Karaibski raj – PARQUE TAYRONA za darmo

Od plaży w Itacaré w Brazylii, którą odwiedziliśmy w lutym czekaliśmy na ten moment. Ciepłe fale obmywające plażę z przyjemnym, miękkim piaskiem, kolorowe rybki przemykające pomiędzy fantastycznymi wytworami rafy koralowej śniły nam się po nocach, gdy marzliśmy w peruwiańskich Andach na wysokości 4000 metrów.

Cartagena i Playa Blanca

Oczywiście, jak to zwykle bywa, okazało się, że raj nie jest tak łatwo dostępny. Pierwsze próby wykąpania się w Morzu Karaibskim podejmujemy w Cartagenie. Do plaży w mieście nawet się nie zbliżamy, udajemy się natomiast na Playa Blanca (hiszp. biała plaża). To, co na zdjęciach wygląda oszałamiająco, okazuje się być straszną komerchą, z barami i restauracjami dochodzącymi prawie do samej wody, skuterami wodnymi śmigającymi w jedną i w drugą i sprzedawcami wciskającymi drinki, desery i masaże. Aby mieć namiastkę spokoju, trzeba iść 30 minut na sam koniec plaży. Na szczęście nie było dzikich tłumów, ale podobno w weekend plaża pęka w szwach. Chociaż może to niegłupi pomysł się na nią wtedy wybrać, zapuścić sobie na słuchawkach nawoływanie „Goootowana kukurydza!”, złapać w jedną rękę parawan, w drugą gofra i w ten sposób ukoić tęsknotę za Ojczyzną.

Cartagena sama w sobie jest bardzo ładnym miastem

Parque Tayrona

Drugie podejście postanawiamy zrobić w Parque Tayrona, niedaleko miasta Santa Marta. Kłody pod nogi rzecz jasna rzucane są nam nieustająco. Wejście do parku kosztuje 57.000 COP / 66 PLN. Dla Kolumbijczyków oczywiście 2x taniej. Na takie ceny i traktowanie turystów jak skarbonki zgody nie będzie! Wyszukujemy na forach relacje innych plecakowców i okazuje się, że sposobów jest co najmniej kilka. My wybieramy ten, który nie obejmuje przedzierania się przez dżunglę i nadmorskie urwiska.

Parque Tayrona – jak wejść za darmo?

Postępujemy zgodnie z instrukcjami i przyjeżdżamy pierwszym busem (5:00, punktualnie!) z Santa Marty do wejścia w miejscowości Calabazo. Jest to wejście mało uczęszczane i słabo strzeżone. Można się nim prześlizgnąć na dwa sposoby – albo przyjść zanim strażnicy rozpoczną pracę (6:00), albo przejść wtedy, kiedy idą na przerwę. Wybieramy pierwszą opcję. Niestety, mimo że wejście położone jest tylko 27 km od początku trasy busa, to podróż trwa 55 minut. Jesteśmy w ostatniej chwili! Zdejmujemy pomarańczowe pokrowce na plecaki, aby mniej rzucać się w oczy i po cichu kierujemy się w stronę wejścia. Myślimy, że już się udało, ale niestety! Po drodze spotykamy strażniczkę właśnie idącą do pracy. I cały plan w pi***u. I wstawanie o 4:00, aby zdążyć na pierwszego busa też… Jesteśmy wściekli. Wyskakujcie z kasy białasy. Lecz nagle następuje nieoczekiwany zwrot wydarzeń! Strażniczka mówi, że czegoś tam jeszcze nie ma (nie zrozumieliśmy, czego; opasek-biletów wstępu, osoby odpowiedzialnej?) i mówi, że skasują nas w kasie na Cabo San Juan. Super, jesteśmy uratowani! Przynajmniej do czasu, gdy pojawimy się na półwyspie lub ktoś nie sprawdzi, czy mamy ważne opaski, które nakładają na nadgarstki po opłaceniu wstępu w kasie.

Wstanie rano ma czasem swoje zalety

3h przedzieramy się przez górzystą dżunglę, nasłuchując jej przedziwnych odgłosów i nie spotykając prawie nikogo, aby w końcu dotrzeć na camping na Playa Brava (hiszp. odważna plaża). Ceny nie należą do najniższych (15.000 COP / 18 PLN za osobę, z własnym namiotem), ale nie ma zbytnio innego wyboru. Na szczęście za tę cenę otrzymujemy rajską scenerię, dach, palmy z kokosami na wyciągnięcie ręki, wodospad 20 minut spacerem od campingu i prysznic. Nie ma zbytnio możliwości popływania w morzu, gdyż fale są dość silne, a na dodatek występują tutaj silne prądy. Nazwa plaży nie wzięła się znikąd.

Camping przy plaży…
…która niestety do najczystszych nie należy
Marsz przez dżunglę z ciężkim plecakiem to trudne zadanie

Następnego dnia znów idziemy 3h przez góry i dżunglę, aby dotrzeć do Playa Nudista (hiszp. plaża nudystów). Dobrze, że byliśmy rozbici pod dachem, bo w nocy była potężna ulewa (w tym regionie i o tej porze roku wieczorne burze występują praktycznie codziennie). Na szlaku nie spotykamy nikogo, a dżungla „żyje” dużo bardziej, niż ta, którą odwiedziliśmy w Peru. Spotykamy węże, olbrzymie owady, widzimy wielkie ptaki, słyszymy także ich śpiew, który jest zadziwiająco skomplikowaną i piękną melodią. Z oddali dobiega nas potężny ryk. To nawołują się najgłośniejsze zwierzęta na świecie: wyjce – małpy mające rozmiary… średniej wielkości psa.

Docieramy do plaży nudystów i z ulgą wskakujemy ochłodzić się w morzu. Wędrówka po Parque Tayrona jest wybitnie męcząca ze względu na stosunkowo duże przewyższenia, dużą wilgotność i niemiłosierny upał. Na plaży poza nami prawie nikogo nie ma, mimo że jest oddalona od Cabo San Juan tylko o 20 minut marszu. Polecamy jednak przejść się na jej dalszy koniec, gdyż czasem na plażę przychodzą wścibscy podglądacze. Na szczęście jest sporo miejscówek w cieniu, gdzie można się rozłożyć z dala od ciekawskich oczu.

Goło i wesoło
Ale wolność 😀

Po relaksie na piasku i w wodzie udajemy się w stronę upatrzonego campingu przy plaży Arrecifes. Po drodze mamy to nieszczęsne Cabo San Juan, na którym znajduje się kasa (bilety wstępu kupują w niej ci, którzy przypłynęli do parku łódką z Tagangi). Postanawiamy przejść pewnym krokiem, nie zbliżając się zanadto do kasy. Udaje się! Nikt się nami nie zainteresował, a my przez straszliwe błoto kierujemy się na camping. Tym razem cena to 10.000 COP / 12 PLN za osobę we własnym namiocie. Trochę lepiej, ale tym razem miejscówka nie jest zbyt przyjemna. Na pocieszenie możemy rozbić namiot pod plandeką.

Cabo San Juan
Były takie miejsca, gdzie jedyną opcją przejścia było zanurzenie się w błocie, czasem po same kolana.

Następny dzień spędzamy na plaży La Piscina (hiszp. basen). Nazwa wzięła się stąd, że rafa będąca około 200 m od brzegu ochrania ten odcinek plaży, tworząc spokojny akwen, w którym można bezpiecznie popływać. Podobno też super jest tu popływać z maską, rurką i płetwami, ale niestety my jesteśmy w porze deszczowej. Skutkuje to tym, że w wodzie znajduje się dużo drobnych cząsteczek, które spłynęły z lądu wraz z wodą opadową. Znacznie ograniczają one widoczność i niestety widzieliśmy bardzo mało rybek, a rafa nie robiła tak dużego wrażenia. Jednak co się napływaliśmy w ciepłym morzu, to nasze.

Wymoczeni i wypoczęci kierujemy się w stronę wyjścia. Godzina wędrówki, ostatnie spojrzenia na przepiękne wybrzeże, 10 minut w busie (5.000 COP / 6 PLN), szybsze bicie serca podczas przejeżdżania przez bramę wyjazdową i… wyjechaliśmy z parku! Udało się! Cebula górą!

Ostatnie spojrzenie na Parque Tayrona

Palomino

Jest już dość późno (17:00), ale próbujemy jeszcze stopa w stronę Palomino – miejscowości, gdzie planujemy przeprowadzić ostatni etap relaksowania się. Szybko łapiemy podwózkę i dojeżdżamy do popularnego kurortu, który jeszcze kilka lat temu był trudno dostępną, małą wioską. Dziś miejscowość jest wypełniona hotelami, hostelami, campingami, restauracjami i sklepami. Nie odnieśliśmy jednak wrażenia przeładowania. Ponieważ byliśmy poza sezonem, nie było tłumów, a cała infrastruktura hotelowo-sklepowa ma dość kameralny charakter, nie uświadczymy tutaj molochów. Spędzamy 2 dni relaksując się na zmianę na plaży popijając wodę ze świeżo zerwanych kokosów i nad hotelowym basenem (hostel Zoo, 27.000 COP / 33 PLN za osobę w pokoju 8-os. za noc, wliczone śniadanie, zadziwiająco rozsądna cena). Codziennie wieczorem przetaczają się nad nami imponujące burze, polecamy wybrać się na ich obserwowanie na plażę.

Palomino
Z brzegu ciepłego Morza Karaibskiego widać ośnieżone szczyty Sierra Nevada de Santa Marta

Choroby roznoszone drogą komarową

No raj na ziemi powiecie. Jest jednak jeden mały haczyk. Owady, a mianowicie komary i muchy piaskowe. Na kolumbijskim wybrzeżu karaibskim jest ich nieskończoność. A w okolicach Parque Tayrona 5 razy więcej. Nie gryzą tylko w 2 miejscach. W palącym słońcu i pod wodą. W żadnym z tych miejsc nie da się wytrzymać dłużej, niż minutę. Z pomocą przychodzi tutaj repelent z wysoką zawartością DEET (minimum 50%). Jest jednak pewien szkopuł. Co chwila wchodzi się do wody, a nawet jeśli nie, to tak się człowiek poci, że po godzinie efekt jest podobny. Cały repelent spływa, pozostawiając ciało wystawione na ataki krwiożerczych insektów. Długie spodnie i rękawy? Powodzenia. Ugotowanie żywcem gwarantowane. Jedynym sposobem na uniknięcie zjedzenia żywcem jest regularne używanie repelentu, czego oczywiście z lenistwa nie robiliśmy. Poskutkowało to co najmniej 200 ugryzieniami na każdym z nas (tak, policzyliśmy!) i… pewną niespodzianką, o której dowiedzieliśmy się 10 dni później.

Wskazówki

  • Co prawda nam się udało wejść za darmo, ale znany plecakowcom sposób przyjeżdżania pierwszym busem uważamy za spalony. Zamiast tego należy przyjechać do Calabazo dzień wcześniej, zanocować gdzieś w okolicach wejścia i wejść do parku na długo przed 6:00, może nawet jeszcze po ciemku. Na szlaku nie ma żadnej bramy, czy szlabanu, więc nie powinno być problemów z przejściem.
  • Na wejściu dostaje się opaskę na nadgarstek (taką niezniszczalną, jak na festiwalach muzycznych). Widzieliśmy ludzi z różnymi ich kolorami (białe, niebieskie, zielone), które oznaczają liczbę dni, na ile się wchodzi do parku (podobno max. 3). Nocując na campingu na Cabo San Juan otrzymuje się kolejną opaskę w kolorze białym. Przydatna może okazać się wizyta na Playa Los Angeles. Jest to bardzo przyjemna, pusta miejscówka, na którą wstęp kosztuje 5.000 COP / 6 PLN za cały dzień. Na dodatek dostaje się na niej zieloną opaskę, którą warto zostawić na nadgarstku na czas wizyty w Parque Tayrona.
  • Mimo, że bezpośrednio nikt nas nie skontrolował wewnątrz parku, to po jego terenie, w szczególności w okolicach Cabo San Juan i parkingu kręci się sporo pracowników. Mogą oni sprawdzić, czy odwiedzający mają ważne opaski, więc cały czas mieliśmy oczy otwarte i wypatrywaliśmy charakterystycznych, białych koszulek z logo parku, trzymając się od nich w bezpiecznej odległości.
  • Pomiędzy głównym wejściem Zaino, a parkingiem przy rzeczywistym wejściu do parku są 4 km. Na tym odcinku kursują busiki (5.000 COP / 6 PLN) i nie warto na nich oszczędzać. Jeszcze się wewnątrz parku nachodzicie.
  • Krem z filtrem jest obowiązkowy. Słońce naprawdę mocno pali.
  • Weźcie zapas jedzenia i wody (lub filtr, np. używany przez nas Sawyer Mini), gdyż ich ceny wewnątrz parku są wysokie (najtańszy obiad – małe spaghetti napoli 18.000 COP / 22 PLN).
  • Repelent z zawartością DEET min. 50% obowiązkowy. Smarujcie się często i nie pozwólcie, żeby komary wleciały do namiotu lub pod moskitierę.
  • Maska do nurkowania bardzo się przyda, widać w niej dużo lepiej, niż w okularkach pływackich.
  • Podczas pory deszczowej praktycznie codziennie wieczorem jest burza.
  • Dobre miejsca do nocowania to Playa Brava oraz Arecifes (tu są 3 campingi, 2 dość obskurne i 1 przyjemny, za to dość oddalony od plaży. Cabo San Juan jest bardzo zatłoczone i drogie.
  • Do pływania nadają się plaże: Nudista, Cabo San Juan, plaża pomiędzy nimi, La Piscina i Las Gaviotas. W innych miejscach lepiej nie wchodzić do wody ze względu na silne prądy i duże fale.
  • Po Parque Tayrona zdecydowanie polecamy zatrzymać się na parę dni w niedrogim hostelu z basenem i śniadaniem w Palomino.
  • Weźcie koniecznie nóż, przyda się do otwierania kokosów!
Kokosy i hamak to na plaży podstawa przetrwania
Playa Los Angeles cała dla nas

Dodaj komentarz

2 komentarze “Karaibski raj – PARQUE TAYRONA za darmo”