Jak NIE jeździć autobusem w Boliwii – LA PAZ, COPACABANA

Podobno na ostatnią chwilę można wynegocjować sporą obniżkę cen biletów autobusowych. Michał biega więc po dworcu od stoiska do stoiska (każda firma ma swoje okienko), wszędzie jednak cena to nieugięte 40 BOB (~20 PLN). W końcu jedna firma sprzedaje mu bilety za 30 BOB, i tu powinno było zapalić się nam światełko ostrzegawcze. Skoro tylko oni sprzedają taniej, może coś jest nie tak? Okazało się, że nasz autobus jest dużo mniejszy i starszy, niż pozostałe. Mieliśmy obiecane semi-cama (pół-łóżko), czyli wygodne, odchylane fotele, z przestrzenią na nogi i specjalną podkładką. W naszym autobusie fotel co prawda odchylał się do tyłu, ale ten przed nami był tak blisko, że dosłownie gniótł nas w piszczele. Ryanair przy tym to pięciogwiazdkowy hotel. Do tego wielgachna Boliwijka kopała w moje oparcie, a ta przede mną praktycznie leżała mi na kolanach, na każde moje poruszenie mamrocząc hijo de puta (hiszp. sk…syn). I wisienka na torcie – brak ogrzewania. Udało mi się zasnąć na godzinę, resztę nocy trzęsłam się z zimna i wściekłości, bo oszczędziliśmy na tej podróży całe 5 zł na osobę. Michał zniósł to trochę lepiej, ale i tak do La Paz dotarliśmy zmarznięci, głodni i niewyspani.

Tak wygląda prawdziwa semicama, na której bez problemu można przetrwać noc

Pierwsze wrażenia

Na miejscu przyjmuje nas Pamela, 23-letnia właścicielka firmy IT. Nocujemy w jej biurze, bo nie może przyjąć nas w domu. Jak to się stało, że tak młoda osoba ma swoją firmę? Inspirującą historię Pameli opiszemy w następnym portrecie.

Po ogarnięciu się w biurze idziemy na spacer, który ze względu na doświadczenia z nocy bardzo szybko zamienia się w drzemkę w parku. Po krótkiej regeneracji idziemy na pobliskie wzgórze z punktem widokowym. Za wstęp do małego parku trzeba zapłacić, za skorzystanie z toalety w parku również (i bynajmniej nie jest czysta i zadbana). Jeśli w Boliwii coś może być płatne, to jest. A jeśli nie powinno, to też jest.

Nocleg w biurze. Jak myślicie, jesteśmy na etapie to do, in progress czy done?

Valle de La Luna

Następnego dnia jedziemy do Valle de La Luna, czyli „Doliny Księżycowej”. Faktycznie nie jest doliną, tylko mnóstwem kanionów i iglic. Ciągła erozja gór przez silne wiatry i deszcze w tamtym rejonie stworzyła te gliniane i piaskowcowe formacje. Z jakiegoś powodu Boliwijczycy uznali, że ciekawiej będzie się zwiedzało, jeśli powstawiają tam makiety statków i pojazdów z gwiezdnych wojen. Może dlatego, że mają się komponować z księżycowym krajobrazem. W sumie wygląda to śmiesznie i faktycznie, w jakiś sposób umila zwiedzanie.

Czy lama walczy, czy kumpluje się z AT-AT?
Sokół Millenium zaparkowany
Czy to naturalna formacja skalna?
Tie-Fighter obserwuje dolinę

Najlepsza atrakcja

Podczas kolejnych dni pobytu w La Paz okazuje się, że trud wspinaczki na wzgórze z punktem widokowym, który podjęliśmy pierwszego dnia, był zupełnie zbyteczny. Najlepsze widoki są z komunikacji miejskiej, która tutaj oprócz autobusów i minibusów (trufi) obejmuje kolejkę linową. W ciągu ostatnich 4 lat wybudowano 7 linii, a kolejnych 5 jest w budowie. Dla mieszkańców La Paz, w obrębie którego różnice wysokości wynoszą ponad 600 metrów, to idealne rozwiązanie na szybkie poruszanie się. My wagonikami jeździliśmy po prostu dla rozrywki. Przejazd jedną linią to koszt 3 BOB (~1,5 PLN), a gdy przesiada się do kolejnej linii cena spada do 2 BOB. Można więc poszaleć. Widok na miasto i otaczające je góry jest niesamowity, dla nas to zdecydowanie najlepsza atrakcja. Dopisujemy La Paz do naszych ulubionych miast 🙂

Wjeżdża się tam, na samą górę!
Albo można ludziom zaglądać w okna 😀

Bazar

Tak jak w każdym boliwijskim mieście, obowiązkowo odwiedzamy też bazar. Ten w La Paz jest szczególny, nazywa się Mercado de Las Brujas, czyli „Bazar Czarownic”. Można tam kupić różne amulety lub suszone płody lam wykorzystywane we wspomnianych w poprzednim wpisie rytuałach dla Pachamamy. Myśleliśmy, że trzeba będzie się sporo naszukać, żeby je znaleźć, ale nie. Sprzedają je jak gdyby nigdy nic, zaraz obok stoisk z pamiątkami dla turystów.

Gotowy zestaw do rytuałów
A tu lamy chyba zamiast dzwoneczków nad wejściem…

Cmentarz

Może nie jest to wesoła atrakcja, ale lubimy odwiedzać cmentarze. Ten w La Paz zdecydowanie różni się od tych znanych nam w Polsce. Nie ma nagrobków, są budynki – bloki –  wypełnione podłużnymi skrytkami na trumny ułożonymi piętrowo. Przy każdej skrytce tablica upamiętniająca oraz upominki od rodziny: to, co zmarli lubili najbardziej. W wielu nagrobkach widzieliśmy Coca-Colę, alkohol, słodycze i małe, ruszające się figurki na baterie słoneczne w kształcie kwiatków. Na bocznych ścianach większości z bloków namalowano ciekawe graffiti, które moim zdaniem nie zawsze oddaje powagę tego miejsca.

Klimatyczne cmentarne uliczki
Dary dla zmarłej; tu ulubiony kubek, kieliszek (pewnie wódki) i plastikowy bujający się kwiatuszek
Wymiana trumny
Takie graffiti. Descanso znaczy odpoczynek, ale kolorystyka moim zdaniem średnio trafiona

El Alto

Ostatniego dnia wybieramy się na okresowy targ (czwartki i niedziele) do El Alto (hiszp. wysoki), czyli wysoko położonym mieście w aglomeracji La Paz (w zasadzie nie widać granicy między miastami, łączy je kolejka linowa). Rozpościera się stamtąd jedna z piękniejszych miejskich panoram, jakie widzieliśmy. El Alto to taka trochę favela – biedniejsza okolica, gdzie może być niebezpiecznie. Nie zabieramy więc nic cennego, tylko trochę pieniędzy które w całości wydajemy na jedzenie i pyszne owoce.

Pobyt w La Paz zaliczamy do bardzo udanych. Miasto jest pięknie położone, jeżdżąc kolejką cieszymy się jak dzieci, a w dodatku dzięki noclegom w biurze Pameli, mamy dostęp do drugiego komputera i udaje nam się wieczorami nadrobić dużo zaległości na blogu.

Bazar w El Alto

Copacabana

Nasz ostatni przystanek w Boliwii to Copacabana i podobno przepiękna Isla del Sol, czyli Wyspa Słońca. Droga do Copacabany obejmuje przeprawę promową, gdyż miasto leży na półwyspie na jeziorze Titicaca, a droga lądowa biegnie po peruwiańskiej stronie. Gdy dojeżdżamy do jeziora, kierowca każe nam wysiąść z autobusu i iść do łódek pasażerskich, natomiast pusty autobus załadowuje się na barkę. No, prawie pusty. Niektórzy Boliwijczycy się nie posłuchali i nie wysiedli. My jednak grzecznie wysiadamy od razu ze względu na historię, którą opowiedziała nam Pamela. Dawniej nie kazano ludziom wysiadać, autobus pełen ludzi był transportowany na chybotliwej platformie i czasem dochodziło do wypadków. Kiedyś mama Pameli będąc jeszcze uczennicą, miała zorganizowaną wycieczkę do Copacabany z okazji końca roku szkolnego. Na szczęście zaspała i nie pojechała. Na szczęście, bo właśnie wtedy doszło do wypadku. Platforma z autobusem pełnym uczniów przechyliła się i zamknięty autobus wpadł do jeziora. Na zakończenie roku mama Pameli przyszła jako jedyna z klasy.

Busiki na swojej platformie, ludzie osobno w łódkach

Zachwalana nam przez Gabrielę poznaną w Copiapó wycieczka na Isla del Sol obejmuje przypłynięcie na północną część wyspy, trekking na południowy jej kraniec (ok. 4 godziny) i stamtąd powrót do Copacabany. Niestety, od początku 2017 roku Indianie zamieszkujący północną część są w konflikcie ze swoimi południowymi sąsiadami, wyłączono więc ten obszar z ruchu turystycznego. W zamian za to płynie się na pobliską Isla de La Luna (Wyspa Księżyca), a potem na południe Isla del Sol. W tej drugiej części wycieczki poznajemy miłą rodzinę Poznaniaków (z którymi spędzamy później jeszcze dzień w Cusco), spacerujemy razem i wszyscy zgodnie stwierdzamy – nie ma tam absolutnie nic ciekawego. Gosia, Maja, Remi – jeśli to czytacie, to serdecznie pozdrawiamy! 🙂

Jedyna superancka rzecz na Isla del Sol – LAMA
Paskudniaste hotele na słonecznej wyspie
Zachód słońca nad Copacabaną

Nie polecamy tej wycieczki. Możliwe, że zupełnie inne wrażenia ma się po odwiedzeniu północnej części, która teraz była niedostępna. Ale na nas dużo większe wrażenie zrobił po prostu widok ze wzgórza na zatokę i miasto. Tym mało ciekawym akcentem kończymy naszą przygodę z Boliwią i następnego dnia udajemy się na peruwiańską stronę jeziora Titicaca.

 

Dodaj komentarz