Katastrofa lotnicza [Gruzja 4/5]

Dzień drugi w Tbilisi zaczynamy od Free Walking Tour. Dowiadujemy się 3 zasad przetrwania w Gruzji:

  • nie nawiązuj kontaktu wzrokowego z psami – już się nie odczepią i będą Twoje na zawsze (patrz: pies nieopatrznie pogłaskany przez Michała przy lotnisku)
  • nie nawiązuj kontaktu wzrokowego z żebrakami – już się nie odczepią i nie dadzą ci spokoju
  • nawiązuj kontakt wzrokowy z kierowcami – jeśli chcesz przejść przez jezdnię, nawet na przejściu, to absolutnie obowiązkowe. Inaczej zostaniesz zignorowany i zostaniesz po jednej stronie ulicy na zawsze.

Nasz przewodnik próbuje nauczyć nas też paru słów po gruzińsku, ale ten język jest po prostu niezapamiętywalny. A teraz w kilku obrazkach postaram się pokazać co takiego ma Tbilisi, czego nie mają inne stolice.

 

Mnóstwo domów, które na pierwszy rzut oka nadają się do rozbiórki, ale są na tyle połatane i popodpierane, że stoją. I ludzie tam żyją. Nasuwa się jedna myśl:

 

 

Most, który miał przypominać ogórka morskiego (po co??!!), a mieszkańcy przezywają go Always Ultra

 

Ruiny zamku na wzgórzu z piękną panoramą miasta…

 

…I kolejkę linową na to wzgórze w cenie komunikacji miejskiej! (1 GEL)

 

I najlepsze: w samym centrum starego miasta wąwóz zakończony wodospadem! Idealny przystanek w gorące dni

Tbilisi zdecydowanie podbiło nasze serca i w naszych rankingach ulubionych miast plasuje się bardzo wysoko (u mnie drugie miejsce, zaraz za Porto <3). Piękne stare miasto, wąwóz, klimatyczne kamieniczki (te rozpadające się też! a w zasadzie przede wszystkim te), mnóstwo punktów widokowych z panoramą miasta, odrobina chaosu. I jedzenie… Tego dnia postanawiamy wybrać się do Khinkali House – restauracji polecanej przez naszego ‘orzeszkowego’ właściciela hostelu. Po drodze łapie nas oberwanie chmury, potem jeszcze przez jakiś czas nie możemy znaleźć tego miejsca, ale ostatecznie nam się udaje. Jest przy głównej ulicy. Wcale nie ukryte 🙂 Khinkali House to prawdziwe królestwo gruzińskich pierogów. Ilości, które ludzie tam zamawiają są ogromne. My nie jesteśmy gorsi. Zamawiamy khinkali, harczo (zupa pomidorowa z mięsem), i pyszne wino. Rachunek znowu płacimy bardzo niski jak na ilość i pyszność jedzenia.

Jak jeść khinkali? Tylko rękami. Trzymając za końcówkę należy najpierw wypić sos powstały w środku, a potem zjeść resztę zostawiając końcówkę.

Kuchnia gruzińska jest bardzo prosta, ale pyszna. Składa się głównie z sera, chleba, jajek (chaczapuri we wszystkich odmianach, czeburieki), gulaszy pomidorowo-mięsnych (ostri, harczo) i wina. Uwaga! Do większości potraw dodawana jest kolendra. Jeśli ktoś nie jest jej fanem, może – tak jak ja na początku – próbować wydłubywać ją z jedzenia, co nie jest proste (ani estetyczne), lub – tak jak ja potem – polubić ją i zajadać się wszystkim ze smakiem 🙂 Po pysznej kolacji wracamy do hostelu. Dziś musimy się wyspać, bo następnego dnia wstajemy rano i lecimy do Mestii – wioski w Kaukazie zachodnim, która jest dobrym punktem wypadowym na wędrówki w góry i na lodowiec.

I tu zaczynamy trafiać na kolejne przeszkody.

Już pierwsze założenie – wyspać się – wzięło w łeb. Moi współlokatorzy wracają w środku nocy w szampańskim nastroju, hałasują, zapalają światło, ‘heheszkują’, impreza się kręci. O 5.40 dzwoni mój budzik i mam wrażenie, że minęło 5 minut od kiedy towarzystwo się uspokoiło… No trudno. O 6 wychodzimy z hostelu, by na 6.30 dotrzeć pod McDonalda, skąd ma nas zabrać busik na lotnisko Natakhari (około 30 km od Tbilisi). Lot małą awionetką nad górami jest atrakcją samą w sobie, poza tym pozwoli nam się szybko przemieścić pomiędzy dwoma oddalonymi od siebie miejscami. Firma Vanillasky oferuje takie atrakcje w przystępnej cenie, razem z dojazdem na lotnisko, nic tylko korzystać. Tak więc niestrudzeni wstajemy o tej 5.40, jeszcze się cieszymy że lot jest o 8.30, to dolecimy wcześnie i jeszcze dużo zrobimy tego dnia. Docieramy pod Maca i czekamy. Czekamy. Czekamy. Nie widać ani busa, ani innych pasażerów. Godzina odjazdu mija, dalej pusto. Sprawdzamy maila z biletem jeszcze raz (musieliśmy się upomnieć żeby nam go wysłali, standardowo chyba tego nie robią). I co się okazuje? Zła wiadomość nr 1: Na bilecie lot jest o 10.30. A kiedy kupowałam bilety na stronie było napisane, że o 8.30… Wściekli jak niewiemco idziemy do parku, bo do hostelu wracać już się nie opłaca. Próbujemy drzemać, ale kończy się to półtoragodzinnym marznięciem. Wracamy pod Maca na 8.30, czyli dwie godziny przed właściwym odlotem. Są już inni pasażerowie, pakujemy się do busa i jedziemy. Lotnisko jest malutkie, acz bardzo urocze.

Uroczy mały samolocik na małym lotnisku

Instalujemy się na siedzeniach i czekamy. I wtedy nadchodzi zła wiadomość nr 2: na lotnisku w Mestii jest zła pogoda, musimy czekać jeszcze 1,5h na poprawę warunków. Jeśli warunki się nie poprawią, lot będzie odwołany. Po 1,5h nadchodzi zła wiadomość nr 3. Na samolot popatrzyliśmy więc tylko z daleka i przez szybę pomieszczenia lotniska. Ten sam busik odwozi ludzi do Tbilisi, my wysiadamy po drodze przy autostradzie na zachód Gruzji i musimy momentalnie zmienić plany. Do Mestii już nie dotrzemy, jest za daleko, nasz czas w Gruzji się kończy, a właśnie straciliśmy dobrych parę godzin na czekaniu i jeszcze jesteśmy wybitnie niewyspani. Katastrofa!

Dodam jeszcze, że na lotnisku twierdzono, że zwrot pieniędzy otrzymamy automatycznie. Kiedy po paru tygodniach żadne z nas nie dostało zwrotu, napisałam maila w tej sprawie i okazało się, że zwrot jednak nie jest automatyczny, tylko trzeba do nich napisać. Koniec końców po prawie 2 miesiącach otrzymaliśmy pieniądze z powrotem…

 

O tym, że nieoczekiwana zmiana planów nie musi być taka zła i znowu o pysznym jedzeniu przeczytacie w następnym wpisie [klik].

 

Dodaj komentarz