Góra, która zjada ludzi. Kopalnie w POTOSI

Panuje kompletna ciemność. Pomimo masek na twarz, pył wypełnia całe drogi oddechowe. Jedyne dźwięki to słowa Antonia w języku quechua, w których przekazuje bogowi podziemi prośbę o nasze bezpieczeństwo. W oddali słychać ciche stukanie dłuta lub kilofa. Gdybyśmy zostali sami, nie mielibyśmy najmniejszej szansy na wydostanie się z plątaniny ciasnych korytarzy…

Trochę historii

Góra Cerro Rico (Bogata Góra) została odkryta w 1545 roku przez Diego de Huallpa, członka plemienia Quechua poszukującego dla Hiszpanów złóż srebra. W tym samym roku założono miasto Potosi i szybko rozpoczęto eksploatację. Okazały się tak bogate, że pod koniec XVI wieku 60% światowego wydobycia miało miejsce w Potosi. Mówiono, że cała góra zrobiona jest ze srebra, a o bogactwie miasta powstały legendy (m. in. w powieści Don Kichot było opisane jako miejsce niezmierzonego bogactwa). Ogromne ilości srebra transportowane były do Hiszpanii dwoma drogami. Pierwsza z nich wiodła z Potosi do Sucre, a dalej drogą wodną do Buenos Aires przez Rio de La Plata (Srebrna Rzeka). Druga, Camino Real (hiszp. Królewski Szlak), prowadziła do Cuzco (Peru), następnie do Limy, później do Panamy drogą morską, następnie na panamskie wybrzeże Atlantyku i potem na Kubę. Tam gromadzono srebro wydobyte przez Hiszpanów w obu Amerykach i 2 razy do roku wielki transport wyruszał do Hiszpanii. Bogactwa wywiezione z Potosi były jednym z ważniejszych czynników, które pozwoliły zbudować i utrzymać hiszpańską potęgę w erze kolonializmu.

Złowieszcze Cerro Rico

Hiszpanie eksploatowali nie tylko złoża cennego surowca. Do pracy w kopalniach okrutnie wykorzystywali miejscową ludność. Warunki, jakie panowały pod ziemią były wyjątkowo trudne – wysokie zapylenie, a także wysokie stężenie trujących gazów. Wypadki i zawały miały miejsce bardzo często. Przerażające jest to, że trujące gazy w równej mierze wydobywały się ze złóż jak i z… rozkładających się ludzkich ciał, których nikt spod ziemi nie wynosił. Po 60 latach funkcjonowania kopalni zaczęło brakować w okolicy Indian, których można by zmusić do pracy. W 1608 roku zaczęto więc sprowadzać niewolników z Afryki, których przez kopalnie w Cerro Rico przetoczyło się w sumie około 30.000. Badacze szacują, że do 1800 roku życie straciło tu około 4.000.000 ludzi. Dlatego góra zyskała niechlubną nazwę „El Cerro Que Come Hombres” (hiszp. góra, która zjada ludzi).

Na początku XIX wieku wyczerpały się złoża zawierające wysoką zawartość srebra, przez co wydobycie przestało być tak opłacalne. Przerzucono się na inne, mniej dochodowe minerały, takie jak cyna i ołów. Był to początek regresu ekonomicznego miasta, który trwał aż do 1985 roku, kiedy to zamknięto państwowe kopalnie w Potosi. Powstał dość duży problem, gdyż przy wydobyciu pracowało około 15.000 osób ze 170.000 zamieszkujących miasto. Spowodowało to powstanie związków górniczych i przejęcie przez nich istniejących kopalń.

Teraźniejszość

Obecnie istnieje w Potosi około 40 tzw. kooperatyw górniczych. Każda z nich ma dostęp do własnej części tuneli, które sięgają od szczytu na wysokości 4.782 m n.p.m. aż na głębokość 1.150 m n.p.m., czyli ponad 3,5 km w głąb ziemi. Góra jest tak poszatkowana tunelami, że każdego roku jej szczyt osiada o kilka centymetrów. W 2011 roku zapadł się tak gwałtownie, że powstał wielki lej. Aby zapobiec katastrofie, ustabilizowano go lekkim betonem, jednak wciąż góra pozostaje niestabilna.

Kooperatywa jest rodzajem nieformalnej spółdzielni, w której członkowie wspólnie kupują maszyny, sprzęt oraz zarządzają wspólnie swoim mieniem. Oznacza to, że nie mają wsparcia państwa, ani inwestorów. W rezultacie, często nie ma pieniędzy na zaawansowany sprzęt górniczy, inwestycje, albo chociażby podstawowe środki bezpieczeństwa.

Gdy państwowe przedsiębiorstwa po zakończeniu wydobycia zabrały swój sprzęt, kopalnie zostały w stanie jak z XIX wieku. I w takich warunkach górnicy pracują tam do dziś. Prawie nikt nie stosuje masek, urobek odspaja się dynamitem lub ręcznie – dłutem lub kilofem. Transport odbywa się taczkami lub wagonikami rodem z Indiana Jonesa. Do takiego wagonika wchodzi około 1 tony urobku, a na powierzchnię wypychany jest oczywiście ręcznie, przez 2 osoby.

Wyprawa pod ziemię

Postanawiamy zobaczyć na własne oczy, jak wygląda codzienna praca 10% mieszkańców miasta. O 9 rano, zdyszani po morderczym podejściu do centrum miasta znajdującego się 200 metrów wyżej, niż nasz hostel, stawiamy się w agencji. Kręci nam się w głowach, gdyż łapczywie łapiąc rozrzedzone powietrze wdychamy również chmury czarnych, śmierdzących spalin wyrzucanych przez miejskie autobusy. Niestety, o wstrzymaniu oddechu na czas przejazdu śmierdziucha nie ma mowy.

Do grupy dołączają jeszcze 3 osoby i ostatecznie idziemy w konfiguracji 3 osoby w podgrupie po angielsku i 2 w podgrupie po hiszpańsku. Naszym przewodnikiem zostaje Antonio. W wieku 7 lat jego tata nauczył go, jak posługiwać się dynamitem, a w wieku 13 lat zaczął pracować w kopalni. Po 5 latach pracy, umiera jego ojciec, mając 40 lat. W tym momencie Antonio stwierdził, że nigdy więcej nie zejdzie pod ziemię jako górnik. Gdy Boliwia otworzyła się na turystów, nauczył się angielskiego i zaczął pracować jako przewodnik, głównie prowadząc wycieczki po kopalni.

Wsiadamy do ciasnego VANa i równie ciasnymi uliczkami przeciskamy się do naszego pierwszego przystanku, gdzie ubieramy się w stroje ochronne. Dostajemy spodnie, kurtki, kaski, lampki, maski na twarz, plecaki i po butelce wody.

Gotowi do zejścia pod ziemię

Następny przystanek robimy na bazarze dla górników. Zaopatrują się oni tam w niezbędny sprzęt, napoje, papierosy, 96% alkohol oraz liście koki. Dzięki żuciu tych ostatnich mogą pozostać w tunelach całą zmianę. Liście działają pobudzająco oraz hamują poczucie głodu. Pod ziemią nie można nic jeść, gdyż jedzenie bardzo szybko absorbuje pył oraz szkodliwe substancje zawarte w powietrzu. Poza tym, w kopalni zabronione jest robienie „dwójki”. Odchody podczas rozkładania się produkują szkodliwe gazy, których i tak jest już wystarczająco. Antonio pokazuje nam jak odpala się laskę dynamitu („bez fajerwerków” 😉 ), który również można tam kupić. I kupić go może każdy, za całe 20 BOB, czyli około 10 PLN. Zaopatrujemy się w prezenty dla górników (napój, liście koki, ciastka), które zwyczajowo każdy turysta przynosi do kopalni i ruszamy prosto w stronę Cerro Rico.

Uczymy się obsługi dynamitu
Z laską

Po wizycie na punkcie widokowym wchodzimy w czarną otchłań, rozświetloną tylko nikłym światłem latarki na kasku. Na wejściu widać ślady ochlapania jakąś czarną substancją. Na początku myślimy, że to smoła, jednak potem dowiadujemy się, że to… krew lamy. Co roku członkowie kooperatywy, do której należy dana kopalnia rytualnie zabijają lamę i ochlapują wejście jej krwią. Jest ciasno, stromo, a podłoże jest śliskie i zapylone. Jeden zły krok i można zjechać kilkanaście metrów w dół, obijając się o kamienie i zbierając po drodze swych towarzyszy.

Wejście do kopalni ochlapane krwią lamy

Antonio, przyzwyczajony do wysokości i warunków panujących pod ziemią narzuca takie tempo, że ledwo nadążamy (a niby miałem 3:26 w maratonie… / Michał). Zdyszani zatrzymujemy się pod figurką boga podziemi, El Tio (hiszp. wujek). Górnicy wierzą, że władza chrześcijańskiego Boga kończy się na wejściu pod ziemię. Poniżej króluje Diabeł. Aby móc bezpiecznie pracować, część królestwa Diabła oddali pod opiekę bożkowi El Tio. W każdej kopalni jest kilka jego figur, a jego obraz czasem podobny jest do obrazu Diabła. Górnicy składają mu ofiary w postaci liści koki, wkładają papierosa w usta i polewają napojami i alkoholem. Proszą go o opiekę, bezpieczeństwo i urodzajność (której symbolem jest potężny penis, który dumnie sterczy z każdej figury) i wierzą, że póki El Tio będzie zadowolony z darów, dotąd otaczać ich będzie opieką. W rzeczywistości imię boga El Tio wywodzi się od El Dio (hiszp. bóg), gdyż Indianie Quechua nie mieli w swoim alfabecie głoski „d” i nazwanie boga podziemi wujkiem jest tego efektem.

Jeden z wielu El Tio

Po odprawieniu przez Antonia rytuału, w którym prosił El Tio o bezpieczeństwo dla nas, zagłębiamy się w tunele. Mija nas para górników, pchająca pod górę wagonik z ładunkiem tony urobku. Z wdzięcznością dorzucają sobie jeszcze napój od nas. Podążając torami w głąb góry czujemy, że powietrze staje się coraz cięższe. Dzięki odpowiedniej konstrukcji tuneli, występuje naturalny przepływ powietrza. Nie ma żadnych mechanicznych nawiewów. Jedyne rury to te ze sprężonym powietrzem, prowadzące do nielicznych maszyn. Rury te to jednocześnie jedyna rzecz, która może nas wyprowadzić na powierzchnię lub… zaprowadzić na samo dno kopalni. Ta, którą zwiedzamy ma ponad 40 poziomów w dół, a powrót z samego dna zajmuje wprawnym górnikom ponad godzinę.

Zabezpieczenia, które mijamy budzą nasze wątpliwości. Zazwyczaj są to powyginane, drewniane słupy lub belki. Dochodzimy też do miejsca, gdzie zabezpieczenie stropu pochodzi z XVI wieku. Są to kamienie ułożone w łuk, podobnie jak w ceglanym nadprożu. Gdyby jeden uległ zniszczeniu od panujących naprężeń, cały strop by się zawalił.

Idziemy dalej i dalej, Antonio idzie swoim tempem i czasem serce podchodzi nam do gardła, gdy znika za rogiem, a my nie możemy nadążyć. Z ulgą przyjmujemy wiadomość, że robimy przerwę przy kolejnej figurce El Tio. Dołącza do nas dwóch górników, jednak z ich rozmowy z Antoniem nie rozumiemy ani słowa – niektórzy mówią tylko w języku quechua.

Następnie, po przeciśnięciu się przez otwór niewiele większy od nas dochodzimy do żyły srebra. Drogocenny metal błyszczy się w świetle latarek, jednak nie może być wydobyty. Znajdujemy się w bardzo niestabilnej części kopalni i każde naruszenie ściany może spowodować zawał. Antonio kategorycznie zabrania nam czegokolwiek dotykać.

Kolejnym przystankiem jest największa figura El Tio w całym Cerro Rico. Jednak dotrzeć tam nie jest łatwo. Musimy, czołgając się wśród osuwających się kamieni, wspiąć się po prawie pionowej ścianie korytarzem, gdzie ledwo jest miejsce na obrócenie się. Nawet nie mając klaustrofobii można poczuć się dość niepewnie. W końcu, zdyszani i spoceni, docieramy do celu. Gasimy latarki, panuje kompletna ciemność. Antonio odprawia rytuał w języku quechua, wsadza papierosa w usta El Tio oraz polewa go piwem. Jesteśmy bezpieczni.

Największy El Tio

Nareszcie, po 1,5h spędzonych pod ziemią kierujemy się w stronę wyjścia. Bez Antonia, nigdy byśmy nie trafili. Mijamy dziesiątki odnóg, odchodzących w prawo, w lewo, w górę i w dół, groty wysokie na kilkanaście metrów i tunele, gdzie musimy iść w kucki lub na czworaka. W końcu, po ostatnich kilkunastu metrach wspinaczki, kiedy robiąc 3 kroki w górę osuwaliśmy się 1 w dół, widzimy dosłownie światełko w tunelu. Światło razi niemiłosiernie, a my kładziemy się na ziemi, łapczywie wciągając świeże powietrze. Jak dobrze być z powrotem na powierzchni. Aż przechodzą nas dreszcze, że górnicy, których spotkaliśmy na dole, zostaną tam jeszcze przez kilka godzin. A potem wrócą tam następnego dnia. I następnego. I tak przez kilkanaście lat.

Dopiero po wyjściu z kopalni Antonio mówi nam o wypadkach. Miesięcznie we wszystkich 40 kopalniach ginie tu w wypadkach 3-4 górników. Jednak te niebezpieczne części znajdują się setki metrów poniżej tych, do których zachodzą wycieczki. Co nie oznacza, że nie ma ofiar wśród turystów. W zeszłym roku turystka zeszła na zawał, spowodowany prawdopodobnie kombinacją ciężkich warunków panujących w kopalni i wpływem wysokości, a kilkanaście lat temu pewien Azjata robiąc zdjęcia nie zauważył dołu, głębokiego na kilkanaście metrów.

Po chwili odpoczynku kierujemy się do ostatniego punktu wycieczki – rafinerii. Po drodze do auta mijam kobietę, która sprząta okolice wejścia do kopalni. Pyta mnie, czy mam dla niej napój. Niestety, wszystkie zostały rozdane pod ziemią, na szczęście została mi butelka wody. Wypija ją prawie duszkiem. Prezenty dla górników nie są po prostu sposobem na wyciągnięcie większej kasy od turystów, ale na prawdę są wsparciem dla ciężko pracujących ludzi. Ich dzienne zarobki wynoszą około 150 BOB (75 PLN). Pod ziemią pracują tylko mężczyźni, kobiety nie mają wstępu do kopalni. Nie oznacza to, że nie pracują w kooperatywach. Dbają o teren wokół kopalni, konserwują sprzęt, przygotowują jedzenie dla górników wychodzących spod ziemi. Większość z nich to wdowy po tragicznie zmarłych górnikach, którym kooperatywy pomagają, oferując pracę około kopalni.

Rafineria

Mijając po drodze dziesiątki skupów minerałów, dojeżdżamy do rafinerii należącej do „naszej” kooperatywy. Tutaj oddzielana jest ruda od urobku. Wchodzimy do hali z ogromnymi maszynami, panuje straszny hałas, a w nozdrza wdziera się silny odór chemikaliów. Proces oddzielania rudy jest tu dość prymitywny, obejmuje np. odparowywanie toksycznych gazów do atmosfery poprzez składowanie rudy w otwartych pojemnikach. Produktem końcowym jest substancja błotopodobna zawierająca około 20% srebra. Dalej transportowana jest to Chile lub Peru, ponieważ Boliwia nie posiada zakładów odpowiednio zaawansowanych technicznie, aby mogły przeprowadzić dalsze oczyszczanie surowca.

Tutaj oddajemy ostatnią część naszych paczek pracownikom rafinerii. Dowiadujemy się także szokującej rzeczy. Ponieważ tereny wokół rafinerii należą do najtańszych w mieście, wielu górników mieszka tu wraz z rodzinami. Powstały tu także szkoły, przedszkola i boiska. Każdego dnia dzieci z tych ośrodków wdychają trujące opary będące produktem ubocznym oddzielania rudy srebra. Wśród mieszkańców tej dzielnicy zachorowalność na raka płuc i żołądka jest znacząco wyższa, niż w innych rejonach miasta.

Tu odbywa się ekstrakcja srebra
Tak wygląda produkt końcowy, gotowy do eksportu

Już po wszystkim

Po zobaczeniu rafinerii i procesu pozyskiwania rudy, zrzucając po drodze stroje ochronne, wracamy do centrum. Jesteśmy głęboko poruszeni tym, co przed chwilą zobaczyliśmy. Każdy górnik pracujący w Cerro Rico odpowiada, że nie lubi pracy w kopalni, ale mało który potrafi z niej zrezygnować. Zarobki są 2 razy wyższe, niż w innych zawodach w Potosi, a często tylko dzięki temu, że tata pracuje w kopalni, jego dzieci mogą iść do szkoły. Dzięki temu będą miały szansę na znalezienie innej pracy i przeżycie więcej, niż 40 lat.

Relacja video z wyprawy pod ziemię

Zapraszamy do obejrzenia filmiku, w niedużym stopniu pokazującego, jak było pod ziemią.

Wskazówki i informacje praktyczne

Zwiedzanie kopalni w Potosi to rzecz, którą niewątpliwie zapamiętacie do końca życia. Poniżej zamieszczamy informacje, które przydadzą się przed wizytą w kopalni.

  • Wycieczka do kopalni to przeżycie ekstremalne, o wysokim ryzyku. Po pierwsze, kopalnie są położone na wysokości ponad 4000 m n.p.m., na której niektórzy już dość wyraźnie mogą odczuwać symptomy choroby wysokościowej, a wszyscy męczą się dużo szybciej. Na prawdę, już samo wejście na półpiętro potrafi sprawić, że potrzebujemy chwili przerwy, a jednoczesne podchodzenie pod górę i rozmawianie jest prawie niemożliwe. Wchodzi się na własną odpowiedzialność, tunele nie są przygotowane pod turystów. W środku nie ma żadnych zabezpieczeń. Przechodziliśmy koło otworów mających ponad 100 metrów głębokości, wczołgiwaliśmy się po prawie pionowej ścianie, wśród osuwających się kamieni i przeciskaliśmy się przez otwory niewiele większe od nas. Większość czasu trzeba iść schylonym, wiele razy kaski uratowały nasze głowy, a wszystko oświetlone jest tylko nikłym światłem latarki na głowie. Wentylacja odbywa się tylko dzięki naturalnemu przepływowi powietrza. Zabezpieczenia konstrukcji w niektórych miejscach pochodzą jeszcze z XVI wieku, a wiele drewnianych podparć stropów budziło nasze wątpliwości. Podsumowując: wycieczka jest TYLKO dla osób nie otyłych, o dobrej kondycji fizycznej, niemających klaustrofobii i niebojących się ciemności. Zdrowe kolana też są pożądaną cechą.
  • Warto iść na wycieczkę, gdzie przewodnikiem jest były górnik. Taka osoba ma dużo większą wiedzę, jak wygląda praca pod ziemią, zna ludzi, których mijamy w ciasnych korytarzach oraz zabierze nas do prawdziwej, czynnej kopalni (podobno jest jedna kopalnia, której fragment przygotowany jest pod turystów)
  • Standardowa cena w czerwcu 2018 to 120 BOB i jest to cena uczciwa, której nie powinniśmy próbować targować. My poszliśmy na wycieczkę z agencją Potochij Tours i w 100% ją polecamy. Co odróżnia tę agencję od innej, w której dowiadywaliśmy się o zwiedzanie to to, że oprócz samej kopalni zwiedziliśmy też rafinerię, gdzie pozyskuje się minerały z rudy oraz dostaliśmy butelki wody i maski na twarz. Wycieczki prowadzone są w języku hiszpańskim i angielskim, w zależności od potrzeb uczestników. Jest dwóch przewodników (byłych górników) oraz pani zarządzająca biurem. Wszyscy są osobami bardzo pomocnymi, miłymi i otwartymi. Spędziliśmy z nimi dodatkowo wieczór na targu z potrawami regionalnymi, ale już jako znajomi, a nie klienci 🙂
  • Każda agencja oferuje stroje ochronne i ekwipunek: kurtkę, spodnie, kalosze, kask i lampkę. Polecamy jednak założyć najgorsze ubrania, bo pomimo odzieży ochronnej zawsze coś się ubrudzi. Pod ziemią jest pełno pyłu na ziemi i w powietrzu.
  • Nie bierzcie ze sobą aparatu, ponieważ cały będzie w pyle lub uderzycie nim o skały czołgając się lub przeciskając się przez ciasne przesmyki. Telefon w zasuwanej kieszeni jest ok, GoPro w obudowie wodoodpornej też.
  • Pod ziemią bywa i zimno i ciepło, ubierzcie się w bluzę i kurtkę.
  • Dobrym zwyczajem jest zabieranie prezentów dla górników. Podczas pierwszego etapu wycieczki przechodzi się przez bazar dla górników, gdzie sprzedawczynie przygotowują specjalne paczki: 2l napoju, torba liści koki, ciastka; jedna paczka to koszt 15 BOB. Prezenty nie są obowiązkowe, ale gdy zobaczycie, w jakich warunkach pracują górnicy, nie zawahacie się oddać nawet swojej ostatniej butelki wody.

Dodaj komentarz