Pierwsze starcie z pustynią – COPIAPÓ (DE ATACAMA)

Dla wielu turystów (w tym dla nas na początku) Atacama kojarzy się głównie z okolicami miasteczka San Pedro de Atacama. Rzeczywiście, najbardziej znane atrakcje znajdują się w jego okolicach, jednak my naszą przygodę z Atacamą zaczęliśmy już 700 kilometrów wcześniej, w miejscowości Copiapó (de Atacama), za sprawą Jeana, naszego hosta z Couchsurfingu. Jean z żoną Gabrielą i półtorarocznym synkiem Marcelem przyjęli nas na kilka dni, żeby pokazać, że Atacama to nie tylko San Pedro.

Z małym Marcelem bardzo się zaprzyjaźniłam. Obojgu nam było smutno gdy wyjeżdżaliśmy 🙁

Copiapó de Atacama

Jean pracuje nad projektem mającym na celu rozbudowę infrastruktury turystycznej i popularyzacji regionu Copiapó. „Gdyby Copiapó nazywało się Copiapó de Atacama, ludzie od razu wiedzieliby, że tu też jest po co przyjeżdżać” mówi. Już pierwszego wieczoru pobytu dostajemy mapki, ulotki i wytyczne odnośnie okolicznych atrakcji. „Zwykle z Couchsurferami robimy rajd jeepem po wydmach, ale akurat teraz nie mam możliwości wzięcia samochodu, przykro mi”. No trudno, i tak mamy już plan na następny dzień. W przeddzień moich urodzin wybieramy się więc do Caldery, skąd wypożyczamy rowery i jedziemy do Bahía Inglesa. Jest to zatoka z piękną plażą, podobno w sezonie kręci się tam sporo ludzi, my jednak jesteśmy tam praktycznie sami.

Plaża w Bahía Inglesa

Gdybyście jednak trafili tam w sezonie i szukali zacisznego miejsca, nie ma problemu. Wystarczy pojechać trochę dalej na południe, cała droga to po jednej stronie plaża, po drugiej pustynia. My jadąc tamtędy dojeżdżamy do małego parku paleontologicznego. Wstęp jest darmowy. Wpisujemy się do księgi odwiedzających, poprzedni wpis jest sprzed dwóch dni. Chyba dlatego pan strażnik, nie mając za dużo zajęć, w pewnym momencie dołącza do nas i opowiada różne ciekawostki. Fanką skamielin to ja nie jestem (Michał owszem), ale ten park na prawdę zrobił na mnie spore wrażenie. W skałach zachowały się całe szkielety, pan strażnik co chwila pokazywał nam zęby megalodonów wystające po prostu z kamieni, niebędące elementem ekspozycji.

Delfin!
Krokodyl!
Pan opowiada ciekawostki
Ząb megalodona. Wystaje sobie z kamienia, obok którego pewnie przeszlibyśmy obojętnie, gdyby nie Pan Strażnik parku

Wracamy do Caldery, aby spróbować owoców morza. W końcu jutro moje urodziny, możemy zaszaleć. Zamawiamy „Jardin de mariscos”  zgodnie z zaleceniem Jeana. Jest to wielki talerz przeróżnych owoców morza. Surowych. Bo to taki przysmak, najlepsze co można zjeść. Pani kelnerka co prawda uprzedza, że jeśli nie jesteśmy przyzwyczajeni, lepiej zamówić gotowane. Ale nie, my chcemy surowe. Na początku z zaciekawieniem próbujemy różnych dziwactw, „to jest nawet niezłe”, mówimy. Później już tylko cieszymy się, że dostaliśmy chleb i ostry sos, którym można zabić smak. A później… było już tylko gorzej. Paskudnie się zatrułam i morskie oślizgłości przez całą noc systematycznie wracały na świat, przez co w urodziny byłam ledwo żywa. Także z owocami morza radzimy ostrożnie, może jednak gotowane na początek, i nie tak dużo 😉

A tak się cieszyłam na tę kolację…

Inne atrakcje polecane nam przez Jeana, których nie mogliśmy niestety odwiedzić ze względu na ograniczenia autostopowo-czasowo-finansowe, to:

  • Chañaral  de Aceituna  – mała, klimatyczna wioseczka, sporo na południe od Copiapó. Na pobliskiej wysepce jest rezerwat pingwinów, więc  można je tam poobserwować, walenie i delfiny podobno też. Reklamowano to miejsce jako tania opcja na zjedzenie owoców morza (co akurat mnie nieszczególnie teraz zachęca…)
  • Chañaral  – ładne miasteczko na północ od Copiapó z pięknym rezerwatem Pan de Azúcar.

Gdybyście spotkali Jeana, pewnie wskazał by Wam jeszcze z 50 miejsc, ale te najbardziej zapadły nam w pamięć. Gdyby zdarzyło się wam przemierzać tamte tereny na własną rękę samochodem, warto zrezygnować z szybkiej autostrady nr 5 i pojechać drogami na wybrzeżu. Te, które widzieliśmy są w bardzo dobrym stanie.

Droga przez pustynię

Wymieniane przez nas atrakcje

Jedziemy na północ

Dzień moich urodzin spędziłam ledwo żyjąc i śpiąc prawie cały dzień w ciężarówce (całe szczęście, że mieliśmy podwózkę na 500 km i miałam sporo czasu na regenerację…). Udaje mi się podnieść dopiero, kiedy z naszym kierowcą zatrzymujemy się przy słynnej Mano del Desierto, czyli wielkim pomniku dłoni na pustyni. Poprosiliśmy o krótki przystanek na zdjęcie, ale Christopher postanowił podjechać pod samą dłoń i zatrzymaliśmy się tam na kolację. Później nawet „zapozował” swoją ciężarówką 🙂

Dłoń, ciężarówka i rozgwieżdżone niebo na pustyni

Tego dnia docieramy do miejscowości La Negra, która w rzeczywistości jest jedynie fabryką, osiedlami pracowniczymi i trzema stacjami benzynowymi, gdzie nocują kierowcy ciężarówek. To chyba najobrzydliwsze, jak dotąd, miejsce, w którym przyszło nam rozbijać namiot. Wszędzie piach, pył, hałas… cóż. Niezapomniane urodziny 🙂

Nasz namiot nieźle się komponuje z pyłem

Na szczęście następnego dnia sprawnie docieramy do Calamy, łapiąc na stopa 5-gwiazdkową ciężarówkę oraz rejsowy autobus. W kolejnym wpisie opowiemy, jak na własną rękę wycisnąć z pustyni jak najwięcej.

Dodaj komentarz

Komentarz do “Pierwsze starcie z pustynią – COPIAPÓ (DE ATACAMA)”