Cud na krańcu Gruzji [Gruzja 3/5]

Z Mcchety jedziemy już prosto do Sighnaghi. Trasę pokonujemy na kilka stopów, a jeden z nich wysadza nas na uroczych przedmieściach Tbilisi, gdzie można spotkać widoki takie jak na zdjęciu powyżej. Zwierzęta są w Gruzji obecne wszędzie. Do samego Sighnaghi dowozi nas młody Gruzin z dziewczyną, który jeździ jak wariat (czyli jak większość Gruzinów). Wyprzedza na trzeciego, ostro przyspiesza, nie schodzi poniżej dwukrotności prędkości na znakach, ale i tak w pewnym momencie wyprzedza nas marszrutka – stary rozklekotany busik… Witamy w Gruzji. Gdy po dojechaniu rozglądamy się po miasteczku, zaczepia nas Polka mieszkająca tam już 3 lata i proponuje nam nocleg w hostelu u swojego sąsiada. Warunki są całkiem sensowne, a ponadto mamy do dyspozycji wielki taras na wysokości 2 piętra, skąd jest dobry widok na miasteczko. Po powrocie z krótkiego wieczornego spaceru gospodarz częstuje nas czaczą (gruziński bimber), domowym winem i serem. Jest bardzo miło, przychodzi jeszcze przyjaciel gospodarza i we czwórkę rozmawiamy o polityce, religii i o życiu ogólnie. Oczywiście po rosyjsku. Niezła ta czacza – nie dość, że trzepie, to jeszcze przyspiesza naukę języka!

Śniadanko na tarasie. Taca pyszności za ok 8 zł!

 

Sielskie Sighnaghi

 

I jeszcze widok na miasteczko od drogi wjazdowej

W Sighnaghi robimy sobie dzień odpoczynku i leniwego zwiedzania. Na początek idziemy na spacer na cmentarz, położony pięknie na wzgórzu. Gruzińskie cmentarze obfitują w nagrobki z wielkimi pomnikami, obowiązkowo ze zdjęciem lub grafiką przedstawiającą zmarłego, często jest tam cała postać albo ilustracja. Co ciekawe, na cmentarzach co jakiś czas rozstawione są stoły z ławkami, tak jak w parkach. Podobno Gruzini biesiadują sobie na cmentarzach wspominając swoich bliskich, tak jakby spędzając z nimi czas. I nie ma w tym nic zdrożnego. Nic! A w Chełmie się dostawało mandaty za napójwinopodobnyzawierającysiarczyny spożywany na cmentarzu… Ech.

Wspomniane nagrobki

 

Cmentarna alejka

 

Czyżby TU spoczywał Adolf?

Po wyczerpującym spacerze (dzień odpoczynku i leniwego zwiedzania, taaa…) wracamy na chwilę do hostelu na odpoczynek na tarasie, po czym udajemy się do monastyru Bodbe położonego 3km za miastem. Droga niestety jest nieciekawa – idziemy asfaltową serpentyną. Na szczęście dziury w drodze są świeżo zalane asfaltem i całą drogę bawimy się w ‘kto pierwszy wpadnie w asfalt lub pod samochód przegrywa’ przepychając się non-stop. Nikt nie przegrał. A monastyr? Jak to monastyr. Ładny. Bardzo zadbana okolica. Ale taki sam jak wszystkie 🙂 Przybywają tam jednak szalone tłumy, bo pochowana jest tam św. Nino, która nawróciła Gruzję na chrześcijaństwo. Z klasztoru można zejść stromą ścieżką w dół do kapliczki i źródła św. Nino. Świętą wodę się pije, można też się w niej obmyć po uprzednim wypożyczeniu gumowych klapek od babci pilnującej, by ofiary płynęły równie wartko jak źródło.

Klimatycznie

 

Taki zadbany trawniczek pod monastyrem!

W drodze powrotnej mamy szczęście i zabiera nas taksówkarz wracający akurat do miasta. Wieczorem gospodarze hostelu znowu częstują nas winem, które wypijamy na tarasie. Następnego dnia w końcu kierujemy się do Tbilisi. Ponownie mamy szczęście do taksówkarza – poznajemy Zazę, który zabiera nas z Sighnaghi do oddalonego o około 60 km Sagaredżo. Niezły z niego gaduła, więc czas szybko nam mija. W dodatku albo on mówi bardzo wyraźnie, albo nasz rosyjski wspiął się już na wyżyny, w każdym razie rozumiemy bez problemów całkiem dużo. Zaza opowiada nam, że przez 18 lat był prokuratorem, ale w Gruzji nastąpiła dobra zmiana i miała lepszych kandydatów na wiele stanowisk publicznych. Zaza podsumowuje “dyplom leży w szafce, a ja taxuję”. Teraz codziennie pokonuje trasę Sighnaghi – monastyr Dawid Garedża wożąc turystów między tymi punktami czerwonym Mercedesem w naszym wieku. Namawia na wycieczkę do monastyru i nas, zapewniając, że to absolutnie obowiązkowy punkt w tym regionie Gruzji. Propozycja jest bardzo uczciwa: za przejażdżkę z Sagaredżo do monastyru i z powrotem (która Zazie zajmuje pół dnia) płacimy 40 GEL, a jeżeli nam się nie spodoba, to odda nam pieniądze. Do Sagaredżo podwózka jest na zasadach autostopu. Zgadzamy się na propozycję Zazy i potem nie żałujemy. Ten monastyr akurat zobaczyć trzeba. Położony na granicy gruzińsko-azerskiej, kiedyś zespół kilkunastu klasztorów wkomponowanych w skalne zbocze. Dziś zostały dwa. Pierwszy, Lawra, jest bardziej okazały i do dziś żyją tam zakonnicy. Drugi, Udabno, to właściwie zespół jaskiń z zachowanymi freskami. Znajduje się na szczycie wzgórza, idąc ścieżką wzdłuż jaskiń po jednej stronie widzimy azerskie równiny, po drugiej gruzińskie pagórki.

Monastyr Lawra

 

Ponownie Lawra

 

Freski w jaskini monastyru Udabno

 

Kapliczka na końcu ścieżki z jaskiniami. Po lewej stronie zbocza to już Azerbejdżan

Spacer po monastyrach i wszystkich jaskiniach zajmuje ok 1,5 godziny. W tym czasie Zaza drzemkuje sobie w samochodzie czekając na nas. W drodze powrotnej do Sagaredżo zatrzymujemy się na chwilę w wiosce Udabno, gdzie dwójka Polaków 4 lata temu założyła hostel dosłownie pośrodku niczego. Idzie im bardzo dobrze, w końcu nie mają tam konkurencji 🙂 Po rozstaniu z Zazą szybko i bezproblemowo docieramy do Tbilisi. Udaje nam się znaleźć tani hostel w centrum (BHM Hostel) z dwoma wolnymi miejscami, ale w oddzielnych pokojach. Jego właściciel całe dnie siedzi na schodkach przed wejściem i je orzeszki, lub siedzi w środku na kanapie, ogląda seriale i je orzeszki. A w nocy śpi na kanapie w recepcji. To się nazywa życie! My kupujemy piwko i już po ciemku wspinamy się na wzgórze Mtatsminda podziwiać oświetlone miasto z góry. Po drodze można przystanąć przy cerkwi i cmentarzu, które nocą nabierają mrocznego uroku. Ululani alkoholem i wrażeniami kończymy ten dzień w ciasnych i dusznych wieloosobowych pokojach BHM hostelu.

 

O tym, co ma Tbilisi, a czego nie mają inne stolice oraz o serii najbardziej niefortunnych zdarzeń przeczytacie w następnym wpisie [klik].

 

Dodaj komentarz