Droga długa jest… – w kierunku SALVADORU

Salvador oddalony jest od Rio de Janeiro o niecałe 1700 km. W Europie taka odległość odpowiada przejechaniu dwóch większych państw, w Brazylii to raptem 3 stany odpowiadające naszym województwom.

Armação dos Búzios

Pierwszym przystankiem po Rio jest dla nas miasteczko na maleńkim półwyspie Armação dos Búzios. Trafiamy tam za sprawą Lucasa i Esther – pierwszego stopa, którego złapanie zajmuje 3 minuty. Nasi gospodarze zabierają nas na działkę, gdzie budują domki na wynajem. Na działce obok jest chatka Laury, siostry Esther (więcej o Laurze przeczytacie w pierwszym portrecie szczęścia). Drugiego dnia pobytu nasi gospodarze idą rano do sklepu po chleb. Nie ma ich prawie 3 godziny. Wracają. Chleba nie kupili, kupili za to domek w Búzios 😀 Kupiony dom to w zasadzie mieszkanie – kawalerka, z oknami wychodzącymi na głośną ulicę w miasteczku. Lucas i Esther zamierzają się tam przeprowadzić razem z nastoletnią córką. Jak dla nas trochę szalona decyzja, ale przynajmniej była okazja do świętowania przy przepysznym grillu.

Plaża w Buzios
Razem z naszymi gospodarzami – Lucasem i Esther

Cabo Frio

Nasz następny przystanek, niespełna 20 km dalej to Cabo Frio. Zatrzymujemy się tam za sprawą Amadora, właściciela prywatnej szkoły. Słysząc o naszym pomyśle objechania świata autostopem kilka razy powtarza, że jesteśmy szaleni, po czym proponuje nam zostanie w jego domu i zrobienie krótkiej prezentacji następnego dnia w szkole na ten temat. Tu kolejny raz uderzają nas kontrasty w Brazylii. Dzień wcześniej spędzaliśmy wieczór u Laury, która z czwórką małych dzieci mieszka w ceglanym domku ok 5 x 6 m. Wodę musi sobie przynosić z działki obok, i trzyma ją w starej pralce przed domem. Natomiast w domu Amadora nie brakuje niczego, a w prawie każdym pokoju jest łazienka.

Kontrast

Po dwóch tygodniach podróży jesteśmy już ‚podróżnikami z prawdziwego zdarzenia’ i możemy poprowadzić podróżniczą prelekcję 😀  Opowiadamy dzieciakom (a w zasadzie Michał opowiada, bo mój portugalski… cóż, jeszcze się nauczę) o tym jak to trzeba się dobrze uczyć, żeby potem mieć pracę i odłożyć na taką wycieczkę. Wywołaliśmy niemałe zainteresowanie. Całe spotkanie trwa ponad godzinę włącznie z prezentacją, pytaniami i luźnymi pogadankami i owocuje w miliony selfie.

A na koniec prezentacji – selfie!
Wypoczynek

Serra

Kolejnym przystankiem na naszej drodze jest Serra, gdzie spędzamy noc w domu kierowcy, który zaprosił nas do siebie. Marcus zobaczył nas przy drodze i zawrócił TIRa parę kilometrów dalej, żeby nas zabrać. Na wielu ciężarówkach widzieliśmy napis ‚Prohibido dar carona’, czyli zakaz podwożenia na stopa. A to m. in. dlatego, że w Brazylii w razie wypadku autostopowicz ma prawo do odszkodowania od firmy transportowej. Marcus się tym na szczęście nie przejmował, a jak mijaliśmy patrole policyjne, Michał chował się za firankę. Tym sposobem udało nam się zbliżyć do celu o ponad 400 km.

Selfie z Marcusem

Serra uchodzi za najniebezpieczniejsze miasto w stanie Espirito Santo, w ostatnim miesiącu popełniono tu 10 zabójstw. To pewnie dlatego Marcus nie pozwolił nam rozbić namiotu gdzieś przy stacji benzynowej, tylko zabrał nas do siebie.

Gdzieś na stacji benzynowej

Następnym naszym dobroczyńcą jest Jefferson. Zabiera nas aż do stanu Bahia, razem ponad 700 km. Na takim odcinku mijamy cały przekrój upraw – eukaliptusa (na wyrób papieru), kakao, kawy, bananów i papai. Po drodze mijamy mnóstwo wiosek, gdzie sprzedawcy stojąc na środku drogi (zwykle w okolicach progu zwalniającego) sprzedają kierowcom najróżniejsze przekąski: banany lub inne owoce, tapiokę w liściach bananowca czy krewetki rzeczne przewleczone na sznurku. Przez jakiś czas jedziemy też za ciężarówką wiozącą krowie kości – niezapomniane doświadczenie zapachowe, nikomu takiego nie życzę. Jedyne o czym się wtedy myśli, to wyprzedzić jak najszybciej, a nie zawsze jest to łatwe na krętej i górzystej drodze. Kierowcy takich dostaw mają wyjątkowo utrudnioną pracę – często są przeganiani ze stacji, na których chcą się zatrzymać.

Jedzenie w drodze

Jefferson ma firmę przeprowadzkową i właśnie wiezie meble starszego małżeństwa przenoszącego się z południa kraju do centralnej jego części (Sao Paulo – Gandu – 1800 km). Nie docieramy do celu jednego dnia, ale zatrzymujemy się na nocleg na stacji benzynowej. Znowu to kierowca zatroszczył się o nasze spanie – zrobił małe przemeblowanie na pace dostawczaka, i wygospodarował dla nas dwa kawałki podłogi pośród przeprowadzkowych rzeczy.

Nasz kierowca opowiada nam kilka ciekawostek:

  • Dlaczego wołowina tutaj jest taka dobra? Ponieważ krowy przebywają tu na pastwisku oraz jedzą w głównej mierze owoce. Ponieważ Brazylia w dużej mierze dysponuje dużymi przestrzeniami oraz wielkimi uprawami owoców, krowy są taktowane zupełnie inaczej, niż w Europie, dlatego ich mięso tutaj smakuje wybornie
  • Brazylijczycy mają w zwyczaju jeździć na polowania do stanów Amazonas i Mato Grosso. Polują tam na kapibary, krokodyle, węże i pantery (!), które potem przyrządzają na ognisku,
Prysznic dostaje okejkę
Prawie jak we własnym domu

Itacaré

Tę miejscowość obraliśmy sobie za cel jako 2-dniowy odpoczynek przed Salvadorem. Ta część wybrzeża stanu Bahia słynie z pięknych plaż, musieliśmy to sprawdzić. Internet nie kłamał i nie zawiedliśmy się.

Plaża
Plaża znów
Też plaża

Spacerując pierwszego dnia po miasteczku natrafiamy na miejscową grupę capoeiry. Przez kolejne 2 dni uczestniczymy w treningach i rodzie, mogąc dzięki temu skreślić jeden z punktów listy marzeń – zagrać capoeirę w Bahia. Itacaré jest dla nas niemałym zaskoczeniem jeśli chodzi o ceny i ilość ludzi. Miasteczko jest trochę nadmorskim kurortem, jednak ceny są niższe niż w Rio. Nie tylko jedzenia, ale i usług – przykładowo za kompleksowe strzyżenie u barbera Michał zapłacił 20 zł… Dodatkowo plaże są praktycznie puste. To pewnie dlatego, że jest już po sezonie (kilka dni wcześniej była zmiana czasu na zimowy). Po sezonie, czyli temperatura ok 30 stopni… Po trzech dniach trenowania, plażowania i picia wody z kokosa, ze spalonymi plecami (smarowaliśmy się mamo!) i okropnymi zakwasami, opuszczamy ten mały raj, żeby machać ręką w kierunku Salvadoru.

Znowu gdzieś na stacji benzynowej

Autostop przestaje nam sprzyjać jak dawniej. Może to kwestia zmiany stanu, może po prostu wcześniej mieliśmy kupę szczęścia. Trasę Itacaré – Salvador pokonujemy w 2 dni, ostatni odcinek podjeżdżając busem. Po 2h sterczenia przy drodze stwierdzamy, że w końcu szkoda czasu, kiedy Salvador tak blisko, a bilet na około 70 km kosztuje 13 zł.

Nic tu nie jeździ i nikt nas nie chce wziąć

Noc znowu spędzamy na stacji benzynowej, tym razem pod namiotem. W Brazylii takie nocowanie jest bezpieczne i wygodne. Jako że transport kolejowy praktycznie nie istnieje, wszystko w tym kraju przewożone jest ciężarówkami. Stacje są więc dobrze wyposażone. Każda stacja, na której się zatrzymywaliśmy była całodobowa, miała łazienki z prysznicami i jadłodajnię, gdzie można się porządnie najeść za 10 -15 zł. Co więcej, to właśnie na jednej z takich stacji jedliśmy jedno z najpyszniejszych dotąd grillowanych mięs. Tej nocy mamy też okazję przetestować nasz namiot podczas tropikalnej ulewy 😀 Generalnie egzamin zdany, chociaż nad ranem zaczynało już powoli na nas kapać.

Ostatecznie dotarcie do Salvadoru zajmuje nam 8 dni.

A jak było w Salvadorze? Opowiemy niebawem.

Dodaj komentarz