2700 km drogi do KURYTYBY

Belo Horizonte

Będąc jeszcze w Chapadzie dostajemy wiadomość od Jeffersona – kierowcy, który zabrał nas 700 km z okolic Vitorii w okolice Itacare, że będzie wracał na południe i może nas zabrać z miasta Itabuna do Belo Horizonte. Ponieważ to jest 1000 km, a ostatnio stop szedł nam tak sobie, zgadzamy się bez zastanowienia. Bez większych przygód docieramy ponad 500 km z Chapady do Itabuny dzień przed umówionym spotkaniem i noc spędzamy oczywiście na stacji benzynowej. Następnego dnia spotykamy się z naszym poznanym miesiąc wcześniej znajomym i czekamy pół dnia nic nie robiąc na podjęcie ładunku. Niestety, Jefferson dostaje informację, że zleceniodawcy transportu to przestępcy, więc z niego rezygnuje i jedynym ładunkiem, jaki wiezie na południe jesteśmy my 🙂 Późnym popołudniem wyruszamy w drogę i jak zwykle mijamy zmieniający się kompletnie co kilkadziesiąt kilometrów krajobraz Brazylii. W nocy jedziemy przez zupełnie zaciemnione miasta – okazało się, że miejsce ma wielka awaria prądu – brakuje go w 3 stanach. To tak, jakby cała Polska, Litwa i Białoruś zostały bez energii.

Nasza wielogodzinna podróż z Jeffersonem kończy się o 3 w nocy na posterunku ratowników medycznych pod Belo Horizonte. Zostajemy w tym bezpiecznym miejscu na noc, a nasz znajomy odjeżdża ciemną nocą w kierunku Sao Paulo. Już drugi raz nocujemy przy domku ratowników – tzw. S.O.S. Usuario. Jest tam bezpiecznie, a czasem nawet można zostać poratowanym kawą i ciastkiem 🙂

Wschód słońca w okolicach Belo Horizonte
Nasze obozowisko pod daszkiem S.O.S. Usuario

Samo Belo Horizonte nie wyróżnia się niczym specjalnym. Jest dużo bardziej europejskie, niż miasta, które do tej pory odwiedziliśmy w Brazylii, a ceny są dość przystępne. Wykorzystujemy brak natłoku atrakcji na zwolnienie tempa zwiedzania i po prostu spacerujemy sobie po mieście.

Odwiedzamy m. in. muzeum sztuki

Ouro Preto i Mariana

Z Belo Horizonte udajemy się do Ouro Preto – kolonialnego miasteczka, które w w XVII wieku z populacją 100.000 mieszkańców było w tamtym czasie największym miastem w obu Amerykach. Było nawet większe niż Sao Paulo lub Nowy Jork. Swój dynamiczny rozwój zawdzięcza złotu, odkrytemu w pobliskich rzekach, których woda ma czarny kolor – stąd nazwa miasta (Czarne Złoto).

Szczęście zbytnio nam nie sprzyja i ostatni odcinek do miasteczka odległego o 70 km od Belo Horizonte pokonujemy autobusem. Nie udało nam się znaleźć hosta, a ceny hosteli zaczynają się od 70 PLN. Na szczęście Ouro Preto jest obecnie miasteczkiem uniwersyteckim i znajduje się w nim wiele akademików tzw. republica federal. Z tym, że tutaj akademiki są zgoła różne od naszych i w niczym nie przypominają warszawskiego Babilonu lub Alcatrazu, gdzie w wieloosobowych pokojach gnieżdżą się setki studentów. Są to niewielkie domki lub coś w rodzaju gospodarstwa, gdzie mieszka kilka – kilkanaście osób. Mają do dyspozycji wspólną kuchnię, łazienki oraz teren przed domem, który obowiązkowo ma miejsce na grilla. Pukamy do jednego z takich przybytków i pytamy się, czy możemy rozbić namiot na ich terenie. Po konsultacji z szefem tego akademika, Garfieldem, szczęśliwie znajduje się dla nas miejsce na rozbicie pod dachem. Trochę niepokoi nas działanie prysznica, ale akurat w tym akademiku nikogo prąd nie jeszcze nie kopnął (za to innym razem miałem okazję przeżyć kąpiel z niespodzianką).

Nasza republica (czyt. „hepublica”) jest położona ponad Ouro Preto i z tarasu rozciąga się przepiękny widok na całe miasteczko. Wykorzystuję to do nagrania moich pierwszych timelapsów. Nie zdawałem sobie sprawy, ile czasu i zdjęć pochłania powstawanie takiego filmiku!

Akademik

Ouro Preto słynie z licznych kościołów, ich wieże prezentują się wspaniale. Przechadzamy się stromymi, kamienistymi uliczkami ciesząc się, że to miasto tak bardzo różni się od innych, które do tej pory odwiedziliśmy. Panuje tu cisza, spokój i nie ma wszechobecnych śmieci i budynków, które trzymają się tylko na słowo honoru. Trafiamy również na obchody związane z Niedzielą Palmową – przez barwnie przystrojone ulice przechodzi procesja z orkiestrą. Odwiedzamy także Muzeum Nauki i Techniki Escola de Minas. Olbrzymie zbiory minerałów i drogich kamieni robią na nas wielkie wrażenie.

Procesja z okazji Niedzieli Palmowej
Ouro Preto o zachodzie słońca
Widok z naszego akademika

Następnego dnia postanawiamy wybrać się do Mariany – miasteczka równie malowniczego, jak Ouro Preto, oddalonego od niego o 15 km. Jednak to nie jego walory nas przyciągają. 20 km na północ znajdowała się kiedyś mała wioska Bento Rodrigues. 5 listopada 2015 roku pękła tam tama tworząca zbiornik na toksyczne odpady pobliskiej kopalni odkrywkowej żelaza (cały stan Minas Gerais jest nimi usiany). Wioska została dosłownie zmyta z powierzchni ziemi, życie straciło wtedy 17 osób, a ci, którzy przeżyli, stracili wszystko i musieli na zawsze opuścić swoją rodzinną ziemię. 17 dni później zanieczyszczenia dotarły do Oceanu Atlantyckiego, po drodze powodując skażenie rzeki Doce oraz pozbawiając czystej wody 230 miast leżących przy jej brzegach. Była to największa katastrofa ekologiczna w historii Brazylii, jej skutki do dziś nie są dokładnie oszacowane, a konsekwencje wobec osób odpowiedzialnych nie zostały wyciągnięte. Więcej informacji można przeczytać chociażby na Wikipedii.

Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć „brazylijski Czarnobyl”, ale niestety – w 2 strony z Mariany to ok. 40 kilometrów po górach. Na piechotę odpada, stop też nie zadziała. Przepytaliśmy wszystkich w Ouro Preto i w Marianie, niestety niemożliwe jest wypożyczenie roweru. Samochód odpadł ze względów ekonomicznych i ponieważ nie byliśmy pewni, czy zwykłym autem dałoby się tam dojechać. Wrażenie robią jednak zdjęcia z Google Street View – tam wioska jest jeszcze w stanie z 2012 roku, natomiast na zdjęciach satelitarnych widać już stan po katastrofie.

Bento Rodriguez na Google Street View – stan sprzed katastrofy

Bento Rodriguez na Google Satelite – stan po katastrofie

Sao Paolo – największe miasto Ameryki Południowej

Po kilku dniach spędzonych w relatywnie cichych miasteczkach wyruszamy w drogę do Kurytyby. Stop idzie zadziwiająco łatwo, spotykamy nawet Brazylijkę, która odwiedziła w poprzednim miesiącu Szczecin (trochę nam zajmuje odszyfrowanie, jaką nazwę stara się wymówić 🙂 ) Kolejny raz mamy szczęście doświadczyć gościnności Brazylijczyków. Jednego dnia przypadkowy pan stawia nam obiad po dowiedzeniu się, skąd jesteśmy i jak podróżujemy. Innego dnia rozbijamy jak zwykle namiot na stacji benzynowej, brakuje niestety dobrze znanej nam restauracji „jesz, ile chcesz”, jest tylko fast food Frango Asado (coś jak KFC). Gdy widzimy ceny na poziomie 10 PLN za lichą kanapkę, postanawiamy pozostać przy ciastkach. Za zgodą ochroniarza rozbijamy namiot za zepsutym autobusem. Gdy już jesteśmy gotowi do snu, słyszymy wołanie „Ej, hipisi!”. Na początku myślimy, że zaraz nas stąd przegonią, bo ugniatamy piękną, zieloniutką trawę. Ale nie! To nasz znajomy ochroniarz przyniósł nam z Frango Asado 2 wielkie buły wypchane rzeczami po brzegi. Dziękując mu po stokroć wcinamy kanapki, gdyż ciastka postanowiliśmy zachować na śniadanie. Ledwo zdążyliśmy zjeść, a ochroniarz wraca – tym razem z naręczem frytek! Na prawdę lubimy ten kraj i tych uśmiechniętych ludzi 🙂

Spotykamy po drodze transport części do wiatraków
Stacja #1
Stacja #2

Następnego dnia okazuje się, ze na naszej stacji nie ma prysznica i trzeba iść na stację po drugiej stronie autostrady, oddaloną o 500 metrów spaceru poboczem. Lawirowanie w mokrych klapkach pomiędzy pędzącymi samochodami nie należy do najbezpieczniejszych rzeczy, ale wyznajemy zasadę – czysty autostopowicz to szczęśliwy kierowca. Zdecydowanie polecamy się tego trzymać 🙂

Stopa łapiemy dość szybko, kierowca podrzuca nas na dworzec autobusowy. Wjazd do miasta zajmuje sporo czasu, więc długo możemy „podziwiać” panoramę Sao Paulo: unoszącą się nad nim wielką chmurę smogu oraz wszechobecne korki. Postanawiamy nie zwiedzać tego miasta, gdyż większość opinii mówi, że nie ma tu zbyt wielu ciekawych rzeczy. Na dworcu mijamy się z autobusem na wylot o 5 minut, więc mamy 2 godziny na rozpoznanie okolicy. To, co rzuca nam się w oczy, to mnóstwo ćpunów. Żyją w obozowiskach wokół dworca, w dzień tankują najtańszą cachacę (brazylijski rum), a w nocy narkotyki. Przerażający widok. Autobus wyczołguje się do miejscowości Juquitiba 2,5 godziny. Po drodze zaczyna porządnie lać, co sprawia, że w luku bagażowym, gdzie są nasze plecaki robi się niezłe bagno 🙁 Na dodatek nie przestaje, gdy dojeżdżamy na miejsce, a jest 1,5 godziny do zmroku. To nie wróży dobrze. Po godzinie jesteśmy kompletnie przemoczeni i łapiemy stopa tylko na 20 km. Jesteśmy przybici, bo zostało jeszcze 350 km, a nie mamy nawet miejsca na rozbicie namiotu. Na domiar złego obsługa pobliskiej stacji mówi, że w okolicy jest dużo przestępców. Świetnie.

Pada i nikt się nie zatrzymuje

Z nieba spada nam pousada (kwatera), która otworzyła się 3 dni przed naszym przyjazdem. Jest to jedyna pousada w Barnabes i jesteśmy jej pierwszymi gośćmi. Niestety, z powodu braku czegokolwiek wartego zobaczenia w Barnabes nie wróżymy jej powodzenia, mimo że właścicielka włożyła dużo serca w przygotowanie kwatery i w ugoszczenie nas 🙁

Następnego dnia, po względnym wysuszeniu rzeczy przez noc, mamy szczęście. Szybko łapiemy bezpośredniego stopa do Kurytyby. Niestety, droga wiedzie przez góry, a ciężarówka, którą jedziemy jest załadowana. Skutkuje to czasem jazdą 20 km/h lub mniej. Przejechanie 350 km zajmuje 7h, jednak jesteśmy szczęśliwi – nie musimy już dłużej wystawać w deszczu przy drodze. Przynajmniej na razie 🙂