KURYTYBA – czy nadal jesteśmy w Brazylii?

W Kurytybie spotyka nas niesamowite szczęście. Przez łańcuszek znajomych znajomych docieramy do kolegi koleżanki kolegi Oli, który akurat sprzedaje apartament. Ponieważ jest pusty, możemy w nim zamieszkać na tak długo, na ile chcemy <3 (nie dłużej, niż do momentu sprzedaży 🙂 )

Korzystamy z okazji, że mamy luksusowe warunki i urządzamy sobie Śniadanko Wielkanocne. Robimy pisanki i elegancko się ubieramy. Nie udaje nam się co prawda przygotować tradycyjnych, polskich dań, ale ananas, mango i ciasto marchewkowe też spisują się na medal. Dziwnie się czuję w koszuli i długich spodniach. Od dwóch miesięcy ciągle chodzę w koszulkach sportowych i krótkich spodniach.

Elegancko przy śniadanku
Są pisanki!

Miasto wywołuje w nas mieszane uczucia. Z jednej strony dużo w nim wpływu kultury europejskiej. Jest dużo czyściej, niż na północy Brazylii, transport publiczny ma priorytet nad samochodami prywatnymi, a zagęszczenie luksusowych apartamentowców i nawet willi jest imponujące. Z drugiej strony wciąż widzimy mnóstwo narkomanów i bezdomnych śpiących na ulicach, pociągających najtańszą cachacę z półlitrowych butelek za 4 BRL. Zauważyliśmy, że im bogatsze miasto w Brazylii, tym bardziej widoczny jest ten problem.

Przed katedrą

Trochę o architekturze

Okolica, w której mieszkamy należy do najdroższych dzielnic miasta. Da się to zauważyć przez ceny w sklepach, brak jakichkolwiek sensownych cenowo miejsc, gdzie można coś zjeść i mijając na ulicy mieszkańców ubranych w drogie, stylowe ciuchy. W latach 90-tych „nasza” dzielnica przeżyła boom budowlany, a nie obowiązywały wtedy przepisy dotyczące dostępu do światła słonecznego, ani minimalnej powierzchni biologicznie czynnej. Rezultatem jest las wieżowców, których okna dzielą zaledwie 2 metry. Każdy budynek był projektowany niezależnie, więc mamy do czynienia z istnym architektonicznym kalejdoskopem. Na domiar złego, na terenie budynków zazwyczaj nie ma nawet źdźbła trawy, ani pół huśtawki. Natomiast miejsca parkingowe lub garaże podziemne są zawsze. Brazylijczycy kochają samochody, to pewne. Efekt całej tej architektonicznej karuzeli jest w naszej opinii okropny. Na szczęście w końcu wprowadzono przepisy budowlane podobne do naszych i dziś nie buduje się już tak gęsto.

Piękna zabudowa
Zaraz po zrobieniu zdjęcia dom odleciał na balonikach
Zwróćcie uwagę, że między niebieskim, a beżowym wieżowcem jest ściana z oknami!

Po odwiedzeniu Parku Jana Pawła II i polskiego festiwalu, zachodzimy do Muzeum Sztuki zaprojektowane przez Oscara Niemeyera. Był to brazylijski architekt, który zaprojektował wiele niesamowitych budynków nie tylko w Brazylii, ale także na całym świecie. Brał udział w projektowaniu budowanej od zera nowej stolicy – Brasilii. Współpracował m. in. z Le Corbusierem, dożył 105 lat i do końca życia pozostał aktywny zawodowo. Ludzie powszechnie porównują kształt budynku do oka – jednak zamierzenie architekta było inne. Ma ono przypominać drzewo endemiczne dla regionu stanu Parana – araukarię (port. pinheiro). Jest to gatunek sosny, który w miarę wzrostu odrzuca dolne gałęzie. Jego owoce, a w zasadzie pestki (pinhão), można jeść po ugotowaniu w słonej wodzie. Wzdłuż dróg stanowych ustawia się wielu sprzedawców i dzięki uprzejmości jednego z kierowców mamy okazję ich spróbować. Jednak ich smak nie powala nas na kolana – jest zbliżony do ziemniaka.

Muzeum Sztuki w Kurytybie
Araukaria i jej owoco-pestki – pinhão
Niteroi Museu de Arte Contemporanea 2005-03-15.jpg
Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Niteroi CC BY-SA 3.0, Link
Brazil.Brasilia.01.jpg
Katedra w Brasilii by Victor Soares/ABr. – Agência Brasil, CC BY 3.0 br, Link

Innowacyjne miasto

W latach 70-tych burmistrz Kurytyby postawił na zrównoważony rozwój miasta. Rozwiązania były dość rewolucyjne, jak na tamte czasy. Segregacja odpadów, priorytet dla transportu publicznego, ogólny plan zagospodarowania przestrzennego oraz dużo zieleni. Dzięki temu Kurytyba nie zmaga się z tak dużymi korkami, jak inne brazylijskie miasta, ulice przecinają się pod kątem prostym tworząc kwartały, a spacerując co chwila trafia się na jakiś park.

Wprowadzono także system zwany Bus Rapid Transit. Składa się na niego sieć buspasów, które nieraz zajmują większą część ulic, pozostawiając dla samochodów indywidualnych pojedyncze pasy ruchu usiane progami zwalniającymi. Do dwuprzegubowych autobusów mających 24 metry długości wsiada się na charakterystycznych przystankach – tubach. Skutecznie chronią one pasażerów przed deszczem i wiatrem. Co dla nas w Europie jest normalne, tutaj jest rewolucją – gdy wysiądzie się w tubie, można przesiąść się do następnego autobusu na tym samym przystanku bez kupowania kolejnego biletu. Wcześniej wiele razy długo kombinowaliśmy, szukając takiej trasy, aby zminimalizować dystans na piechotę i dotrzeć z jednego końca miasta na drugi jednym autobusem. Niestety, przesiadanie się możliwe jest tylko pomiędzy dwuprzegubowcami. Reszta autobusów funkcjonuje tak, jak w pozostałych miastach Brazylii, gdzie dostępne są tylko przejazdy jednorazowe. Nie mylcie ich z biletami jednorazowymi – nie dostajemy żadnego potwierdzenia przejazdu, nie ma kontrolerów, a w każdym autobusie oprócz kierowcy jest osoba pobierająca opłatę za przejazd i zwalniająca blokadę strasznie niewygodnej bramki, przez którą trzeba przejść po wejściu tylko przednimi drzwiami. Jest to wybitnie niewygodne, gdyż znacznie spowalnia wsiadanie ludzi do autobusu. Gdy wszyscy pasażerowie wsiądą, kierowca rusza z impetem nie czekając, aż wszyscy zapłacą i przejdą przez bramkę. Dla nas skutkowało to często tym, że z wielkimi plecakami obijaliśmy się z jednej strony pojazdu na drugą, próbując znaleźć drobne w portfelu.

Przystanki-tuby nie ograniczyły jednak zatrudnienia u miejskiego przewoźnika. Na każdym przystanku siedzi jedna lub dwie osoby, która pobiera opłaty za wejście do tuby. Daje to kilkaset osób zatrudnionych po to, aby siedziały cały dzień w tubie i pobierały opłaty za bilety. Wydaje nam się, że system funkcjonujący w Warszawie jest jednak trochę bardziej efektywny – zarówno jeśli chodzi o oszczędność czasu, jak i rentowność.

Dwuprzegubowiec przy tubie
Na środku – buspasy, po bokach – wąskie pasy dla samochodów

Mieszanka narodowości

W Kurytybie i całym stanie Parana mieszka bardzo dużo potomków europejskich imigrantów – m. in. Polaków, Niemców, Włochów, Ukraińców. Dzięki temu możemy zjeść dania z najróżniejszych kuchni, co chwila mijamy plac imienia jakiegoś kraju, a na ulicy mijamy wielu rudych i blondynów. Największa fala imigracji w tutejsze rejony miała miejsce w II połowie XIX wieku. Długo się zastanawialiśmy, dlaczego akurat wtedy i akurat tutaj przyjechało tylu Europejczyków. Wytłumaczył nam to przy piwie w niemieckiej knajpie kolega koleżanki kolegi Oli, w którego mieszkaniu mieszkaliśmy. Otóż po zniesieniu niewolnictwa w Brazylii, władze stanęły przed sytuacją, kiedy w kraju była garstka wykształconych, białych ludzi i wielokrotnie więcej czarnych, którzy jeszcze przed chwilą byli niewolnikami. Katastrofa była nieunikniona, dlatego grupa trzymająca władzę wyszła z międzynarodową kampanią, w której zapraszali Europejczyków do Brazylii, kusząc tanią ziemią, nieskończonymi możliwościami i przedstawiając kraj, jako krainę mlekiem i miodem płynącą. Ludzie skuszeni takim obrazem przybywali do Nowego, Wspaniałego Świata przepełnionymi statkami. Podróż była bardzo długa i ciężka, a przybyszami byli zazwyczaj prości chłopi. Ponieważ w swoich krajach mieli bardzo niewiele, perspektywa otrzymania hektarów ziemi w Brazylii była nader kusząca. Na miejscu czekała ich niespodzianka – owszem, czekały na nich hektary, ale nie ziemi uprawnej, tylko gęstej dżungli. Musieli włożyć wiele pracy, aby ziemia, którą otrzymali zaczęła przynosić plony i pierwsze lata w nowym domu spędzali w spartańskich warunkach.

EDIT: Nasz kolega, historyk Filip, specjalizujący się w migracjach doprecyzował całe zjawisko 🙂

Z tą emigracją spowodowaną zniesieniem niewolnictwa to nie do końca prawda. Głównym powodem działań rządu Brazylii były spory terytorialne z Paragwajem i fakt, że te tereny były ziemią niczyją, bo nie było tu gospodarki, więc łatwo było sąsiadom twierdzić, że Brazylia nie ma tam praw. Jak zasiedlili je imigrantami to i sprzyjało to bogaceniu się państwa, i rozwiązywało kwestie sporów granicznych. A niewolnictwo w praktyce funkcjonowało do lat 20-tych, 30-tych, tylko formalnie było zniesione, więc w XIX wieku to nie był raczej problem.

W sumie to jest fajnie

Podsumowując, Kurytyba przypomina gwarne, europejskie miasto. Próżno w niej szukać kolonialnych kamieniczek, czy niesamowitych zabytków. Ma za to inne atuty – zadbane deptaki w centrum, parę ładnych kościołów, mnóstwo parków, gdzie wylegiwaliśmy się popołudniami nieotoczeni śmieciami lub psimi odchodami. W jednym parku jest nawet zoo. Czuliśmy się też tam znacznie bezpieczniej, niż w Rio czy Salvadorze – pijani bezdomni raczej nie są zbyt szybcy i zdolni do kradzieży. Kurytyba może nie robi piorunującego wrażenia, jednak nam będzie kojarzyć się przede wszystkim z polskim festiwalem, który był dla nas nie lada ciekawostką i wyśmienitym odpoczynkiem. Dzięki uprzejmości Andre, mając do dyspozycji mieszkanie tylko dla siebie, mogliśmy w końcu trochę zwolnić, i spędzić kilka dni „normalnie” – nie biegając i zwiedzając jak szaleni.

Andre, Nohane – jeszcze raz ogromnie dziękujemy za całą pomoc! Dzięki Wam pobyt w Kurytybie będziemy baaardzo miło wspominać 🙂

Kierunek – wodospady

Bardzo dobrze nam we własnym apartamencie, ale czas ruszyć dalej w drogę. Dość sprawnie docieramy do miasta na granicy trzech państw – Foz do Iguaçu. Cel – zobaczyć drugą największą na świecie zaporę wodną i cud natury – wodospady na rzece Iguaçu.