak w sezonie może być problem ze znalezieniem w nim miejsca.

Korzystając z przepięknej pogody, która tutaj podobno należy do rzadkości, chodzimy po górach, gdzie tylko się da. Chcieliśmy przejść najdłuższy, konwencjonalny trekking w okolicy – Vuelta al Huemul, ale niestety w wyższych partiach gór panują już zimowe warunki, na które nie jesteśmy za dobrze przygotowani. Nauczeni doświadczeniem w Chapadzie odpuszczamy i robimy „tylko” połowę trasy, położoną niżej. Aby ją przejść oraz żeby przetrwać zimne noce w górach, wypożyczamy puchowy śpiwór, uprząż, linę, karabińczyki i dodatkowe karimaty. Wcześniej spędzamy 1 noc w namiocie w górach, aby zobaczyć, jak ciężko może być. Okazuje się, że nie tak bardzo, więc po zarejestrowaniu naszego trekkingu w biurze parku narodowego wyruszamy na 3-dniową wycieczkę.

Dolina Rio de las Vueltas
Widok na Fitz Roy
El Chalten o wschodzie słońca
W oddali Cerro Torre
Ptaszek
Coś w podobie dzięcioła
Ta woda na prawdę ma taki kolor!
Ta też!
Wszystko spakowane. Jedzenie najważniejsze!

Paso Huemul

Pierwszy dzień to 24 kilometry marszu do miejsca, z którego następnego dnia będziemy przeprowadzać „atak na przełęcz”. Trasa jest bardzo malownicza i przyjemna z wyjątkiem pierwszych 8 kilometrów, które tak naprawdę są skrótem do oficjalnego początku/końca szlaku. Krowia ścieżka, którą się przedzieramy wiedzie przez bardzo strome zbocza porośnięte kłującymi krzakami oraz przez mokradła. Brodzenie w sandałach po kostki w wodzie przy kilku stopniach nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń. Na szlaku przechodzimy koło znaków ostrzegających o obecności pumy w okolicy i spotykamy stada krów, które zapuściły się wiele kilometrów w głąb górskich dolin. Pokonujemy górską rzekę podczepieni na tyrolce i w końcu wyczerpani docieramy na miejsce, które wynagradza nam wszelkie trudy wędrówki. Możemy rozbić namiot tak, aby był osłonięty od wiatru, a zaraz obok mamy wyjście na punkt widokowy, z którego widać lodowiec Viedma i odłamujące się z niego góry. Całą idyllę psują tylko stada myszy, których nic nie jest w stanie powstrzymać. Poprzedniej nocy w górach już wygryzły nam dziurę w namiocie, więc teraz całe jedzenie wkładamy do jednego plecaka, który zawieszamy na linie na wysokim drzewie. Zgadnijcie co? Nie pomogło. Widzimy, jak niespeszona światłem czołówki myszka wspina się po pniu, a potem balansuje na linie, żeby skończyć buszując w kieszeniach plecaka. Pojemniki po jedzeniu i śmieci ustawiamy z dala od namiotu, a plecak pozostaje na linie. Nie wpadamy na żaden inny pomysł, jak się bronić przed tymi gryzoniami. Na szczęście ostateczne straty to tylko dziura w namiocie i nadgryzione plastikowe pojemniki. Nie jest źle.

Noc jest pełna grzmotów wydawanych przez lodowiec, a rano nasza zatoczka wygląda zupełnie inaczej. Ogromne góry lodowe podróżują pchane przez wiatr z jednego końca jeziora na drugi, rozpadając się ostatecznie w spektakularny sposób na tysiące małych kawałków.

Drugiego dnia wspinamy się 800 metrów na przełęcz, aby zobaczyć lodowiec Viedma z góry. Po intensywnej wspinaczce docieramy na przełęcz, ale lodowy wiatr 130 km/h nie pozwala nam długo cieszyć się widokiem. Nie dość, że po chwili twarz boli od zimna, to niemożliwe jest utrzymanie równowagi w takich warunkach. Ponieważ jesteśmy otoczeni przez urwiska, robimy tylko szybko kilka zdjęć, chwilę podziwiamy krajobraz lodowca i lądolodu w oddali i szybko schodzimy w bardziej osłonięte miejsce. I tu znowu kłania się powtórka z geografii.

Tyrolka
W tle jezioro Viedma
W tle lodowiec Viedma
Lina nie powstrzymała gryzoni
Lodowiec Viedma z góry i lądolód w oddali
Ola chroni się przed wiatrem
Szlak nie jest prosty


Co to jest lądolód i skąd się wziął? Lód powstaje tak samo, jak w przypadku lodowców. Gdy miąższość pokrywy lodowej zbliża się do 50 metrów, lodowiec zaczyna się rozszerzać na boki („postępować”). Jeśli zimny klimat się utrzymuje, miąższość warstw sprasowanego lodu rośnie, a lodowiec rozszerza się promieniście lub bocznie na zewnątrz od miejsca o najwyższym ciśnieniu. Lądolód Patagoński Południowy jest reliktem okresu wielkich zlodowaceń plejstoceńskich. Pamiętacie, że na terenie Polski również był kiedyś lądolód? Ciekawostką jest to, że w tym miejscu istnieje spory obszar, w którym granica pomiędzy Argentyną i Chile nie jest zdefiniowana.

 

Przerwa w granicy

Southern Patagonia Ice Field from ISS.jpg
By NASA ISS astronaut photo – http://earthobservatory.nasa.gov/IOTD/view.php?id=83249&src=eoa-iotd, Domena publiczna, Link


Podczas schodzenia widzimy jak na dłoni pole gór lodowych w naszej zatoczce. Szczęśliwym trafem robimy sobie postój na skalnej półce ze świetnym widokiem akurat w tym momencie, gdy rozpadają się 2 olbrzymie góry lodowe. Jest to niesamowite wrażenie, gdy widzi się kawał lodu wielkości bloku rozpadający się na kawałki lub obracający się do góry nogami, pokazując turkusową część zanurzoną do tej pory pod wodą.

Przed i po rozpadzie

Wieczorem, z myszami biegającymi bezwstydnie po moich kolanach, korzystając z braku jakiegokolwiek zanieczyszczenia świetlnego, nagrywam timelapsa nocnego nieba. Niestety, przy tej temperaturze i tak słaba bateria mojego aparatu pada dość szybko, dlatego udaje się złapać tylko 47 klatek.

Trzeci dzień to powrót znaną już trasą. Tym razem nie gubimy już szlaku i tyrolka, z którą już mamy doświadczenie idzie już dużo sprawniej. Niestety, od końca oficjalnego szlaku do miasta mamy albo 8 km bagnistym skrótem, albo 16 km drogą. Wybieramy tę drugą opcję, gdyż zajmie niewiele dłużej, nie zmoczymy i nie pokłujemy się, a może uda się nawet złapać podwózkę. Po 4 kilometrach nadchodzi wybawienie! Mija nas pickup z miejscem na naszą dwójkę i jeszcze jednego koleżkę, którego spotkaliśmy po drodze. Teraz pozostało już tylko zarejestrować nasz powrót, przejść się 2 km na drugi koniec miasta aby oddać sprzęt, ugotować górę spaghetti i napić się browara! Następnego dnia nawet nie wystawiamy nosa z hostelu. Zresztą nawet nie mamy jak. Wszystkie nasze ciepłe rzeczy są w praniu (które tutaj swoją drogą kosztuje nieprzyzwoite pieniądze).

Krajobrazy dopisują
Za drugim razem tyrolka to łatwizna
Ratunek na horyzoncie!
Zasłużone jedzonko
Niebo nad El Chalten

Po dniu odpoczynku idziemy na wylot z miasta. W sumie to nawet nie mamy innego wyboru, ponieważ nasz hostel zamyka się do października, jak większość hosteli i restauracji w tym mieście. Składamy plecaki na chodniku, szczęśliwi, że nie mamy żadnej konkurencji. Jeszcze nie wiemy, że wieczorem trafimy do piekła autostopowiczów…