Do stolicy [Maroko 7/7]

Biblioteka miejska

Jako że z Fesu uciekliśmy dzień wcześniej, niż zakładał plan, zyskaliśmy dodatkową noc do zagospodarowania. Z Chefchaouen postanowiliśmy udać się do Ouzzanne – małej wioski oddalonej od niego o około 70km. Według mapy to ostatnia sensowna miejscowość na trasie Chefchaouen – Rabat, dlatego decydujemy się tam zostać. Pisząc sensowna, mam na myśli mała, cicha, nieturystyczna, ale jednocześnie na tyle duża, żeby dało się tam znaleźć jakiś nocleg.

Dojeżdżamy na miejsce po południu i zaczynamy poszukiwania. Pierwszy hotel bardzo nam się podoba, ale niestety, jest nie na naszą kieszeń. Kolejne dwa z kolei są tanie, ale raczej paskudne, no i nie ma tam prysznica (!). Zaczynamy się martwić, bo ile hoteli może być w tak małej miejscowości? Na szczęście jest jeszcze jeden, łazienka jest, cena sensowna jest, a poziom paskudności obiektywnie średni. Bierzemy. Po zakwaterowaniu się idziemy na spacer. Tu postanowiliśmy „zaszaleć” i obkupić się w pamiątki, bo następny (i ostatni) przystanek to Rabat – stolica kraju. Nie spodziewamy się tam łaskawych cen.

Znajdujemy pracownię, gdzie wyrabia się tajiny i kupujemy sobie jeden do Polski. Wybór jest ogromny. Decydujemy się na wersję bez kolorowych zdobień, wygląda bardziej tradycyjnie i mniej odpustowo.

Nasz tajine już w Polsce po pierwszej próbie kulinarnej
Nasz tajine już w Polsce po pierwszej próbie kulinarnej. Tak, trochę nam się przypaliło…

Gliniany garnek swoje waży i zajmuje, ale w końcu jakoś upchniemy się w ten bagaż podręczny. Michał kupuje też drugą djellabę. Wybór tutaj jest ogromny – cała długa ulica bazaru to stoiska tylko z djellabami. Wybór materiałów, kolorów i zdobień może przytłoczyć. Znajdujemy jednak ,tę jedyną” (kupiona wcześniej w Beni Mellal pod presją sytuacji nie była taka, jaką sobie Michał wymarzył) i udaje nam się znegocjować cenę do całkiem niezłej. Oprócz tego kupujemy ,na wynos” do Polski 3 kg daktyli. Od noszenia plecaka nikt przecież jeszcze nie umarł.

Następnego dnia z rana idziemy na wylotówkę łapać stopa do Rabatu. Tu mały instruktarz: jak NIE jeździć stopem. Otóż kiedy zatrzymuje się dostawczak, którego kierowcy nie chcą powiedzieć dokąd dokładnie jadą, tylko mówią „wsiadajcie, wsiadajcie”, to zły znak. Jeszcze gorszym znakiem jest, gdy dla wszystkich nie ma miejsca w kabinie z przodu i chcą jedną osobę (dziewczynę) wysłać na pakę. A już najgorzej, gdy ta paka na co dzień jest chłodnią wożącą ryby – wielka, mokra i zimna przestrzeń bez światła, cuchnąca rybami, że hej i na dodatek bez możliwości otworzenia od środka. No i oczywiście nie wiadomo gdzie panowie jadą, bo zapytani „Czy w stronę Rabatu?” ochoczo kiwali głowami, ale gdy padła prośba (kilkakrotnie) o doprecyzowanie nazwy miejscowości, nie chcieli już odpowiedzieć. Nie wsiadajcie do takich samochodów. My nie wsiedliśmy. Nie wiadomo, co mogłoby się stać. Może nic i po prostu byłoby mi zimno, mokro i śmierdząco. A może nie. Lepiej postać dłużej, niż tak ryzykować. Wcześniej już jechaliśmy w ten sposób (ja na pace, Michał obok kierowcy), ale wtedy paka miała okna (widziałam gdzie jestem i co się ze mną dzieje), była dziura między paką, a kabiną kierowcy (Michał cały czas był obok), od początku wiedzieliśmy dokąd jedziemy, a kierowca wymościł mi wygodne siedzonko: oponę, w której trzymał kalafiory (!) przykrył kocykiem. No i nie śmierdziało rybami, rzecz jasna.

Jazda na pace na oponie z kalafiorami
Przejażdżka na pace na oponie z kalafiorami w drodze z Fesu do Chefchaouen

Udaje nam się dotrzeć (normalnymi samochodami osobowymi) dość wcześnie do Sale, miejscowości graniczącej z Rabatem. Wstępujemy tu na obiad i próbujemy udać się do Rabatu pełni nadziei, że jeszcze dziś uda nam się coś pozwiedzać. Niestety, nie jest to takie proste. Złapanie stopa przy głównej, ruchliwej drodze w środku miasta okazuje się niemożliwe, musimy więc iść ok. 3km na tramwaj, a potem jechać jeszcze trochę taksówką, aby dotrzeć na miejsce spotkania z naszym hostem, Mohcine. Potem okazuje się, że od miejsca spotkania do jego mieszkania, jest jeszcze ok. 3 km. Mieszkanie jest na obrzeżach, zupełnie po drugiej stronie miasta niż medina. Dziś już nie zdążymy na stare miasto. Ograniczamy się do spaceru po zakupy i po wydruk kart pokładowych na jutrzejszy lot do Brukseli. Już podczas tego wieczornego spaceru zauważamy, jak bardzo Rabat różni się od pozostałych miejscowości, które odwiedzaliśmy. Poza tym, że miasto jest zdecydowanie większe, jest też bardziej europejskie. Załapujemy się na podświetlenie wieży Maroc Telecom.

Rabat
Te kolory tak ładnie migały! Szkoda, że na zdjęciu nie widać

Następnego dnia od rana zwiedzamy ekspresowo. Mohcine idzie z nami, żeby nas pooprowadzać, za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni, bo szybko przemieszczamy się pomiędzy ważniejszymi miejscami, nie błądząc z nosem w GPSie.

Brama wejściowa za mury starego miasta
Brama wejściowa za mury starego miasta

 

Fajny mural z Polskim bocianem! Niestety, znaczek Shella bardzo chciał być na zdjęciu
Fajny mural z Polskim bocianem! Niestety, znaczek Shella bardzo chciał być na zdjęciu

 

Biblioteka miejska
Biblioteka miejska

 

Fragment wybrzeża w Rabacie
Fragment wybrzeża w Rabacie

W niecałe pół dnia, trochę biegiem, udaje nam się zwiedzić wszystko, co trzeba zobaczyć w Rabacie. W domu Mohcine zostajemy poczęstowani przepysznym obiadem, a jego tata oferuje, że podwiezie nas do tramwaju, którym mamy jechać na lotnisko. Złoci ludzie! Inaczej musielibyśmy iść kawał drogi i przesiadać się więcej razy, przez co zajęłoby nam to bardzo dużo czasu. Kupujemy za ostatnie pieniądze jedzenie na drogę i udajemy się na lotnisko. Kontrola jest dość szczegółowa, dobrze, że jesteśmy tam trzy godziny przed odlotem. Karty pokładowe zostają sprawdzone dokładnie 9 razy. Jeszcze tylko 3 godziny lotu, nocleg na pięciogwiazdkowej podłodze lotniska Charleroi, kolejne 2 godziny lotu (plus godzina opóźnienia), pomylenie pociągów w Modlinie i jesteśmy w domach!

Po 6 miesiącach powrót do kochanego kraju
Nie ma jak dobre polskie słoneczne niebo na powitanie

Podsumowując: Maroko to naprawdę niezwykły kraj. Warto poznać go bardziej „od podszewki”, niż tylko z tej turystycznej strony. Słyszeliśmy wcześniej opinie, że ilość naganiaczy, naciągaczy i żebraków jest męcząca i po jakimś czasie nie chce się już być w tym kraju. Dlatego zdecydowanie polecamy zahaczyć na chwilę o mniejsze miasteczka, takie, które z pozoru nie mają nic ciekawego do zaoferowania. To właśnie tam znajdziemy najbardziej marokańskie bazary, najbardziej lokalne jedzenie (uwaga na krowie uszy!) i odpoczniemy od tak zwanych „majfriendów”. Nasza trasa w telegraficznym skrócie: Marrakech – Essaouira – kozy! – Agadir – Taroudant – Ouarzazate – Ait Ben Haddou – Azillal – Ouzoud, małpy! – Bin El Ouidane – Beni Mellal – Ifrane – Fes – Chefchaouen – Ouzzanne – Rabat. Zabrakło nam niestety czasu, żeby wybrać się na pustynię (Merzouga, Zaghora) oraz do Tinghiru, co podobno też jest absolutnie obowiązkowym punktem wyprawy do Maroko. Ale nic nie szkodzi. Przynajmniej mamy powód, żeby tam wrócić 😉

Koniec.


Bardziej szczegółowe podsumowanie wyprawy do Maroko znajdziecie w następnym wpisie.

Dodaj komentarz