Kulinarna stolica Boliwii i dziurawy Jezus – COCHABAMBA

Cochabamba to miasto o śmiesznej nazwie, o którym mówi się, że jest kulinarną stolicą Boliwii oraz że wiosenny klimat trwa tam przez cały rok. Więcej nam nie trzeba, jedziemy!

Atrakcje?

Samo miasto nie ma za wiele do zaoferowania, kilka ładnych placyków i wzgórze z pomnikiem Jezusa wyższym, niż ten w Rio. Tu nawet można wejść do środka figury, jednak przy kupnie biletu nikt nas nie informuje, że głowa jest nieczynna i da się wejść tylko do wysokości ramion. Z panoramy więc nici, możemy popatrzeć tylko przez małe otwory (stygmaty? :O ). Taka specyfika Boliwii – gdzie się da zarobić, tam się zarabia, a że nie zawsze mówi się klientom całą prawdę, to już inna sprawa.

Panorama z małego okienka w figurze Jezusa
Kogoś tu oświeciło!

W Cochabambie najbardziej przypadł nam do gustu bazar – La Cancha – ogromne skupisko stoisk ze wszystkim. Można tam śmiało spędzić pół dnia, albo i więcej. Upodobaliśmy sobie jeden comedor, czyli taki bazar tylko ze stoiskami z jedzeniem i deserami. Podobnie jak w Sucre, za 5 złotych jemy dwudaniowy obiad, a potem za kolejne 5 wypasiony deser. Do naszej stołówki przychodzimy też obejrzeć mecz Polska – Kolumbia. Ci Boliwijczycy, którzy byli zainteresowani grą, kibicowali Polakom 🙂 Ale jak wiemy, nawet to nie pomogło…

Bazar – najlepsza miejscówka w mieście!
Taki deser za piątaka!
Po meczu zaczepiła nas dwójka Boliwijczyków prosząc o wspólne zdjęcie z flagą. Mówili, że mają znajomych Polaków i kibicują naszym 🙂

La Tinkuna

Na ostatni dzień pobytu w Cochabambie przenosimy się do Ramiro, naszego drugiego hosta, który zaprosił nas na weekend. Prowadzi on centrum społeczne „La Tinkuna”. W swojej wiadomości zapraszał nas do poznania indiańskiej kultury Boliwii od nieturystycznej strony, czyli tak jak lubimy najbardziej. Na jego profilu na Couchsurfingu można jednak znaleźć trochę negatywnych referencji i niestety my dołożyliśmy swoją.

Chwilę zajmuje nam znalezienie adresu La Tinkuny. To dlatego, że mijając po ciemku rozpadającą się bramę z blachy, nie przyszłoby nam do głowy, że właśnie za nią może znajdować się centrum. Raczej przypomina ogrodzenie jakiegoś opuszczonego, zawalającego się budynku, do którego nie można wchodzić. W środku wszystko przypomina bardziej squat, niż organizację, jaką ma się na myśli słysząc „centrum kulturalne”. W dniu naszego przyjścia – dniu św. Jana, Ramiro ze znajomymi odprawiają rytuał dla Pachamamy – inkaskiej bogini ziemi, którą wielu chrześcijan w Boliwii czci do dziś.

Wejście to stowarzyszenia La Tinkuna

Pachamama

Będąc w Boliwii nie da się o niej nie usłyszeć. Do dziś wielu Boliwijczyków (Peruwiańczyków również, a podejrzewamy, że i Ekwadorczyków, ale jeszcze nas tam nie było) wierzy, że to Pachamama zapewnia żyzność pól i płodność, opiekuje się siewem i żniwami, jest też odpowiedzialna za trzęsienia ziemi. Tak jak człowiek musi się przeciągnąć, lub pies strzepnąć z siebie kurz czy wodę, Pachamama musi czasem się „otrzepać” ze szkodliwej działalności człowieka. Właśnie wtedy następują trzęsienia ziemi. Podczas chrystianizacji Hiszpanie nie zabronili Inkom swoich rytuałów, jedynie kazali nazywać Pachamamę Maryją, w ten sposób zwyczaje przetrwały do dziś. Jej świętym zwierzęciem jest lama, która często składana była w ofierze. Jeśli dostaje się coś od ziemi, część trzeba oddać w podziękowaniu. Jeśli bierze się za dużo, można narazić się na jej okrutny gniew.

Wyobrażenie o Pachamamie. Źródło

Rytuał

Na kartce ułożonych jest wiele suszonych ziół i tłuszcz lamy (to jest wersja light – w wersji tradycyjnej ofiarowuje się Pachamamie całą lamę, lub ususzone lamie płody, które łatwo kupić na wielu bazarach, m. in. w La Paz). Każdy z uczestników rytuału dokłada jeszcze po 2 liście koki, po czym 4 osoby: dwie kobiety i dwaj mężczyźni, łapiąc kartkę za rogi, powoli układają ją na rozżarzonych węglach. Następnie Ramiro przynosi wiaderko z chichą, czyli słodkawy napojem alkoholowym ze sfermentowanej kukurydzy. Każdy po kolei nabiera sobie chichy do miseczki z łupiny kokosa, po czym trzeba oddać część Pachamamie – napój wylewa się w czterech miejscach na ziemię, blisko rogów płonącej kartki. To, co zostanie, należy wypić, poprzedzając zawołaniem „Jallalla Pachamama” (czyt. hajaja Paczamama), na które wszyscy odpowiadają „Jallalla”. Zawołanie to wywodzi się z języka quechua i wyraża nadzieję na spełnienie marzeń, wynosząc prośbę do boga – w tym wypadku Pachamamy. W ten sposób powitano nas w centrum i życzono pomyślności w dalszej podróży.

Gotowy zestaw do odprawiania rytuałów – tu wersja z suszonym płodem lamy, na bazarku w La Paz

Słyszeliśmy też o dużo bardziej kontrowersyjnych formach rytuałów. Pamela, którą poznaliśmy w La Paz opowiedziała nam o przerażających praktykach stosowanych do dziś. Aby Matka Ziemia pozwoliła, by dom był solidny i stał latami, pod fundamenty należy zakopać ususzone płody lam. To jest potwierdzone info. Natomiast większe budynki wymagają większej ofiary. Krążą plotki, że aby budynek był mocny, ale także aby chronić robotników na budowie, w ściany trzeba zamurować człowieka. Podobno robotnicy łapią pijanego bezdomnego i dopełniają rytuału. Bardziej podejrzewamy, że jest to miejska legenda. Jednak na budowach zwykle pracują prości ludzie, a widzieliśmy gorliwość wiary w Pachamamę nawet u osób wykształconych…

Qillacollo

Następnego dnia umawiamy się z Ramiro o 16:00 w Qillacollo, miasteczku oddalonym od Cochabamby o 15 kilometrów, gdzie tego dnia jest feria, czyli bazar uliczny. Mijamy panie sprzedające 20 różnych gatunków ziemniaków, nie mniej rodzajów kukurydzy, jednak przez bazar w zasadzie przebiegamy, bo Ramiro zarządza, że jedziemy do knajpy o wdzięcznej nazwie Quinta Chernobyl, gdzie co niedzielę boliwijskie rodziny gromadzą się, by zjeść a potem chwilę potańczyć przy muzyce na żywo. Ramiro zamawia wiaderko chichy, ale w tym miejscu jest dość drogo. Kiedy mówimy, że nie chcemy jej pić, jest niepocieszony. Siedzimy przy stoliku w ciszy, po czym zaczyna się potańcówka. Muzyka jest tak głośna, że mimo zatyczek w uszach jest nieprzyjemnie. I bynajmniej nie jest to tradycyjna muzyka, bo nie obyło się bez takich hitów jak „Despacito”. Impreza trwa jakieś 2 godziny, podczas których Ramiro cały czas spędza scrollując telefon, nie wyrywając się szczególnie do opowiadania nam o kulturze Indian, co tak obiecywał w swojej pierwszej wiadomości. Ponadto Belg, który w ramach wolontariatu spędził w centrum już 10 dni powiedział nam, że do Quinta Chernobyl Ramiro zabrał go już 3 raz, i za każdym razem wyglądało to tak samo. Zawsze wiaderko chichy, zawsze głośna muzyka, brak rozmów. Pijąc chichę, po każdym nabraniu do łupiny, trzeba wylać trochę na ziemię w podziękowaniu Pachamamie. Belg wylewał teraz prawie wszystko, mówiąc nam po cichu, że ma już dość tego napoju, ale nie ma jak sprzeciwić się Ramiro. W końcu wracamy do centrum ok 21:00, zabieramy plecaki i idziemy na nocny autobus do La Paz.

Tyyyle rodzajów ziemniaków!
Boliwijska potańcówka w „Czarnobylu”
Od lewej: ja, wspomniany Belg, Ramiro i Michał, w centrum socjalnym La Tinkuna

Całe doświadczenie w La Tinkunie było nawet interesujące, ale od Ramiro nie dowiedzieliśmy się, choćby jakie jest znaczenie tego rytuału (informacje doczytałam już później). Ponadto w centrum nie ma bieżącej wody (o czym profil Ramiro na Couchsurfingu nie wspomina) i niestety było to czuć po naszym gospodarzu i jego towarzyszach. Mieliśmy też wrażenie, że bardzo mu zależy, by wszystko robić wspólnie, ale pod warunkiem, że to on planuje, co będziemy robić. Jeśli ktoś ma inne zdanie, był wyraźnie niezadowolony. Cóż, może miał dobre intencje, ale nie czuliśmy się tam komfortowo i niestety zaliczamy to do jednego z nielicznych, niezbyt nieudanych doświadczeń couchsurfingowych. A dlaczego o tym wspominamy? Ramiro odpowiedział na naszego public tripa (czyli publiczą prośbę o przenocowanie, którą widzą wszyscy mieszkańcy danego miasta mający konto na Couchsurfingu) i jest osobą, która w Cochabambie przenocowała chyba największą ilość ludzi. Więc gdyby zdarzyło Wam się szukać tam hosta, prawdopodobnie traficie na jego profil. Doświadczenie było ciekawe, ale nie chcielibyśmy go powtarzać. Decyzja należy do Was.

Dodaj komentarz

Komentarz do “Kulinarna stolica Boliwii i dziurawy Jezus – COCHABAMBA”