Barką po AMAZONCE w głąb peruwiańskiej DŻUNGLI

Każdy z krajów tzw. Społeczności Andyjskiej, czyli Kolumbia, Ekwador, Peru i Boliwia posiada 3 główne strefy klimatyczne: wybrzeże, góry i dżungla. Ponieważ nigdy w życiu nie byliśmy w tej trzeciej, postanawiamy odwiedzić ją w Peru i jednocześnie dotrzeć do największego miasta na świecie, do którego nie prowadzi żadna droga lądowa. Naszym celem jest Iquitos, 400-tysięczne miasto położone nad Amazonką, w środku peruwiańskiej dżungli. Można dostać się tam tylko na 2 sposoby – drogą wodną lub powietrzną. Oczywiście wybieramy tą pierwszą – ze względów finansowych i krajoznawczych. Ale zacznijmy od początku.

Tarapoto

Przed zapuszczeniem się do Amazonii, postanawiamy zrobić sobie małą aklimatyzację na jej przedpolu – w Tarapoto, niewielkim mieście położonym w wysokiej dżungli. Jesteśmy umówieni tam z Richardem z Couchsurfingu, Amerykaninem (lub tłumacząc prosto z hiszpańskiego: Stanozjednoczonczykiem), który 14 lat temu postanowił przenieść się na stałe do Peru. Jego niezwykłą historię możecie poznać zaglądając do Portretu Szczęścia nr 7.

W mieście spędzamy 3 miłe dni, podczas których delektujemy się przepysznymi daniami z grilla. Szczególnie do gustu przypadły nam patarashka (ogólne określenie na rybę ugrillowaną w specjalnym liściu, który nadaje potrawie smak), a konkretnie mająca mało ości toa oraz cecina, czyli duży, cienki plaster boczku bez tłuszczu, ugrillowany na złoto.

Dobrości na grillu!

Yurimaguas i fenomen amazońskiej barki

Po zaopatrzeniu się w Tarapoto w najtańsze hamaki (20 PEN / 22 PLN) wyruszamy w kierunku przystani, skąd wyruszają barki do Iquitos. Okazuje się, że teraz odpływają z tzw. nowego portu, który położony jest ok. 10 km za Yurimaguas, a nie w centrum, jak to wynikało z relacji w Internecie. Po małych perypetiach znajdujemy statek Carlos Antonio, który podobno odpływa następnego dnia rano. Ładujemy nasze rzeczy, montujemy hamaki i wracamy do miasta zrobić zakupy. Wieczorem chillujemy sobie na burcie i podziwiamy… amazońskie, różowe DELFINY, które co raz wypływają na powierzchnię zaczerpnąć sobie powietrza.

Nasz Carlos Antonio

Piszę podobno, ponieważ amazońskie barki towarowe są kwintesencją pojęcia punktualności panującego w Ameryce Południowej. Znamy podróżników, którzy wypływali nawet 3 dni po obiecywanym terminie. Najgorsze jest to, że załoga nie powie: „Mamy jeszcze sporo do zrobienia, musimy wypłynąć 2 dni później”. Nie, na każde pytanie „Kiedy odpływamy?” otrzymuje się odpowiedź typu „Za 2 godziny”. Po 3 godzinach barka nawet nie drgnie, i na kolejne pytanie o termin odpłynięcia znów otrzymuje się odpowiedź „Za 2 godziny”. I tak w kółko. Aż po n-tym pytaniu i otrzymaniu kolejnej odpowiedzi „Za 2 godziny”, po 30 minutach barka odpływa, zostawiając niespodziewających się takiego obrotu sytuacji gringosów na brzegu. Takie traktowanie pasażerów wynika głównie z tego, że to nie oni są priorytetem. Barki są przeznaczone do transportu towaru i mają tylko kilka 2-osobowych kabin. wyłącznie, jeśli zostanie miejsce lub przekroczona zostanie ładowność, wpuszczani są ludzie z hamakami. Kapitan ma w nosie pasażerów również podczas przybijania do małych wiosek po drodze. Barka nie daje żadnego sygnału, że odpływa, nie ma też określonego czasu postoju. Po zakończeniu załadunku/rozładunku po prostu włącza wsteczny i odbija od brzegu. Z tego powodu każdemu zejściu na ląd podczas postoju towarzyszy szybsze bicie serca.

Wracając do naszego Carlosa Antonio, odpłynięcie było obiecane o 5 rano następnego dnia. W ogóle nie byliśmy zaskoczeni, kiedy o 8:00 obudziliśmy się w porcie. O 10:00 zrobiło się poruszenie, nagle na pokład z hamakami przyszedł członek załogi i kazał szybko wszystko zwinąć i schować. Okazało się, że ponieważ płynie z nami dość pokaźne stado świń, barka nie może przewozić ludzi. Oczywiście kapitan miał gotowe rozwiązanie na wypadek kontroli służb. Kazano nam wrzucić wszystko do pomieszczenia magazynku, a sami schowaliśmy się w kajucie kapitana. Już 30 minut gotowaliśmy się tam w niesamowitym skwarze, gdy nagle poczuliśmy, że barka zadrżała. Niemożliwe! Odpływamy! W takim wypadku jesteśmy najkrócej czekającymi na odpłynięcie podróżnikami, jakich znam!

Jednak radość nie trwa długo. Po 5 minutach rejsu trafiamy na mieliznę. Nie pomogły różne manewry podejmowane przez kapitana, nie pomogła także inna barka, która przypłynęła z pomocą. Spędziliśmy cały dzień na środku rzeki, ledwo wytrzymując gorąco bijące od nagrzanego, metalowego dachu. Z opresji wyszliśmy dzięki temu, że przez całą noc załoga przeładowywała worki z cementem na inną barkę, tym samym odciążając naszą.

Kolega przypłynął z pomocą
Zajęcie wymagające krzepy – odciążanie

Tutaj chciałbym wspomnieć, że Peruwiańczycy są zadziwiający, jeśli chodzi o siłę fizyczną. Do załadunku nie używają wózków widłowych, ale sami noszą towary na własnych plecach. I noszą niemało, nieraz widzieliśmy, jak niepozornie wyglądający robotnicy brali na plecy towary o łącznej masie 100 (!!!) kg.

Te skrzynie ważą około 100 kg

O poranku wreszcie wyruszamy w rejs, trwający razem z tkwieniem na mieliźnie 4 dni. Jak wiadomo, życie na statku potrafi dać nieźle w kość, nie bez powodu powstało tyle szant o trudnym życiu marynarza. Nasz plan zajęć wygląda mniej więcej tak:

  • O 7 budzi nas walenie w rury obwieszczające, że śniadanie jest gotowe
  • Film/czytanie książki
  • Drzemka
  • O 13 budzi nas walenie w rury obwieszczające, że obiad jest gotowy
  • Drzemka
  • Film/czytanie książki
  • O 17 słyszymy walenie w rury obwieszczające, że kolacja jest gotowa
  • Film/czytanie książki
  • O 21-22 lulu

Na trasie rejsu praktycznie nigdzie nie ma zasięgu Internetu, co sprzyja kompletnemu zrelaksowaniu się. Były to chyba dotychczas najprzyjemniejsze dni podczas naszej wyprawy 🙂 Jedyne, co nam trochę przeszkadzało, to trochę niewygodne hamaki, ale przynajmniej były tanie. Wygodne kosztują 35 PEN / 38 PLN.

Warto wiedzieć przed rejsem do Iquitos

  • Barki odpływają z portu ok. 10 km za Yurimaguas
  • Bilet kosztuje 90 PEN / 100 PLN do Nauty i 100 PEN / 112 PLN do Iquitos
  • Rejs w kajucie kosztuje 2x więcej. Plusem jest dostęp do własnego gniazdka i zamykana kajuta, w której można trzymać swoje bagaże
  • Podróż (bez niespodzianek) trwa 3 dni do Nauty i 4 dni do Iquitos
  • Wyżywienie dostajecie w pakiecie. Składa się ono z wody z Amazonki na śniadanie (podobno była to słodka, gęsta zupa z ryżu, ale my i tak wiemy swoje), kurczaka z bananem i ryżem na obiad oraz zupy warzywnej na kolację. Generalnie da się na tym przeżyć (no może oprócz śniadania), ale polecamy zaopatrzyć się w trochę chleba, owoców i słodyczy, aby urozmaicić sobie dietę. No i obowiązkowo baniak wody, bo nie jest uwzględniona w wyżywieniu
  • Podczas przystanków w małych wioskach po drodze, na pokład wchodzą panie sprzedające jedzenie. Można sobie kupić cały zestaw obiadowy lub np. juane, czyli smakowicie przyprawiony ryż z kawałkiem mięsa w środku, zawinięty i ugotowany w liściu.
  • Hamaki nie są obowiązkowe. Można spać na karimatach lub rozstawić sypialnię od namiotu. Jednak hamak to hamak, moim zdaniem warto w niego zainwestować. Dobry relaks nie ma swojej ceny.
  • Prąd włączają zazwyczaj tylko w nocy. Przydatny jest rozdzielacz, tzw. trójnik. Na naszej barce było 5 gniazdek na 100 pasażerów.
Takie widoki mieliśmy z barki
A takie na barce
Typowa wioska nad Amazonką
I typowe śmieci zrzucane do rzeki (po prawej)

Iquitos

Po 4 dniach spędzonych na wodach Amazonki i jej dopływów docieramy do Nauty. Postanawiamy ewakuować się wcześniej i zrezygnować z piątego dnia relaksu na odcinku Nauta – Iquitos i pokonujemy go w 1,5h busikiem. Po dotarciu na miejsce spotykamy się z naszym hostem – Erikiem – Polakiem, który najpierw jako chłopiec wyemigrował z rodziną do USA, a potem przeniósł się do Iquitos. Prowadzi hostel Friends Of The Amazon Jungle w centrum miasta, organizuje wycieczki do dżungli, a także ma swój Jungle Lodge. Polecam zajrzeć do niego, może któraś z oferowanych przez Erika usług Wam się spodoba KLIK.

Samo miasto nie przypadło nam zbytnio do gustu. Brudne i głośne. Może pochwalić się jednak kilkoma rzeczami. Warto wybrać się na Mercado de Belén, jeden z największych bazarów ulicznych w Peru. Spomiędzy brzydkich budynków wyglądają czasem piękne kamieniczki lub Casa de Fierro (żelazny dom), budynek zaprojektowany przez Gustawa Eiffela na paryską wystawę światową w 1889 roku, rozmontowany i przewieziony potem do Peru. Ciekawa jest także architektura rzeczna, czyli domki na palach. Tu i ówdzie można znaleźć także wielką, starą i zardzewiałą barkę porzuconą na brzegu.

Domki na rozlewisku
Jedlibyśmy znów!

Iquitos natomiast świetnie funkcjonuje, jako baza wypadowa do dżungli. Jednego dnia urządzamy sobie wycieczkę do Pilpintuwasi, schroniska dla zwierząt odzyskanych z przemytu. Dochodzą tutaj do siebie, aby potem być wypuszczone na wolność. Jest to niesamowite miejsce, gdzie to głównie ludzie poruszają się w klatkach, a zwierzęta są na wolności. Oczywiście nie w każdym przypadku tak jest (wolno żyjący jaguar w bezpośrednim sąsiedztwie wioski byłby dość problematyczny), ale wiele małp i ptaków może w każdej chwili sobie stamtąd pójść.

Motylek
Ten jest złośliwy, dlatego siedzi w klatce
Ludzie w klatkach
A to są ary
Małpa – Anglik. Nazywa się tak, bo wygląda, jak gruby Anglik, który spalił się na głowie
Ten kolega z chęcią by nas zjadł

Z różnych powodów nie udaje nam się wybrać razem z Erikiem do jego Jungle Lodge, ale zdobywamy kontakt do pewnego Węgra, który także ma domek w dżungli. Denes przyjechał do Iquitos 3 lata temu i postanowił zostać szamanem. Kupił ziemię w dżungli i zbudował tam mały domek, w którym mogliśmy dzięki jego uprzejmości pomieszkać przez 2 dni.

Docieramy tam płynąc godzinę łódką, a potem 1,5h idąc ścieżką przez dżunglę. W końcu odnajdujemy ledwo widoczne przejście i naszym oczom ukazuje się prawdziwie puszczańska konstrukcja. Ściany są z moskitiery, a podłoga umieszczona jest na palach. Niestety, ponieważ Denes po roku mieszkania w dżungli przeniósł się do miasta, w domku ktoś jest raz na kilka tygodni, a dżungla szybko odbiera swój teren.

Spędzamy w domku 2 dni znów bujając się w hamakach, relaksując się, pijąc deszczówkę i w niej się myjąc oraz słuchając wieczorami przy świecach odgłosów dżungli. Pomimo tego, że wytrzeszczaliśmy oczy, w nieprzetrzebionych chaszczach nie dostrzegliśmy żadnych strasznych paszczy, żadna też nie pierzchła. Aby doświadczyć takiej prawdziwej dżungli, ze wszystkimi jej stworzeniami, należy oddalić się od miast o wiele godzin, a może nawet dni drogi.

Romantyczny wieczór
Tak wygląda nasz apartament
Domek w dżungli
NIESAMOWITE drzewa rosną w Amazonii.
Ola w dżungli

W górę rzeki z powrotem do Tarapoto

Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy. Wracamy więc do Iquitos z zamiarem złapania barki Eduardo VIII wracającej do Yurimaguas. Oczywiście wszystko poszło nie tak, jak miało, co nas w ogóle nie zdziwiło. Poszedłem do portu zrobić wywiad i dowiedziałem się, że Eduardo VIII odpływa następnego dnia o 17:00. Super, nie musimy wstawać wcześnie i mamy cały dzień na zaopatrzenie się. Obstawiamy, że barka i tak nie odpłynie przed 21:00, potwierdzają to zresztą wszyscy miejscowi. Na wszelki wypadek jednak zjawiamy się w porcie o 15:30 i… okazuje się, że Eduarda już dawno nie ma. Odpłynął o 13:00… A poprzedniego dnia o 19:00, kiedy przyszedłem zrobić zwiad, był jeszcze praktycznie pusty.

Jeszcze nie wszystko jest stracone, postanawiamy wsiąść w busa i złapać go w Naucie. Po wykonaniu prostych obliczeń wychodzi mi, że powinien dopłynąć tam o 3:00 w nocy następnego dnia. No trudno, jakoś przeczekamy tę noc i odpoczniemy potem na statku. Jednak po dotarciu do portu w Naucie zaoferowano nam rejs do Yurimaguas motorówką w cenie 120 PEN / 132 PLN, czyli tylko o 30 PEN drożej, niż zapłacilibyśmy za Eduarda. Trochę się wahamy, gdyż bardzo liczyliśmy na 3-dniowy relaks na barce, ale szalę na korzyść motorówki przechyla fakt, że dopływa ona do Yurimaguas w 19 godzin, a nie w 3 dni, jak Eduardo. Łódka jest super niewygodna, jest ciasno, a kibel ma ścianki tylko do wysokości ramion. Dzięki temu, podczas korzystania z toalety, można nie przestawać oglądać filmów, które wyświetlane są od 6 rano i wyłączane o 23:00. W pełnym dubbingu oczywiście. Murzyni w amerykańskim getto wyzywający się w od hijos de puta (motherf***ers, sk***syny) brzmią całkiem zabawnie, szkoda by było to przegapić. Do plusów zdecydowanie należy krótki czas podróży oraz, co nas zaskoczyło, dobre śniadanie. Niby kurczak z ryżem i bananem, jak zawsze. Ale takie małe rzeczy, jak panierka lub słodki banan, zamiast ziemniaczanego, docenią tylko ci, którzy w Peru spędzili trochę więcej czasu 🙂

Obiadek niczego sobie
Ciasno tu

Tarapoto po raz drugi i kierunek Ekwador

Ponieważ wracamy tą samą drogą, znów zahaczamy o Tarapoto. Tym razem naszym hostem jest Maya, przemiła właścicielka przemiłej kawiarni Mishari. Spędzamy u niej 2 dni, wybierając się na piknik nad rzekę, objadając się przepysznymi owocami oraz piorąc dosłownie wszystkie nasze rzeczy.

Poznajemy przy okazji pewną Turczynkę, która daje Oli namiary na dobrego i taniego tatuażystę w miejscowości, przez którą będziemy przejeżdżać w kierunku Ekwadoru. Ola długo się nie wahała i jak tylko zajechaliśmy do Moyobamby, trzasnęła sobie przepiękną, kolorową mapę świata na nadgarstku.

Wspólna degustacja sweet-sour
Rękę sobie ubrudziłam

Odcinek Tarapoto – Bagua Grande udaje nam się pokonać autostopem dość sprawnie. Przejeżdżamy m.in. przez region, gdzie hoduje się ananasy i przy drodze stoją uginające się od nich stragany. Nie omieszkujemy oczywiście się zaopatrzyć w 3 wielkie, soczyste i chyba najlepsze ananasy, jakie w życiu jedliśmy. 3 za 5 PEN / 5,50 PLN, jak to niepotrzebne, w PROMOCJI! Przejeżdżamy też przez… tarasy ryżowe! Tak, tutaj też je mają. Ostatni odcinek Bagua Grande – La Balsa niestety już nie jest dla nas taki szczęśliwy i pokonujemy go busikami.

Tu też mają tarasy!
A tak się suszy kakao. Przy ruchliwej ulicy. W kurzu i spalinach.

Tym oto sposobem, z nieskrywaną ulgą, kończymy naszą 7-tygodniową przygodę z Peru i wjeżdżamy do Ekwadoru przez niewielkie przejście graniczne, gdzie pogranicznicy, ze względu na mały ruch, większość czasu grają w siatkę.

Poniżej mapka z trasą z tego wpisu. Niestety, Google nie umożliwia pokazania odcinka Yurimaguas – Iquitos 🙁

Dodaj komentarz