Pół Peru w pigułce – między CUSCO, a HUARAZ


Cusco

W Cusco byliśmy w zasadzie 2 razy: przed i po Salkantay Trek. Za pierwszym razem po prostu spędzaliśmy czas – najpierw ze znajomymi z Alejazda.news, potem z poznaniakami poznanymi w Copacabanie (pozdrawiamy ponownie! <3) i przygotowywaliśmy się do wyjścia w góry. Natomiast po powrocie trochę pozwiedzaliśmy, między innymi okoliczne inkaskie ruiny, na których nieszczęśliwie potłukłam sobie piętę i unieruchomiłam nas na kilka dni… (o czym już wspominaliśmy, i przy tej okazji ponownie bardzo polecaliśmy nasze ubezpieczenie). Odwiedziliśmy też dość nudne muzeum historii Inków, w którym były głównie skorupy z krótkim podpisem i zepsuta, interaktywna makieta. Kiedy przyciskałam kolejne guziczki żeby sprawdzić, czy cokolwiek działa, podbiegł ochroniarz i powiedział, że nie wolno nic dotykać 😀

Mamo, nie mówiłaś, że otworzyłaś swój biznes w Cusco…
Interaktywna makieta, której nie wolno dotykać 🙂
Okoliczne inkaskie ruiny. Podobno te dwa strumienie wody mają identyczny przepływ, tzn. napełnią dwa takie same pojemniki w dokładnie takim samym czasie. Do dziś nie wiadomo, jak Inkowie tworzyli swoje niesamowite kamienne budowle.

Ogólne wrażenia z Cusco mamy bardzo pozytywne. Miasteczko jest bardzo ładne (główny plac widać jest na zdjęciu głównym tego wpisu), niezbyt zaśmiecone, ma fajne bazary z uroczymi babciami. „Dzięki” mojemu wypadkowi musieliśmy zostać trochę dłużej i był to bardzo przyjemny odpoczynek.

Pampachiri

Po wyruszeniu z Cuzco udaliśmy się do Pampachiri. Malutka wioska położona trochę nigdzie, ale ma swoje uroki. W jej okolicach znajduje się Bosque de Piedras – Las Kamieni i Casa de Los Pitufos, czyli Domki Smurfów. Wszystko to fantazyjne formacje skalne, robiące ogromne wrażenie. Atrakcja wciąż mało popularna, nawet wielu Peruwiańczyków o niej nie słyszało. Dostać się tam niełatwo – nam zajęło to 2 dni. Jednak uważamy, że zdecydowanie warto, dlatego w następnym wpisie napiszemy dokładniej, jak to wygląda i jak się tam dostać.

Kiedy wjechali na wyniosłość drogi, oczom ich ukazał się las…
kamieni.
Pogawędka z panią, której ojciec zbudował smerfne domki. Smurfem bynajmniej nie był.

Nasca

Następnie pojechaliśmy zobaczyć słynne linie niedaleko Nasca. Niestety, możliwości oglądania ich są wciąż bardzo ograniczone. Jest wieża widokowa (niezbyt wysoka), z której widać 3 figury, można też wykupić lot awionetką i obejrzeć je wszystkie z powietrza, ale jak się domyślacie, to nie jest opcja niskobudżetowa (ok. 100$ za 30 minut lotu). Idziemy więc na wieżę i mamy chytry plan wdrapać się na wzgórze, skąd moglibyśmy zobaczyć kolejne figury. Niestety, gdy tylko zbliżamy się do ścieżki prowadzącej na górkę, spod ziemi wyrasta ochroniarz i nas zawraca. Tajne, zabronione, nie wolno. Cóż, gdyby można było za darmo wejść na górkę, pewnie mniej ludzi płaciłoby 3 sole za wejście na wieżę… Linie są niesamowite i czuć niedosyt po zobaczeniu tylko tych 3 figur. Niestety, póki co opcja awionetki jest poza naszym zasięgiem.

Takie widoki z wieży. Szału nie ma.
I sama wieża. No już mogli się szarpnąć, i zrobić chociaż jedno piętro więcej…

Idziemy też do muzeum pani Marii Reiche – niemieckiej archeolog, która poświęciła swoje życie na badanie linii. Muzeum dotyczy bardziej badaczki, niż samych linii, więc wiele się nie dowiedzieliśmy. Testujemy za to, jak działa autostop w Peru. Okazuje się, że dość dobrze, szybko łapiemy podwózkę do naszego następnego celu.

Ica

Zaraz za miastem mieści się jedyna naturalna oaza w Ameryce Południowej – Huacachina. Raj pośrodku pustyni – można by pomyśleć, oglądając obrazki w Internecie. W rzeczywistości ta mała oaza nie jest taka rajska. Woda nie jest szmaragdowoniebieska, a wokół jeziorka straszą niedokończone budowy i betonowe kloce. Ale otaczające ją wydmy już zdecydowanie są godne uwagi. Można się poczuć jak na Saharze, popatrzeć na oazę i miasto z góry, czy spróbować sandboardingu, czyli zjazdu na desce snowboardowej z piaskowych wydm. Żadne z nas jeździć na snowboardzie nie umie, więc sandboarding odpuściliśmy, ale wdrapywanie się na wydmy i zbieganie z nich (bo piasek parzy) też było spoko.

„Rajska” oaza
Jedna z wydm poszła na spacer do innej dzielnicy 😀
„No róbże szybciej to zdjęcie bo parzy!!!”
Taki odpoczynek nad brzegiem jeziorka. To tu miałam sesję z obcym kolesiem i jego dzieckiem 😀

Gdy siedzieliśmy sobie potem nad jeziorkiem, zaczepił nas chłopak, podając Michałowi swój telefon i mówiąc „foto”. Pomyśleliśmy, że chce, żeby Michał zrobił mu zdjęcie z jego żoną i dzieckiem. Ale nie. „Foto. Con tu mujer” mówi chłopak, a oznacza to „Zdjęcie. Z twoją kobietą”. Po czym bierze dziecko z rąk swojej kobiety, sadza mi na kolanach, dosiada się obok i uśmiechnięty czeka, aż Michał zrobi nam zdjęcie. Nie to, żeby mnie ktoś pytał o zdanie. Trochę nas zatkało i nawet nie zrobiliśmy zdjęcia swoim telefonem, a szkoda.

Paracas

Podobno to takie małe Galapagos. Wybraliśmy się to sprawdzić, ale jakoś się nie ogarnęliśmy i nie przygotowaliśmy, i ostatecznie do rezerwatu Paracas nie dotarliśmy, a to on jest perełką tego miejsca. Wstęp oczywiście ze zorganizowaną wycieczką, wypływa się tylko o 8 i 10 rano. My te godziny przegapiliśmy, ale i tak nie wiemy, czy byśmy się zdecydowali. Trochę sporych wydatków już było w ostatnim czasie… W każdym razie samo miasteczko Paracas nie ma nic szczególnego do zaoferowania, więc jeśli nie planujecie wizyty w rezerwacie, to nie polecamy. Przynajmniej umoczyliśmy palec w Pacyfiku i widzieliśmy pelikany nurkujące na główkę. Też fajnie. Ach, i nocując w Pisco, zaraz obok Paracas, zjedliśmy przepyszne caldo de Gallina (zupę z kury), podawaną tu z jajkiem, limonką, kolendrą i prażoną kukurydzą. Wielka micha w cenie 3 PEN (ok. 3,40 PLN). Nigdzie potem nie spotkaliśmy tak taniego i dobrego caldo.

Pelikany! <3
O to to to! To trzeba zjeść!

Lima

Stolica Peru nie rzuciła nas na kolana. Może to nieciekawa aura – zachmurzenie i absolutnie zero słońca w zimie, plus cowieczorna mżawka uniemożliwiająca nam wysuszenie prania – a może po prostu nie lubimy dużych miast. Albo jedno i drugie.

W Limie jest oczywiście kilka ładnych placów i parków, jak w każdym większym mieście. Ciekawym miejscem do odwiedzenia na pewno są katakumby w Bazylice i Konwencie św. Franciszka, które do 1808 roku służyły za miejsce pochówku. Szacuje się, że złożono tam 25 tysięcy ciał. Bazylika znajduje się niedaleko Plaza de Armas, czyli placu głównego. Jak w każdym mieście, taki plac jest ładny i bardziej zadbany, niż większa część miasta. W Limie natomiast ciekawą sprawą jest, że spacerując lub sobie na nim siedząc, jeśli poświata turysty bije od was na kilometr (czyt. biała twarz i plecak), są duże szanse, że będziecie zaczepiani. Ale bynajmniej nie przez naciągaczy, a przez grupy dzieci i młodzieży. Wiele szkół angielskiego, jako dodatkowe zajęcia, preferuje ćwiczenie „na żywo”, podczas rozmowy. A kto lepiej się do tego nadaje, niż zagraniczny turysta? Dzieciaki mają za zadanie nawiązać rozmowę na różne tematy, zadawać pytania i zanotować odpowiedzi. My dwa razy przystanęliśmy na placu na chwilę i dwa razy nas w ten sposób zaczepiono. Fajna praktyka.

Kościowy design
Taka aura w Limie panuje przez całą zimę. Trochę jak u nas, tylko tam dni są dłuższe

Bardzo nam się podobał plac Parque Kennedy, który na naszej mapie był podpisany jako „Narodowy Rezerwat Porzuconych Kotów”. Na miejscu nie ma żadnych tabliczek z informacjami na ten temat, są za to panowie w kamizelkach „Służba zwierzęca”, no i są koty. Niektóre stronią od towarzystwa, inne same wchodzą na kolana, by zwinąć się w kłębek i zasnąć.

Michał zjadł jeszcze ceviche, czyli sałatkę z surowej ryby marynowanej w cebuli i soku z limonki. Peruwiański przysmak, a podobno w Limie jest najpyszniejsza. Ja ze względu na doświadczenia z owocami morza z Chile jakoś nie miałam ochoty.

I tyle, poza tym szarość, szarość, szarość. Uciekliśmy po 2 dniach.

Tyle puchatości na jednym zdjęciu! <3
I jeszcze ciekawostka z Limy: „W tym lokalu i w całym dystrykcie Miraflores zabroniona jest dyskryminacja”. Ale gdzie indziej, to już można 😀

Huaraz

Drogę do Huaraz pokonaliśmy autostopem. Pierwszy raz po dłuższej przerwie. Na południu Peru zrezygnowaliśmy świadomie, bo podobno, tak jak w Boliwii, nie jest tam najłatwiej. Z Cusco już niby mieliśmy wyciągać kciuk, ale kiedy się potłukłam uznaliśmy, że jeszcze do Limy postawimy na wygodę. Autostop to przygoda, ale nie powiem – niełatwo się przestawić z wygodnego jeżdżenia autobusem, zwłaszcza, gdy bilety są dość tanie. Ale decyzja zapadła. I tak to z Limy do Huaraz dotarliśmy w 2 dni, a pewnie udałoby się w jeden, gdybyśmy tylko wstali rano i pojawili się na wylotówce ciut wcześniej, niż o 15…

Zaliczyliśmy nocleg na „malowniczym” polu przy drodze i następnego dnia sprawnie dotarliśmy na miejsce. Huaraz to nieduże miasto położone w paśmie Kordyliery Białej. Jest popularną bazą wypadową na mnóstwo jednodniowych szlaków, jak i tych dłuższych, w tym Santa Cruz Trek, uchodzący za najpiękniejszy trekking Ameryki Południowej.

My postanowiliśmy na rozgrzewkę wybrać się nad Lagunę Wilcacocha – prosty szlak, bardziej spacer, ale w końcu przez ostatni tydzień przebywaliśmy na poziomie morza, mogliśmy się odzwyczaić od wysokości. Sama laguna nie jest spektakularna, ale pięknie z niej widać całe pasmo Kordyliery Białej. No i jest to darmowy szlak, reszta jest płatna, i to niemało.

Już z głównego placu w Huaraz widać ośnieżone szczyty
A wystarczy wyjść trochę poza miasto (tu widok z laguny Wilcacocha), żeby zobaczyć cały majestat gór.

Następnego dnia o świcie, z plecakami wypakowanymi po brzegi jedzeniem i ciepłymi ubraniami, udajemy się na pięciodniowy trekking – Santa Cruz przedłużony o wyjście nad Lagunę 69 pierwszego dnia. Niestety, nie wszystko poszło po naszej myśli. Już poprzedniego dnia idąc na Lagunę Wilcacocha, mój żołądek przestał się mnie słuchać. Tym razem mój przyjaciel Stoperan nie uratował mi tyłka i drugiego dnia na szlaku, kiedy mieliśmy zaczynać właściwy Santa Cruz, postanowiłam wrócić do Huaraz. Michał skończył trekking sam, i tutaj znajdziecie szczegółową relację. A ja po powrocie do Huaraz odbyłam batalię z miejscowym publicznym szpitalem (nie polecam), by już po niecałych czterech dniach przetrawić pierwszą łyżkę rozgotowanego ryżu 😀 Szkoda było zawracać, ale decyzja była słuszna.

I tym sposobem z Huaraz znowu wyjechaliśmy autobusami. Ciągle byłam słaba, a na diecie ryżowej jakoś nie uśmiechało mi się machać kciukiem przy drodze. Coś to Peru nas odciąga od autostopowania. Naszym następnym celem było coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie widzieliśmy na własne oczy – prawdziwa, amazońska dżungla.

Nasza trasa

Dodaj komentarz