Piechotą do MACHU PICCHU – SALKANTAY TREK

Do Machu Picchu można się dostać na wiele sposobów. Naszym zdaniem warto się trochę wysilić i pójść okrężną drogą, bo widoki wynagradzają wszelkie trudy, a zwiedzanie ruin inkaskiego miasta jest wtedy wisienką na torcie. Trekking można zrobić z wieloma agencjami, ceny wahają się od 200 nawet do 1000 dolarów (!!!) i wtedy nie martwicie się o nic – idziecie sobie z małym plecaczkiem, konie lub osły niosą wasze bagaże, kucharze wam gotują, a pracownicy agencji rozkładają i składają obozowisko. My oczywiście woleliśmy pójść na własną rękę. Nie tylko ze względów finansowych, ale też jaka jest satysfakcja po ukończeniu takiego marszu samemu!

Dzień 0: Cusco – Mollepata

W przeddzień wyruszenia na trekking jedziemy z Cusco do oddalonej o 100 kilometrów wsi Mollepata. Busiki odjeżdżają z ulicy Avenida Abancay, a dokładnie to stąd: 13°30′56.63″S 71°59′15.51″W (zaznaczone na mapce poniżej). Dostawaliśmy mnóstwo sprzecznych informacji, co do godzin odjazdów. Ostatecznie okazało się, że busy odjeżdżają do ok. 16:00, kiedy się zapełnią. My będąc na miejscu o 15:30 ledwo zmieściliśmy się do ostatniego busa. Radzimy więc najpóźniej o 15:00 pojawić się na miejscu. Podróż trwa 2 godziny i kosztuje 15 soli.

Na miejscu trzeba zapłacić 10 soli za wstęp na szlak (a tak naprawdę za wjazd do Mollepaty), dostaje się bilecik i wpisuje się do zeszytu. Nigdzie więcej bilet nie był sprawdzany.

Nasz nocleg w Mollepacie. Polecamy!

Nocujemy w hosteliku Apu Tilca przy głównym placu u przemiłego pana. Za 2-osobowy pokój płacimy 30 soli. Tu też organizujemy sobie transport do kolejnej wioski – Soraypampa – skąd następnego dnia zaczniemy iść. Znajomy właściciela hostelu wyjeżdża z rana w tamtą stronę i pan dzwoni do niego, by umówić nas na podwózkę. Mamy wyruszyć następnego dnia z placu, między 6:30, a 7:00 rano.

W Mollepacie są małe sklepiki, w których można kupić podstawowe jedzenie na drogę. Większe zapasy lepiej jednak zrobić w Cusco.

Trasa samochodowa z dnia 0: Cusco – Mollepata

Dzień 1: Mollepata – Soraypampa – Jezioro Humantay – przełęcz Salkantay – Huairaspampa; 15 km

Teoretycznie odcinek Mollepata – Soraypampa mógłby być pierwszym dniem trekkingu, jest tam poprowadzony szlak. Ma długość około 25 km, cały czas pod górę. Nasi znajomi go przeszli i mówili, że w porównaniu do późniejszych widoków na szlaku, tu nie było nic specjalnego. Odpuszczamy więc męczący marsz i jedziemy umówionym transportem. Jest trochę zamieszania przed wyruszeniem, ostatecznie wyjeżdżamy ok. 7:40 samochodem kombi, w którym zmieściło się 9 osób (oprócz kierowcy). Przejechanie 24 km po krętej górskiej drodze trwa 1,5 godziny i kosztuje 20 soli od osoby, co udało nam się znegocjować do 15 soli. Najlepszą opcją jest po prostu dobranie się w 4 osoby i pojechanie za 80 soli do Soraypampy taksówką. Dobrze jest wyruszyć odpowiednio wcześnie (o 6:30 na przykład, tak jak nam obiecywano), by być na szlaku zanim dotrą tam wycieczki z Cusco.

Wyruszamy na szlak. My – z pełnym załadunkiem, a wycieczki na lekko

Zostawiamy plecaki za drobną opłatą (ofiara wg uznania) na campingu w Soraypampie i bez obciążenia idziemy nad jezioro Humantay (punkt A na mapce poniżej). Podejście nie jest długie, ani bardzo strome, niemniej jednak na tej wysokości jest dość męczące. Nie udaje nam się dotrzeć tam przed wszystkimi wycieczkami, ale prawdziwy tłum nadciąga nad jezioro, gdy my już z niego schodzimy.

Jezioro Humantay w całej okazałości
Z góry kolory wody są niesamowite

Następny etap to dotarcie do przełęczy Salkantay (punkt B na poniższej mapce, i zdjęcie główne wpisu). Do pokonania jest 730 metrów przewyższenia, co na tej wysokości, z pełnym plecakiem nie jest łatwe. Mimo, że my jesteśmy już nieźle zaaklimatyzowani, na górze bardzo kręci mi się w głowie. Michałowi na szczęście nic nie jest, ale zdecydowanie stwierdzamy, że wcześniejsza aklimatyzacja jest konieczna, żeby przetrwać ten odcinek. W szczególności, jeśli samemu niesie się swoje ciężary.

Na przełęczy można odbić w prawo, i zrobić małą pętelkę do jeziora Salkantaycocha. Podobno wiele wycieczek z agencjami pomija ten odcinek. A szkoda, bo dokładając niewiele drogi można zbliżyć się do majestatycznej góry i podziwiać piękne jezioro, którego ze szlaku nie widać. Jest się też na tyle blisko lodowca, że widać odrywające się jego kawałki. Trasa jest widoczna na OpenStreet Maps (screen poniżej).

Po drodze na przełęcz mijamy sympatyczne koleżanki
Szczęśliwie doczłapałam na górę!
Jezioro Salkantaycocha. No żal byłoby tam nie zajrzeć.

Od tej pory przez najbliższy czas trasa wiedzie w dół. Schodzimy z przełęczy i docieramy do Huairaspampy już po ciemku. Z oddali słyszymy jeszcze potężny grzmot przetaczający się przez dolinę. Niestety, jesteśmy już zbyt daleko, aby zobaczyć odrywający się, olbrzymi kawał lodowca. Rozbijamy namiot na dziko, pomiędzy gospodarstwem (na mapce poniżej zaznaczonym jako „Kiosk”, bo niedaleko znajduje się mały sklepik), a campingiem. Jest tak zimno, że nie byłoby szans skorzystać z prysznica, nie ma więc sensu płacić za rozbicie namiotu na czyimś kawałku trawy. To jest najzimniejsza noc, w jaką przyszło nam spać w namiocie. Nie wiemy, jaka dokładnie była temperatura, ale rano wszystko było zamarznięte (łącznie z wodą w butelce), a my, śpiąc we wszystkim, co mieliśmy i tak nieźle zmarzliśmy (co się dziwić – mamy śpiwory na +8°C…)

Trasa piesza z dnia 1: Soraypampa -Huairaspampa; 15 km

Dzień 2: Huairaspampa – Chaullay – Rio Santa Teresa – Playa – Camping Nan; 27 km

Ze względu na mróz nie udaje nam się wcześnie wstać i sprawnie wyruszyć. Skostniałe palce jakoś tak wolniej pakują rzeczy do plecaka. Zaczynamy iść dopiero ok. 9:30, kiedy słońce pojawia się w dolinie. Momentalnie robi się dużo cieplej, w ciągu pół godziny temperatura wzrasta o około 20 stopni. Zdejmujemy z siebie wszystkie ciepłe warstwy i idziemy w krótkich rękawkach.

Najzimniejszy nocleg w cieniu majestatycznej góry.
Konie też mają niełatwo…

Odcinek do Chaullay to 9 kilometrów, podczas których wytracamy 1100 m wysokości. Droga jest żwirowo-piaszczysta, dość stroma, przez co nieźle męcząca. Dodatkowo na tym odcinku szaleją piaskowe muchy, których ugryzienia okropnie swędzą przez wiele kolejnych dni i powodują ogromne bąble. Radzimy od razu w Huairaspampie wysmarować się porządnym repelentem.

W Chaullay i sąsiadującej Collpapampie można zjeść obiad i zrobić drobne zakupy spożywcze (typu chleb, puszka sardynek czy banany). Stąd można też znacznie skrócić trekking. Podobno jest busik do Santa Teresy, skąd można złapać kolejny do miejscowości Hidroelectrica, gdzie jest się już praktycznie pod Machu Picchu. Nie wiemy, ile te busy kosztują, w jednej z relacji w Internecie czytaliśmy, że niemało – do samej Santa Teresy 30-50 soli. My idziemy dalej szlakiem.

Widok na wąwóz z wioski Chullay

Kolejny odcinek to ścieżka w wąwozie wzdłuż rzeki Santa Teresa, prowadząca do wioski Playa (14 km). Szlak wije się raz w górę raz w dół, ale generalnie na tym odcinku wytraca się kolejne 1060 m wysokości. Po drodze mijamy bardzo dużo klimatycznych campingów (mniej więcej co 3 km), na których można kupić drobne przekąski, czasami zjeść hamburgera lub wypić kawę. Na jednym z nich decydujemy się chwilę odpocząć i wziąć lodowaty prysznic (2 sole), korzystając z tego, że jeszcze świeci słońce.

Szlak wzdłuż wąwozu to w większości przyjemna ścieżka przez las. Naprawdę przyjemna. Nie wiem, czemu na tym zdjęciu marudzę 😛
Po drodze mija się kilka wodospadów, większych i mniejszych. Ten na poniższej mapce zaznaczony jest literką B.
Mieszkańcy wiosek położonych wzdłuż szlaku, aby przedostać się na drugą stronę wąwozu – do przejezdnej drogi – używają tyrolek z wagonikami
Jeden z kempingów na szlaku wzdłuż wąwozu

W Playa też można zrobić drobne zakupy lub złapać transport do Santa Teresy. My idziemy dalej, mijamy wioskę Sahuayaco (kolejna możliwość zakupowo-transportowa), idziemy wzdłuż drogi samochodowej do Santa Teresy, by po kolejnych 4 km odległości i 150 m spadku dotrzeć już po ciemku do Campingu Nan, który jest na początku dalszej części szlaku. Nocleg kosztuje 5 soli za namiot, z zimnym prysznicem (ciepły za dodatkowe 5 soli). Ta noc jest zdecydowanie cieplejsza, nie potrzebujemy już tylu ubrań.

Trasa dnia 2: Huairaspampa – Camping Nan; 27 km

Dzień 3: Camping Nan – mirador Machu Picchu – Hidroelectrica – camping pod Machu Picchu – Aguas Calientes; 24 km

Camping Nan – bardzo przyjemne miejsce

Tym razem udaje nam się wstać wcześniej i już o 8:00 ruszamy. Pierwsza część to pokonanie 810 m przewyższenia na odcinku niecałych 6 km. Dociera się do punktu widokowego (na mapce poniżej pkt A), skąd podziwiać można szczyty po drugiej stronie rzeki, a na jednym z nich majaczy w oddali dawne inkaskie miasto – Machu Picchu. Na tym punkcie widokowym też strasznie dokuczają robale, repelent musi być w pogotowiu. Ok. 600 m za punktem widokowym dociera się do inkaskich ruin LLactapata (nie są spektakularne), a kolejne 700 m dalej do campingu Llactapata Lodge (pkt B), skąd również widok na góry i Machu Picchu jest niesamowity. Żałowaliśmy, że nie zostajemy tam na noc.

Punkt widokowy prezentuje się następująco
No kto nie chciałby mieć takiego widoku z namiotu?

Dalszy odcinek to znowu wytracanie wysokości, do miejscowości Hidroelectrica schodzimy 1030 m przemierzając kolejne niecałe 6 km.

W Hidroelectrice wpisujemy się do zeszytu odwiedzających Machu Picchu i idziemy ścieżką wzdłuż torów prowadzącą do campingu znajdującego się pod samym wejściem do Machu. Praktycznie nie czuć 300 metrów przewyższenia, a dystans do pokonania to 8,6 km. Można przejechać ten odcinek pociągiem, ale taka zabawa kosztuje 40$. Wybór dla nas był oczywisty. Tu camping jest droższy, kosztuje 15 soli za namiot i nie ma opcji ciepłego prysznica (na mapce poniżej zaznaczony jako Mariposario, bo jest tam też motylarnia – oczywiście dodatkowo płatna).

Odcinek wzdłuż torów niestety pokonuje się w tłumie, a przejazd pociągu to nie lada atrakcja.

Rozbijamy się, bierzemy szybki, lodowaty prysznic i jeszcze tego samego dnia idziemy kolejne 4 km (w dwie strony) do Machu Picchu Pueblo, znanego też jako Aguas Calientes. Tam wypłacamy pieniądze (są 2 bankomaty, w tym bezprowizyjny BCP), jemy dwudaniowy obiad na mercado (8 soli) i kupujemy bilety na Machu Picchu oraz przekąski (które tutaj są absurdalnie drogie) na następny dzień.

Obecnie bilety są sprzedawane na 2 tury: od 6:00 do 12:00 i od 12:00 do 17:30. Na każdą turę sprzedawanych jest maksymalnie 2500 biletów. Cena to 152 sole, studenci do 25 roku życia mają 50% zniżki, ale trzeba mieć legitymację z uczelni – nie akceptują kart ISIC i Euro26. My kupujemy bilety na zmianę popołudniową – podobno większe oblężenie jest na porannej, poza tym nie mamy siły wstawać tak wcześnie. Wykończeni doczłapujemy się do namiotu i idziemy spać.

Trasa z dnia 3: Camping Nan – Camping pod wejściem do Machu Picchu; 24 km

Dzień 4: camping – Machu Picchu – Aguas Calientes – camping; 7km

Camping pod wejściem na Machu Picchu. Z tyłu budynku jest wejście do motylarni.

Mniej więcej 300 m od naszego campingu jest dolne wejście do Machu Picchu, gdzie pierwszy raz sprawdzane są bilety. Przechodząc przez most dociera się do schodów prowadzących do głównego wejścia. Przed schodami warto przejść się jeszcze 300 m w prawo, by dojść do muzeum Manuel Chavez Ballon (pkt A na mapce poniżej). Wstęp to kolejne 22 sole. My się nie skusiliśmy, ale w muzeum do wzięcia są darmowe ulotki z mapką Machu Picchu i informacjami o poszczególnych miejscach. Jeśli zwiedza się bez przewodnika, zdecydowanie warto taką mapkę mieć, bo na terenie kompleksu nie ma żadnych tablic informacyjnych.

Mapka kompleksu – super przydatna!

Aby dotrzeć do głównego wejścia można pojechać autobusem z Aguas Calientes za jedyne 24$ w dwie strony lub pójść na piechotę wspomnianymi wcześniej schodami. 1,5 km schodów i 460 m przewyższenia zajęło nam 1,5 godziny. Szliśmy bardzo wolno i zrobiliśmy sobie po drodze 2 postoje, więc generalnie nie powinno to zająć więcej czasu.

Przed głównym wejściem wisi tablica z całą gamą zakazów i gróźb natychmiastowego wyrzucenia z terenu Machu za ich złamanie. Między innymi nie wolno jeść, ale wszyscy to robią. Trzeba po prostu się pilnować, żeby nie robić tego na oczach strażników. A jeśli zachce się komuś siku, to trzeba sikać po krzakach (dobre krzaki są w drodze na Puente Inca, kolega mówił 😉 ). Toalety są na zewnątrz kompleksu i jeżeli się wyjdzie z jego terenu, podobno nie można już wrócić. Ponadto, mimo horrendalnie drogiego biletu wstępu, toaleta jest dodatkowo płatna 2 sole (toalety miejskie czy na dworcach to zwykle wydatek rzędu 0,5 lub 1 sola…)

Przed wejściem kręci się mnóstwo przewodników oferujących swoje usługi. Można dołączyć do tworzącej się grupy lub wziąć przewodnika tylko dla siebie. Nam oferowano oprowadzanie za 160 soli dla nas dwojga lub za 20 soli w grupie, ale musielibyśmy czekać aż taka grupa się uzbiera. Oczywiście zadowoliliśmy się darmową ulotką z muzeum. Na terenie miasta jest mnóstwo grup z przewodnikiem, przez co praktycznie w każdym miejscu, w którym się zatrzymaliśmy akurat ktoś coś opowiadał i można było podsłuchać 😉 Poza tym, zwiedzając na własną rękę nikt nas nie poganiał, nie mówił „6 minut na zdjęcia i idziemy dalej” itd.

Dzikie tłumy przed wejściem na popołudniową zmianę
NICZEGO nie wolno!

Jak już wspomnieliśmy, mieliśmy bilety na popołudniową zmianę, czyli od 12:00. Gotowi czekaliśmy przed wejściem już godzinę wcześniej, ale strażnicy pilnują zegarka i nie da się wejść przed wyznaczoną godziną. Jak się później okazało, spokojnie można było przyjść na 13:00, a nawet 13:30. Na Machu Picchu panuje ruch jednokierunkowy. To znaczy, że zwiedzając miasto nie można się cofnąć do poszczególnych atrakcji. A pierwszym punktem podczas zwiedzania jest słynna platforma widokowa, skąd są wszystkie pocztówki. Wchodząc więc z całym tłumem o 12:00, nie ma szans na zrobienie sobie tam zdjęcia bez czyichś rąk w kadrze czy po prostu swobodnego przemieszczania się. Usiedliśmy sobie na trawce i czekaliśmy, aż wszystkie grupy poganiane przez przewodników przejdą dalej. Trochę luźniej zrobiło się właśnie ok. 13:30.

Zwiedzaliśmy bardzo niespiesznie, a i tak o 16:00 byliśmy już gotowi do wyjścia, czasu jest wystarczająco. Stwierdziliśmy, że jeszcze przez godzinę nacieszymy się Machu Picchu, które o tej porze jest już prawie zupełnie puste. O 17:00 strażnicy już wyganiają turystów, mimo że bilet teoretycznie zezwala na pobyt do 17:30. Wychodząc z kompleksu można wbić sobie (za darmo!) do paszportu pamiątkową pieczątkę.

Dotarliśmy!
Żeby zrobić sobie zdjęcie bez cudzych twarzy lub kończyn, trzeba się grzecznie ustawić w kolejce i poczekać
Około 16 włochatych pracowników kompleksu dba o równe przystrzyżenie trawy
Intensywność tamtej zieleni jest powalająca
W Peru coś ZA DARMO to absolutnie rzadkość. Trzeba korzystać!

Podobno większe oblężenie turystów jest na porannej zmianie, bo wszyscy chcą zobaczyć niesamowity wschód słońca. My liczyliśmy na piękny zachód słońca. Jednak w tamtych dniach nikt nie miał szczęścia – rano padało, a po południu były chmury. Pogody się nie przewidzi.

Schodzimy z Machu Picchu i idziemy jeszcze do Aguas Calientes na kolejny obiad za 8 soli i tym razem krótki spacer po mieście (wcześniej nie mieliśmy siły). W miasteczku są źródła termalne, w których za 20 soli można się zrelaksować po całym dniu. My jednak wybieramy zimny prysznic na campingu.

Aguas Calientes to typowy, drogi, turystyczny kurort
Trasa z dnia 4: z campingu przez muzeum do kompleksu, tym razem tylko 7 km

Dzień 5: camping – Hidroelectrica – Cusco; 8,6km

Ostatni dzień to powrót do Cusco. Wracamy znaną już drogą wzdłuż torów do Hidroelectriki, skąd za 30 soli łapiemy busika do Cusco. Jest ich mnóstwo i odjeżdżają przez cały dzień. Podróż trwa ok. 7 godzin.

A takie pamiątkowe „dzieła” można kupić w Aguas Calientes 😀

Gdybyśmy wtedy wiedzieli to, co wiemy dziś…

Rozłożylibyśmy siły inaczej. Te 66 kilometrów przez pierwsze 3 dni rozłożylibyśmy na 4. Codziennie docieraliśmy na miejsce noclegu późno i byliśmy bardzo zmęczeni. Myślimy, że fajniej byłoby zrobić tak:

Dzień 1: Soraypampa – Huairaspampa; 15 km (bez zmian)

Dzień 2: Huairaspampa – jeden z campingów wzdłuż rzeki Santa Teresa; 17 km

Dzień 3: Wybrany camping – Llactapata Lodge; 16 km

Dzień 4: Llactapata Lodge – camping pod wejściem do Machu Picchu; 13 km

Dzień 5: Zwiedzanie Machu Picchu na poranną zmianę (UWAGA – bilet trzeba kupić z wyprzedzeniem; na 2 dni przed biletów na poranną zmianę już zwykle nie ma) i po południu powrót do Cusco

Czyli w sumie tyle samo dni, ale trochę mniej zmęczenia i nocleg w przepięknym miejscu (między 3, a 4 dniem).

Dodatkowo, jeżeli można przeznaczyć na Salkantay Trek więcej pieniędzy, można go zrobić „na lekko”, czyli bez namiotu, karimat i absolutnie wszystkich ciepłych rzeczy (śpiwory mimo wszystko radzilibyśmy zabrać). We wszystkich wymienionych przez nas miejscach były gospodarstwa oferujące noclegi. Niektóre z campingów wzdłuż wąwozu faktycznie były tylko na namiot, ale mijaliśmy też takie, na których były pokoje do spania. Na magicznym campingu Llactapata Lodge również. Jedynie ten pod dolnym wejściem do Machu Picchu nie miał pokoi, ale to akurat nie problem. 2 kilometry dalej, w Aguas Calientes, hosteli, hoteli i pokoi jest od groma.

Jeszcze kilka fotek ze szlaku:

Na całej trasie mija się mnóstwo jucznych koni. Te są wyjątkowo puchate
W ciągu jednego dnia klimat zmienia się z zimnych, wysokich gór, w wilgotną dżunglę.
Na wielu campingach mijanych po drodze można wypić świeżą kawę z okolicznych upraw
Każdego dnia trekkingu krajobraz się zmienia, ale za każdym razem jest pięknie.
Na tych tarasach kiedyś znajdowały się uprawy – główne źródło pożywienia mieszkańców Machu Picchu. Dzisiaj to tylko pożywka dla lam.
Selfie z żywą kosiarką

I na koniec kilka wskazówek:

  • Cała trasa jest dokładnie oznaczona na OpenStreet Maps, ze wszystkimi campingami, punktami widokowymi itd. My korzystamy z aplikacji z mapami offline bazującymi właśnie na OpenStreet. Mamy Maps.me i OSMand, obie są dobre i dokładne
  • Na campingach prysznice są zimne, a nawet lodowate
  • W górach są strumyki z czystą wodą. My zamierzaliśmy ją przegotowywać, ale omyłkowo raz wypiliśmy całą butelkę strumyczanki bez gotowania i nic nam nie było. Ważne, żeby napełniać wodę z małych strumieni spływających bezpośrednio z gór, przy których żadne konie nie miały szansy się załatwić (a trochę ich tam jest – wszystkie agencje korzystają z ich pomocy). Woda w dużych rzekach na środku doliny może wyglądać na czystą, ale na pewno nie jest zdatna do picia.

Jeżeli wybierasz się samodzielnie na Salkantay Trek i w jakiś sposób skorzystałeś/łaś na naszych doświadczeniach – zostaw komentarz. Będzie nam miło 🙂

 

Dodaj komentarz

Komentarz do “Piechotą do MACHU PICCHU – SALKANTAY TREK”