Małe człowieki [Maroko 4/7]

Plan na dziś jest bardzo ambitny. Ruszyć rano z Ouarzazatu, wstąpić do Ait Ben Haddou, i dojechać jeszcze tego dnia do wodospadów w Ouzoud. Autostop jak zwykle nas nie zawodzi – kiedy dochodzimy na rondo, z którego mamy łapać stopa, jeszcze zanim zdążymy położyć plecaki na ziemi i wyciągnąć kciuk, zatrzymuje się pierwszy samochód. Dojeżdżamy do skrzyżowania, gdzie od głównej drogi do fortecy odbija mniejsza dróżka i zostaje nam jeszcze 10km. Po krótkim czasie samochód, który wcześniej przejechał bez zatrzymania zawraca się po nas. Poznajemy 2 Niemki, które też jadą zwiedzać Ait Ben Haddou. Tym sposobem mamy podwózkę pod twierdzę, nie musimy zwiedzać z ciężkimi plecakami, bo mogą zostać w samochodzie i mamy transport powrotny do głównej drogi, którą będziemy potem jechać do Ouzoud. Idealnie.

Kazba (czyli forteca) w rzeczywistości jest mniejsza, niż wydaje się ze zdjęć. Na początku mamy problem ze znalezieniem jej, ale kierując się złotą zasadą podążania za straganami z pamiątkami udaje się nam ją znaleźć.

Pomimo dobrego oznakowania, nie spotkaliśmy Gladiatora :(
Pomimo dobrego oznakowania, nie spotkaliśmy Gladiatora 🙁

Zagadką na dziś staje się też miejsce, z którego są robione wszystkie zdjęcia kazby, jakie można znaleźć w Internecie. Od strony głównego wejścia wygląda zupełnie inaczej. Znajdujemy je odchodząc trochę od głównej drogi, po drugiej stronie rzeki, gdzie jesteśmy świadkami przedsiębiorczości młodych Marokańczyków. Pomagają turystom utrzymać równowagę podczas przechodzenia po kamieniach przez rzekę, oczywiście na koniec wyciągając rękę po zapłatę. Jeżeli otrzymają cukierka lub za mało pieniędzy, głośno wyrażają swoje niezadowolenie.

Ait Ben Haddou
Ait Ben Haddou w całej swojej okazałości

Po wspólnym zwiedzaniu dziewczyny podrzucają nas do głównej drogi, a same jadą w drugą stronę. Wyciągamy kciuk. Kiedy po kilku minutach widzimy nadjeżdżającego czarnego Opla Insignię, Michał mówi: „O ten jest niezły, takim moglibyśmy się przejechać”. Mówisz masz! Auto zatrzymuje się i poznajemy Ahmeda, z którym spędzamy następne 3 godziny. Ahmed jedzie do Agadiru, mógłby nas podwieźć raptem kilkanaście kilometrów, ale postanawia zmienić trasę i pojechać przez Marrakesz, żeby podrzucić nas jak najdalej!  Zobaczcie na mapie, ile kilometrów drogi dla nas nadłożył. Z Ahmedem łapiemy naprawdę fajny, koleżeński kontakt. Dowiadujemy się od niego wielu ciekawostek o Maroko i Islamie, jak np. to, że Marokańczycy uwielbiają swojego króla. Muhammad VI jest dość młodym królem, ale Ahmed mówi, że prowadzi bardzo rozsądną politykę i jest powszechnie darzony szacunkiem. W Maroko wszędzie w hotelach, restauracjach czy po prostu na budynkach można zobaczyć portrety króla. Dodatkowo, dzień urodzin króla jest świętem państwowym. To całkiem ciekawe, że w Polsce sami wybieramy swoją władzę w demokratycznych wyborach, a i tak wiele osób (jeśli nie większość) jest bardzo nie zadowolonych, podczas gdy w Maroko ludziom nie dano wyboru – Muhammad VI odziedziczył władzę po swoim ojcu. A mimo to udało mu się ‚wkupić’ w łaski zdecydowanej większości obywateli. Inną ciekawostką, o czym wcześniej nie wiedziałam, jest to, że w islamie noszenie hidżabu to dla kobiety wybór, a nie obowiązek. Jest to kwestia indywidualna, podyktowana osobistymi religijnymi względami, czy też tradycją. W Maroko można więc spotkać muzułmańskie kobiety ubrane po europejsku i z odsłoniętymi głowami. Maroko jest uważane za najbardziej otwarte i tolerancyjne państwo muzułmańskie na świecie 🙂

Wracając do opowiadania: droga, którą jedziemy prowadzi przez góry i raczy nas takimi widokami:

Droga przez Atlas
Ośnieżone góry w słoneczny dzień. Cudnie!

Po pewnym czasie wspólnej jazdy pada pytanie: „Czy jesteście głodni? Tylko się nie wstydźcie!”. Jesteśmy głodni jak diabli, nie zjedliśmy śniadania (mieliśmy zjeść w Ait Ben Haddou, ale jakoś nie wyszło), jednak nie chcąc nadużywać gościnności odpowiadamy, że tak, ale mamy jedzenie i zjemy jak tylko wysiądziemy z samochodu. „Tu niedaleko jest miejsce, gdzie robią dobry tajine. Zapraszam was na obiad”. I tym sposobem po raz kolejny zostajemy nakarmieni, a ten dobry tajine okazuje się najlepszym, jaki przyszło nam zjeść podczas całego pobytu w Maroko. Jesteśmy tym bardziej szczęśliwi, bo co tu dużo mówić, sami byśmy pewnie takiego tajina nie zjedli. Zwykle szukaliśmy jedzenia w niższym przedziale cenowym… Dodatkowym atutem tego przydrożnego zajazdu jest to, że na miejscu wypieka się tu tradycyjny chleb, który jest dodatkiem do potrawy. Dostajemy od Ahmeda jeszcze jeden taki chleb na dalszą drogę.

Dostajemy świeżo wypiekany chleb!
Dostajemy świeżo wypiekany chleb!

Po 3 godzinach ze smutkiem rozstajemy się z Ahmedem, który jedzie w stronę Agadiru, a my ustawiamy się w kierunku Ouzoud. Często rozmowy z kierowcami są lekko wymuszone, jeśli rozmowa się nie klei wypytujemy o rzeczy dotyczące danego kraju, które i tak już wiemy, lub opowiadamy dużo o nas, naszej podróży, o Polsce, mimo że naturalnie nie jesteśmy aż tak gadatliwi. Tutaj tego problemu nie było. Zupełnie naturalnie i miło spędziliśmy czas jadąc z nim, a jego pomoc była dla nas naprawdę nieoceniona. No i ten tajine 😉 Ale cóż, trzeba jechać dalej. Jesteśmy już po drugiej stronie gór, i tym razem widok mamy taki:

Po drugiej stronie Atlasu
Niezła sielanka, co?

Wiemy, że dziś do samego Ouzoud raczej się nie dostaniemy (droga przez góry była piękna, ale bardzo kręta, przez co pokonanie jej zajęło nam sporo czasu), a już na pewno nie zobaczymy wodospadów za dnia. Naszym celem jest więc dojechać jak najbliżej wodospadów. Łapiemy okazję do Demnate. Kiedy dojeżdżamy na miejsce, zostaje nam około 20 minut do zmroku. Postanawiamy połapać przez 15 minut, a potem iść szukać noclegu. Dosłownie w ostatniej minucie zatrzymuje się auto, jedziemy do Azilal. To już bardzo blisko do wodospadów. Naszego kierowcę roboczo nazwaliśmy Panem Śmieszkiem. Śmieje się dużo, często, i bardzo śmiesznie. Trudno opisać czyjś śmiech, ale wyobraźcie sobie najbardziej niepasujący do dość postawnego pana w marynarce śmiech. Pan Śmieszek właśnie taki miał. Pan Śmieszek znał każdą osobę w okolicy, zatrzymywał się po drodze mnóstwo razy, żeby sobie „pośmieszkować”, nawet z policjantami. Po tej śmiesznej podróży już po ciemku znajdujemy hotel i opracowujemy plan na jutrzejszy Ouzoud. Ależ było śmiesznie!

Droga prowadząca do wodospadów, jest niestety małą dróżką odbijającą od głównej drogi. Kiedy dostajemy się na skrzyżowanie ok. 8 rano, ruch jest znikomy. Musimy skorzystać z taksówki, która dowozi nas pod wodospady. Jesteśmy tam bardzo wcześnie, oprócz nas nie ma wielu turystów.

Ouzoud
Wodospady Ouzoud

Wodospady niestety nie chciały ustawić się ładnie do zdjęcia i wszystkie fotografie, które stamtąd mamy są pod słońce. Ale uwierzcie na słowo, że jest tam przepięknie. Co jednak sprawiło, że mówimy o Ouzoud, jako obowiązkowym punkcie wyprawy do Maroko, to spotkane tam „małe człowieki”. Makaki w Ouzoud w ogóle nie boją się ludzi. Wiedzą, czego chcą i co mogą dostać. Na początku, kiedy zaczęły na nas wskakiwać trochę się ich przestraszyliśmy. Potem jednak urok małych człowieków wygrał ze strachem. No i chęć pochwalenia się genialnymi zdjęciami, rzecz jasna. Dla tych, którzy byli na Gibraltarze małpki pewnie nie są tak dużą atrakcją. My jednak mieliśmy pierwszy raz styczność z makakami, i to tak blisko. Najbardziej urzekło nas, że one naprawdę przypominają małych ludzi w zachowaniu, w ruchach, w mimice. Tylko, że są bardziej puchate. I mogą mieć pchły.

Moglibyśmy tam spędzić cały dzień, takie są super. Ale plan przewiduje jeszcze kilka punktów na dziś, nie ma ociągania. Trzeba jechać dalej.

Jeden z bardzo wielu czasoumilaczy przy wodospadach
Jeden z bardzo wielu czasoumilaczy przy wodospadach

 

Pora karmienia

 

Michał i jego ziomek
Michał i jego ziomek

 

Ludzka małpia dłoń. Ma paznokcie, nie pazury!
Ludzka małpia dłoń. Ma paznokcie, nie pazury!

 

Na koniec jeszcze podrzucam mapkę z trasy z tego wpisu. Do poprzednich też już dodałam mapki, jakby ktoś był ciekawy 🙂

 


O tym, jak nie kupować djellaby i jak mogliśmy utknąć w górskiej wiosce przeczytacie w następnym wpisie [klik].