FOZ DO IGUAÇU – śpiewająca skała, wielka woda i raj zakupoholików

Stop z Kurytyby do Foz do Iguaçu przebiegł bezproblemowo – pierwszego dnia pokonujemy 500 km z młodym architektem, który zabiera nas na wyśmienity obiad i zostawia na stacji benzynowej za miastem Cascavel, a drugiego dnia kierowca sam zatrzymuje się widząc nas podążających wzdłuż drogi na odpowiednią miejscówkę. W samym Foz zostajemy niestety wysadzeni po drugiej stronie miasta i dostanie się do naszego hosta zajmuje nam 2 godziny. Zostajemy przyjęci z otwartymi ramionami przez Pabla, który przeprowadził się tu z Urugwaju aby studiować. Decydujemy, że jeszcze tego samego dnia zdążymy zobaczyć pobliską tamę – Itaipu.

Skała, która śpiewa. Czy czysta energia ma czyste ręce?

Po krótkim spacerze przez osiedle, które zostało zbudowane dla robotników budujących zaporę docieramy do bramy kompleksu elektrowni wodnej. Niestety, okazuje się, że cały rejon jest wygrodzony, a wejść na niego mogą tylko osoby z przepustkami lub uczestnicy zorganizowanych wycieczek. Z bólem kupujemy nienajtańsze bilety i wsiadamy do piętrowego autobusu, w którym już czeka na nas przewodnik z mikrofonem. Czujemy się, jak amerykańscy turyści przemierzający europejskie stolice na pokładzie czerwonych autobusów City Sightseeing Tour, ale stwierdzamy, że warto jest przeżyć chwilę wstydu w zamian za zobaczenie tamy Itaipu.

Autobus turisticus

Otóż nie jest to pierwsza lepsza elektrownia wodna, ale druga co do wielkości na świecie (przebiła ją Zapora Trzech Przełomów w Chinach). Została wybudowana w latach 1975-1984 (podczas najbardziej intensywnego etapu robót na budowie pracowało 40.000 osób) i dysponuje mocą elektryczną 14 GW – ponad 20x więcej, niż Elektrociepłownia Siekierki w Warszawie. Pokrywa 95% zapotrzebowania elektrycznego Paragwaju i około 17% zapotrzebowania Brazylii. Została sfinansowana w 50% przez oba kraje i tak jest też dzielona wyprodukowana energia. Powodem takiego podziału jest fakt, że kompleks powstał na granicznej rzece Parana. Paragwaj nie wykorzystuje całej energii, która mu przypada i większość odsprzedaje Brazylii. Powstały zbiornik ma 170 km długości, 12 km szerokości i 29 km3 pojemności, czyli ok 45x więcej objętości, niż Jezioro Śniardwy.

Tama Itaipu
Rzeka Parana poniżej zapory

Na wstępie zostajemy uraczeni najbardziej propagandowym i przesłodzonym filmem, jaki widzieliśmy. Szczęśliwi ludzie korzystają z czystej energii, przedsięwzięcie angażujące dwa państwa spowodowało zawiązanie się współpracy i przyjaźni, a powstały zbiornik umożliwia aktywne spędzanie czasu nad wodą. W okolicy zostało posadzonych miliony drzew, a ryby z  radością pluskają się w nowopowstałym jeziorku. Aby nam przypadkiem nie umknęło, co najmniej 5 razy powtórzono, że Itaipu znaczy w języku tutejszych indian, guarani, „skała, która śpiewa„. Następnie podczas wycieczki autobusem przewodniczka opowiada o mijanych elementach tamy, m. in. o przelewie awaryjnym o przepustowości 63.000 m3/s (około 40 razy więcej, niż wodospady Iguaçu), którym spuszczany jest nadmiar wody w porze deszczowej. Zakładamy też słuchawki, w których angielski lektor z początku podaje rzeczowe informacje o zaporze. Nie musimy jednak długo czekać, żeby usłyszeć zabiegi rodem z amerykańskich filmów edukacyjnych z lat 70-tych. Słyszymy odliczanie i eksplozję, kiedy lektor mówi o budowie bocznego kanału rzeki, za chwilę zaprasza inżyniera, który opowie nam o technicznych szczegółach kompleksu, a na koniec do studia nagraniowego przypływa rybka żyjąca w sztucznym jeziorze, aby przy akompaniamencie plusków wody opowiedzieć nam, jak spędza czas z przyjaciółmi w ich nowym domu.

Zostajemy uraczeni opowieścią, jak to tama była inspiracją dla wielu malarzy, muzyków i poetów, jeden wiersz nawet zostaje nam przeczytany. Na koniec wycieczki zajeżdżamy do portu, gdzie za jedyne 90 PLN można popłynąć katamaranem mieszczącym kilkadziesiąt osób na romantyczny rejs o zachodzie słońca. Istna idylla.

Katamaran
#water #sunset #fun #wow #nofilter

Nikt jednak nie zająknął się nawet, że podczas budowy zginęło 150 robotników, a sztuczne jezioro zalało największy na świecie wodospad Guaíra. Jakby tego było mało, już po zalaniu Brazylijskie władze wysadziły znajdujące się pod wodą skały, aby ułatwić żeglugę statkom. Tym samym nawet, jeśli kiedyś tama zostanie rozebrana, wodospadu już nie będzie. Z jego zniknięciem związana jest kolejna tragiczna historia. Po rozpoczęciu budowy tamy masy turystów przychodziły zobaczyć wodospad, zanim ten zniknie na zawsze. W 1982 roku pod ciężarem tłumu zarwał się linowy most rozwieszony w poprzek rzeki Parana, pogrążając w rwącej wodzie 38 osób, z których tylko 6 udało się uratować.

Wodospad Guaíra przed zalaniem

Brak też jest informacji o tym, że ponad 40.000 ludzi musiało zostać przesiedlonych. Było wśród nich wielu Indian, od lat zamieszkujących te tereny. Oczywiście nie było łatwo ich przekonać do opuszczenia domów swoich przodków. Proces wysiedlania był bardzo kontrowersyjny, Źródła mówią o niewystarczających rekompensatach, natomiast plotki o tym, że najbardziej oporni spoczywają dziś na dnie zbiornika. Powstanie sztucznego jeziora i zalanie wodospadu ma też ogromny wpływ na okoliczną faunę i florę. Zalane zostały setki kilometrów kwadratowych lasu. Co prawda zostały wykonane nasadzenia zastępcze, nic jednak nie zastąpi pierwotnej roślinności. To tak, jakby wyciąć Puszczę Białowieską i zasadzić zamiast niej nowy las. Zatopienie wodospadu Guaíra spowodowało zniknięcie bariery pomiędzy dolnym i górnym biegiem rzeki i umożliwiło migrację gatunków, które wcześniej były od siebie oddzielone (zbudowano mały kanał umożliwiający przepływ ryb w górę i w dół zapory).

Powszechnie mówi się, że energia z hydroelektrowni to czysta energia, ale jak widać jest ona jednak okupiona olbrzymimi kosztami społeczno-ekologicznymi.

Wielka woda

Następnego dnia wybieramy się zobaczyć cud natury, który na szczęście nie został zalany i wysadzony w powietrze – wodospady Iguaçu. W języku miejscowych Indian Iguaçu znaczy „wielka woda” .Kolejny raz płacimy za wejściówkę (62 PLN) i wsiadamy do piętrowego autobusu wraz z grupą turystów. Tym razem jednak na prawdę warto Iguaçu to kompleks około 200 wodospadów ze średnim przepływem 1700 m3/s. To tak, jakby cała Warszawa spuściła wodę w toalecie w 1 momencie. Wzdłuż skalnej grani poniżej wodospadów zbudowany został specjalny szlak, którym można się przejść nad krawędzią koryta rzeki. Jego zwieńczeniem jest pomost wychodzący w sam środek „Diabelskiego Gardła” – miejsca u podnóża największej katarakty kompleksu. Każdy skrawek ciała, który wystawał nam spod foliowego płaszcza był kompletnie przemoczony. Tutaj mamy wskazówkę dla następnych zwiedzających – moknie się tylko na tym pomoście, na innych odcinkach szlaku sprzęt elektroniczny jest bezpieczny. My myśleliśmy, że woda jest wszędzie, dlatego aparat został w domu i zdjęcia mamy tylko z telefonu i GoPro. Można się zaopatrzyć w foliowy płaszcz w wielu miejscach przed wejściem do parku narodowego, wziąć swoją lub zrobić to, co my. Zagadaliśmy do ludzi, którzy zaraz po opuszczeniu pomostu chcieli te płaszcze wyrzucać do specjalnego pojemnika, i mieliśmy płaszcze ‚second hand’.

A jeśli już o pojemnikach mowa, to chętnie buszują w nich… ostronosy. Jest ich tutaj cała masa i nic się nie bojąc grasują pomiędzy turystami w poszukiwaniu jedzenia. Bezpardonowo wciskają ryjki do plecaków i toreb i porywają całe siatki z jedzeniem mniej uważnym turystom. Mimo, że wyglądają na kochane i puszyste, to należy pamiętać, że są to dzikie zwierzęta i nie należy ich głaskać ani karmić. Stają się przez to jeszcze bezczelniejsze i na dodatek mogą ugryźć.

Ostronosy pozują do zdjęcia
Cała rodzinka poluje na plecaki z jedzeniem

Stadom ostronosów towarzyszą całe chmary motyli mieniące się wszystkimi kolorami tęczy! Chcieliśmy popodziwiać te cuda natury na mniej uczęszczanym szlaku, niestety za chodzenie po szlakach innych niż ten prowadzący do wodospadów trzeba dodatkowo zapłacić, i to nie mało! Od 70 do 150 PLN. Ze smutkiem rezygnujemy ze spaceru po dżungli (podobno można zobaczyć niebieskie ary lub nawet jaguara) i wsiadamy z powrotem do turystycznego piętrusa.

Wodospady Iguacu składają się z kilkuset kaskad
W słoneczne dni wokół wodospadów powstaje tęcza
Brazylijczycy wybudowali pomost, którym można podejść na prawdę blisko
Ogrom przepływającej wody robi wrażenie
Panorama wodospadów

Ciudad del Este – raj zakupoholików

Ostatniego dnia naszego pobytu w Foz i w Brazylii w ogóle udajemy się na spacer do… Paragwaju. Do Ciudad del Este można dostać się spacerkiem przez Most Przyjaźni, więc nie możemy nie wykorzystać tej okazji. W żadną stronę nikt się nami na granicy nie zainteresował, także pamiątki w paszporcie nie będzie. Co nas jednak najbardziej uderzyło, to największa koncentracja sklepów, straganów i centrów handlowych, jaką widzieliśmy. Paragwaj w przeciwieństwie do Brazylii (serdecznie pozdrawiamy brazylijską pocztę!), ma bardzo korzystne przepisy celno-podatkowe, dlatego tuż przy brazylijskiej granicy sklepów jest jak mrówków. Można tu kupić na prawdę wszystko, większość rzeczy pochodzi oczywiście z Chin. Elektronika, ubrania, biżuteria, narkotyki, broń, prawie o połowę tańsze, niż w Brazylii. Chociaż nie, nie ma tu wszystkiego. Chcieliśmy kupić naszemu hostowi drewnianą deskę do krojenia (brakowało mu jej w domu) i nie dało się jej znaleźć, a szukanie paska do zegarka skończyło się kupieniem całego zegarka z odpowiadającym paskiem za… 10 PLN. Taka koncentracja sklepów powoduje zaciętą walkę o klienta – sprzedawcy dosłownie ciągną za ręce do swoich sklepów lub machają przed twarzą zestawem majtek z dup-upem. Co ciekawe, handel w Ciudad del Este generuje 60% PKB Paragwaju. Czym prędzej uciekamy z tego diabelskiego miejsca przez nikogo nie niepokojeni na przejściu granicznym. Bez problemu moglibyśmy wnieść w plecaku do Brazylii kilogram marihuany, który tu kosztuje… 200 PLN!

Sklep na sklepie

Adeus Brasil

Te dość intensywne 3 dni były naszymi ostatnimi w Brazylii. Czas przywitać Argentynę i obrać kurs na Buenos Aires! Wrażenia z naszego 2-miesięcznego pobytu w tym kraju wielkości całej Europy znajdziecie w następnym poście.

Dodaj komentarz