Dobra mina do złej gry [Gruzja 5/5]

Po porażce z samolotem do Mestii musimy zmienić plany. Zostały nam 2 dni, z czego dziś zmarnowaliśmy dobrych parę godzin, a jutro o 22 mamy już lot powrotny z Kutaisi. Jasnym jest, że dzisiaj powinniśmy przemieścić się właśnie w tamtą stronę. Wyrzuciwszy z siebie całą złość (klnę na głos na czym świat stoi) łapiemy stopa w kierunku Akhaltsikhe, żeby zobaczyć twierdzę oraz Wardzię – oddalone o 60 km od Akhaltsikhe największe w Gruzji skalne miasto. Wcześniej trochę nam było szkoda, że jej nie zobaczymy, więc po opadnięciu emocji jesteśmy całkiem pozytywnie nastawieni do zmiany planów. W sumie, to nie mamy innego wyjścia.

Dostajemy podwózkę od dwóch techników mówiących po angielsku, obsługujących rurociąg naftowy. Rozmowa jest bardzo polityczna. Panowie bardzo narzekają na Rosję, a raczej na panującego tam włodarza. Trudno im się dziwić – jeden z najpiękniejszych regionów Gruzji, czyli większa część wybrzeża Morza Czarnego – Abhazja – dziś jest autonomicznym państwem (nieuznawanym co prawda), a to właśnie dzięki wsparciu Rosji (finansowym i militarnym) podczas konfliktów w 2008 roku i do dziś jest od Rosji zależny. Przejeżdżając wzdłuż granicy Osetii Południowej panowie pokazują nam miejsca, w których stacjonują Rosyjscy żołnierze i pilnują granicy oraz miejsce, do którego dotarło rosyjskie wojsko podczas konfliktu w 2008 roku, skąd miało już prostą drogę do stolicy. Sytuacja jest nieciekawa. Nasi kierowcy tak bardzo nie lubią Rosji, że są w 100% przekonani, że katastrofa w Smoleńsku to zamach na zlecenie Putina. Rozstajemy się z nimi w okolicach Gori i na pożegnanie dostajemy po butelce wody. Kolejny stop trafia nam się z mechanikiem koparek. Tym razem przez ponad godzinę rozmawiamy naszym łamanym polsko-rosyjskim o polityce, religii czy takich po prostu życiowych sprawach (znowu).

Większość Gruzinów jest bardzo wierząca. Praktycznie we wszystkich samochodach, hostelach czy kwaterach mogliśmy zobaczyć obrazki lub figurki ze świętymi czy krzyżyki, a kierowcy żegnali się mijając po drodze cerkwie.

Docieramy do Akhaltsikhe i praktycznie od razu zagaduje do nas taksówkarz proponując nocleg w hotelu jego kuzynki. Chce nas też namówić na wycieczkę taksówką do Wardzi, ale my wolimy pojechać na własną rękę, ulubionym środkiem transportu, czyli autostopem. Warunki noclegowe mamy tu zdecydowanie najlepsze z całego wyjazdu, w dodatku hotel znajduje się na obrzeżach miasteczka, blisko drogi wylotowej w kierunku Wardzi. Zostawiamy rzeczy i idziemy do miasta zwiedzić twierdzę. Wstępujemy po drodze do dość obskurnego baru, ale jesteśmy głodni i nie chce nam się szukać dalej. Bar jest z kategorii tych, w których wszyscy palą w pomieszczeniu, a dym miesza się z zapachem oleju, na którym zapewne wysmażono już kilka ton frytek. Ściany stylowo różowe, z odpryskującą farbą. Co można zjeść w takim miejscu? Przepyszne, świeże chaczapuri i wielki kawał mięsa z ziemniakami i surówką. Pozytywne zaskoczenie. Kiedy docieramy pod twierdzę, ja powoli wymiękam ze zwiedzania. Cały dzień czuję się nienajlepiej, rozkłada mnie jakieś przeziębienie. Michał idzie zwiedzać sam, a ja zostaję w kawiarni u podnóży twierdzy i popijam herbatę. Tu należy nam się medal za logistykę – Michał zostawia mi cały portfel i wspina się na wzgórze bez grosza przy duszy, po czym nie może kupić biletu do płatnej części twierdzy.

Zaraz po tym gdy ja zostałam grzać się przy herbacie a Michał ruszył na podbój zamku, rozpętała się ogromna burza z gradem. Pogoda ducha najważniejsza!
Twierdza w Akhaltsikhe jest bardzo ładnie odrestaurowana (przynajmniej z zewnątrz)

Wracając do hotelu kupujemy jakieś leki na przeziębienie i główkę czosnku.Połykam kilka ząbków i idziemy wcześnie spać. Śmierdząca kuracja działa wyśmienicie, rano pachnę dużo gorzej, ale czuję się dużo lepiej. Zbieramy się szybko i już mamy wychodzić z hotelu, kiedy zaczyna lać jak z cebra… Nasza wycieczka do Wardzi stoi pod znakiem zapytania, nie możemy za długo czekać na dobrą pogodę, bo jeszcze tego dnia musimy dotrzeć do Kutaisi na samolot. Po godzinie deszcz na szczęście postanawia nam odpuścić i pada już bardzo delikatnie, więc ruszamy dziarskim krokiem na wylotówkę. Dojeżdżamy na 2 stopy, a jedną z podwózek załapujemy się do busika pełnego rosyjskich nauczycielek na wycieczce. Jest całkiem zabawnie.

Wardzia jest największym i zdecydowanie najbardziej fotogenicznym skalnym miastem w Gruzji. Powstałe w XII wieku miasto w czasie swojej świetności liczyło 13 kondygnacji połączonych skomplikowanym systemem tuneli, było zamieszkiwane przez około 2 tysiące osób, a w chwilach zagrożenia najazdami mogło pomieścić nawet 60 tysięcy osób. Było praktycznie nie do zdobycia, ponieważ jedyną drogę wejścia stanowiły zamaskowane tunele. Na początku XIII wieku Wardzię nawiedziło trzęsienie ziemi, podczas którego dwie trzecie kompleksu runęło odsłaniając miasto na ataki wroga. Wykorzystali to Persowie, potem Turcy, i ostatecznie kompleks został splądrowany i całkiem opustoszał na początku XVI wieku. Dzisiejsza Wardzia to jedynie jedna piąta oryginalnego kompleksu, ale i tak robi wrażenie swoim ogromem i poziomem skomplikowania.

Wardzia widziana z daleka
I widok z jednego z tarasów

Ruchu prawie nie ma, więc w drodze powrotnej rezygnujemy z autostopa na tym odcinku i zatrzymujemy marszrutkę. Poznajemy w niej grupkę mężczyzn z Kuwejtu. Jeden z nich całą drogę opowiada nam o swoim kraju. Pokazuje zdjęcia z niesamowitych rajdów jeepami przez pustynię, bezkres żółtego piasku, niesamowite pustynne zachody słońca i obozowiska pośrodku pustyni… Zapytany, co najbardziej podoba mu się w Gruzji, odpowiada – zieleń 🙂

Wysiadamy przy wylotówce w Akhaltsikhe i wyciągamy kciuki jeden z ostatnich razów w Gruzji. Droga do Kutaisi mija nam szybko i bezproblemowo, zabiera nas najpierw rolnik z ekologicznej farmy, potem turecki kierowca TIRa, a na koniec Białorusinka mieszkająca w Rosji, która przyjechała do Gruzji na 2 tygodnie i nie mogła się nadziwić jakim cudem my się zapakowaliśmy w takie małe plecaki (“same moje buty zajęłyby z pół tego plecaka!” :D). W Kutaisi przed busem na lotnisko mamy jeszcze trochę czasu, szukamy czegoś do jedzenia. Polujemy na khinkali, ale nigdzie w okolicy nie możemy znaleźć żadnej knajpki. W końcu docieramy do dość obskurnej knajpy przy bazarze. Wybieramy pozycje z menu trochę w ciemno, tak żeby w sumie zapłacić 14 GEL, bo tyle nam zostało. I kolejny raz zaskoczenie kulinarne – ja dostaję wielką michę sosu pomidorowego (z kolendrą, a jakże), w którym pływa wielka kula mięsa, a na dnie miski są ziemniaki i jakieś inne warzywa. Pyszne! Zdecydowanie najlepsze pod względem stosunku cena/jakość miejsce na wycieczce 🙂

Na koniec lotnisko kolejny raz dostaje od nas mega okejkę za położenie, otoczenie i przyjazność dla pasażera.

Podsumowując, czy polecamy Gruzję? Zdecydowanie TAK. Mimo, że nas ominęło to, co ponoć najpiękniejsze w tym kraju (czyli góry i góry), mimo, że prawie każdego dnia padał deszcz, to był zdecydowanie udany wyjazd. Kraj jest piękny, nawet jadąc po prostu z wioski A do B mijamy co chwilę zielone pagórki, wzgórza, doliny, czy ruiny twierdz (jak np. ta na górze tego wpisu). Nie ma tam (jeszcze) tłumu turystów, jest tanio, po polsko-rosyjsku da się dogadać i przede wszystkim – jest PRZEPYSZNIE. Pro-tip: podobno maj zwykle jest taki deszczowy 😉

Koniec.

 

Bardziej szczegółowe podsumowanie Michał przygotuje dla Was w następnym wpisie [klik].

 

Dodaj komentarz