Kutaisi, khinkali, gamardżoba [Gruzja 1/5]

Ten kraj chodził nam po głowach już od jakiegoś czasu. Nasłuchaliśmy się od jednych, drugich i trzecich znajomych jak to jest pięknie, jak bardzo warto tam jechać, jakie jedzenie pyszne, a ceny jakie przystępne. Czy faktycznie tak jest? Czy Gruzini rzeczywiście wyjątkowo stronią od samogłosek? Po odpowiedzi zapraszamy do poniższej relacji.

.Początek

Najtańszą opcją wyjazdu do Gruzji był dla nas lot Wizzairem (ależ zaskoczenie, wiem) z Katowic do Kutaisi i powrotny z Kutaisi do Warszawy. Średnio niewyspani po sobotnim weselu, w niedzielę pakujemy się w pociąg do Katowic. Na miejscu, chcąc już poczuć wakacyjny nastrój, spacerujemy trochę i próbujemy dań różnych kuchni świata, czyli taniego chińczyka i kebaba. Potem spędzamy 1,5h w dwóch miejskich autobusach, którymi dojeżdżamy na lotnisko „w Katowicach”. Wylot jest o 22 czasu polskiego, a lądowanie o 3:40 czasu miejscowego. W Wizzairze próbujemy jakoś się zminiaturyzować, żeby we względnym komforcie podrzemać chociaż chwilę. Kolejne zaskoczenie – daremne to wysiłki. Całe szczęście, lotnisko w Kutaisi okazuje się być naszym absolutnym, bezkonkurencyjnym faworytem, jeżeli chodzi o spanie. Zobaczcie sami:

Na co komu hotel?

Jest tam jedno wielkie siedzisko zamiast rzędów krzesełek przedzielonych poręczami, a za siedziskiem sztuczna trawa na której można się wygodnie rozłożyć i spać z widokiem na gwiazdy. Dodatkowym atutem jest to, że lotnisko jest bardzo małe, ruch jest niewielki i nie budzą nas żadne komunikaty. Śpimy prawie do 8, po czym zbieramy się łapać pierwszego stopa do Gori. Po drodze w dogodne miejsce do łapania przyplątuje się do nas pies, który za nic w świecie nie chce dać się przegonić. Bawi się z nami w ‘Raz dwa trzy baba jaga patrzy’ – kiedy się odwracamy udaje, że stoi w miejscu i za nami nie idzie, ale jakimś cudem odległość między nami jest stała. Odnośnie psów, żebraków i samochodów dostaliśmy cenną wskazówkę w Tbilisi, szkoda, że w zasadzie już pod koniec wycieczki. Psina zostawia nas (a raczej my ją) dopiero, gdy wsiadamy do zatrzymanego samochodu (a kawałek do przejścia mieliśmy).

Pogoda zapowiada się obiecująco

Nasi kierowcy podrzucają nas prawie do samego Gori. Już w pierwszym samochodzie dostajemy przedsmak komunikacyjnej gimnastyki jaka czeka nas na tej wyprawie. Drapiąc się w mózg próbujemy przypomnieć sobie jakieś rosyjskie słowa zasłyszane 4 lata temu na Krymie, lub – w moim przypadku – od mamy. W takich chwilach jednak w głowie siedzi wszystko, co najmniej przydatne, czyli – w naszym przydatku – mnóstwo słów i zwrotów po hiszpańsku. Na szczęście polski i rosyjski są dość podobne i wspomagając się uniwersalnym, międzynarodowym machaniem rękami udaje się jakoś porozumieć. Kolejną rzeczą, która szybko rzuca mi się w oczy (a raczej w uszy) jest różnorodność muzyki, której Gruzini słuchają w samochodach. Zauważyłam to u pierwszego kierowcy, ale też u wielu innych w kolejnych dniach wycieczki. Wszyscy słuchają tam absolutnie wszystkiego. Tradycyjna gruzińska muzyka przeplata się z rosyjskim rapem, dubstepowymi remixami, rockowymi szlagierami czy muzyką popową, która aktualnie jest ‘na topie’. Można chyba powiedzieć, że muzycznie są bardzo otwarci 🙂

Gori samo w  sobie nie jest szczególnie warte uwagi. No chyba, że ktoś lubi kantory (są na każdym rogu) albo jest fanem wodza Stalina, ponieważ tam właśnie się urodził i miasteczko kultywuje pamięć po nim. Główna ulica i plac nazwane są jego imieniem, można też zwiedzić dom, w którym ten się wychował oraz muzeum. Nas jakoś tam nie ciągnęło. Dlaczego więc warto pojechać do Gori? Już pokazuję:

Skalne miasto Uplistsikhe

 

Groty robią wrażenie

Upliscyche to skalne miasto znajdujące się ok 15 km od Gori. Historią sięga aż do IV w. p.n.e., kiedy stanowiło najważniejszy ośrodek cywilizacyjny i religijny wschodniej Gruzji, a także siedzibę ówczesnych władców. Z biegiem lat nieco straciło na znaczeniu, nie obeszło się bez wojen i grabieży, nie ominęło go także trzęsienie ziemi. Dzisiejsze Upliscyche to efekt prac wykopaliskowych z lat 50 XX wieku. Można tam bez problemu dojechać stopem lub marszrutką za szaloną cenę 1 GEL.

Będąc w Gori próbujemy pierwszy raz kuchni Gruzińskiej. Jemy ostri, czyli mięso w sosie pomidorowym, i khinkali – gruzińskie pierożki kształtem przypominające cebulę. Mogą być nadziewane mięsem lub różnymi serami, i sosem. Wszystko jest super pyszne, a za jedzenie dla dwóch osób i 2 piwa w restauracji, do której na początku w ogóle nie chcieliśmy zajrzeć  (wyglądała na zbyt drogą), płacimy ok 30 zł. Wypas, co? Nie mamy za bardzo zdjęć jedzenia. Jakoś mamy w zwyczaju je jeść, kiedy jest gorące i pachnące, a nie fotografować. Ale wujek Google z pewnością pomoże, gdyby ktoś był ciekaw jak to wygląda.

W Gori oprócz kantorów i Stalina jest też na wzgórzu całkiem fajna twierdza. Warto się wdrapać i rzucić okiem na miasto. My napełniwszy brzuchy i rzuciwszy okiem, wracamy do hostelu odsypiać podróż. Plan na jutro – Stepancminda, czyli wioska u podnóży Kazbeku – kaukaskiego pięciotysięcznika.

Rzeka Liachwi

 

O tym, jakie szczęście mieliśmy do autostopa, a jakiego pecha do pogody, przeczytacie w następnym wpisie [klik].

 

Dodaj komentarz