Buenos dias Señor Siarra – BUENOS AIRES

Do Argentyny wjeżdżamy mając w portfelu w przeliczeniu ok. 200 PLN. Jesteśmy przekonani, że 1200 km do Buenos Aires pokonamy sprawnie i taka kwota bez problemu wystarczy nam na przeżycie 2 dni, które zakładamy na dojazd. Wszyscy w Brazylii zapewniali nas, że w Argentynie ze stopem będzie łatwiej. Okazuje się, że wcale nie. Pierwszego dnia docieramy okupione trzygodzinnym czekaniem 200 km w głąb prowincji Misiones, do niewielkiego miasteczka Dos de Mayo. Całe szczęście nasz kierowca ma znajomych, którzy mieszkają w parku (ich dom był tam zanim go utworzono). Rozbijamy namiot u nich w ogródku, a w parku są nawet łazienki z prysznicami.

Park sam do nich przyszedł

Drugiego dnia nie idzie już tak łatwo. Łapiemy 2 stopy na 100 km łącznie, czekając w sumie 6 godzin i wielokrotnie zmieniając miejscówkę. Dajemy za wygraną i podjeżdżamy kawałek autobusem, aby przełamać złą passę.

Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Następnego dnia w 15 minut łapiemy stopa na 500 km! Kolejnego dnia tak samo, tylko że tym razem jedziemy nowiusieńkim ciągnikiem siodłowym, który dostarczała z fabryki do klienta… przemiła Brazylijka. Pierwszy raz spotkaliśmy na naszej trasie kobietę kierującą ciężarówką. Zawód ten jest tak zmaskulinizowany, że czasem na stacjach benzynowych są tylko męskie prysznice. W końcu po 4 dniach docieramy do Buenos na oparach argentyńskich pesos, poratowani pyszną wołowiną przez kierowcę ciężarówki.

Pierwszy raz kosztujemy argentyńskiej wołowiny
Stacja benzynowa nie jest taka zła
Nowiusieńka Scania z Brazylii

Znowu Europa

W stolicy Argentyny spędzamy 10 dni, nieśpiesznie przechadzając się po mieście. Kamienice w stylu barokowym i budynki użyteczności publicznej w stylu greckich świątyń, spomiędzy których wygląda czasem nowoczesny biurowiec nadają miastu iście europejski charakter. Czuliśmy się tam na tyle bezpiecznie, że nawet jednego dnia wyszliśmy z laptopem do parku popracować. Okazuje się, że takie wrażenie bezpieczeństwa może być bardzo złudne. Dowodem tego może być nasza przygoda w dzielnicy Boca (opis wrzuciliśmy na FB, i poniżej), a także relacje Argentyńczyków, których później spotykaliśmy na naszej drodze. Wiele osób wyprowadziło się z Buenos, ponieważ byli napadani, grożono im bronią, włamywano się do ich domów i sklepów. Dodatkowo w niektórych firmach transportowych stosowane jest zabezpieczenie z GPS, które blokuje możliwość otwierania drzwi ciężarówki w momencie, gdy wjeżdża ona do prowincji Buenos Aires. Można je otworzyć tylko w miejscu docelowym.

Jednego wieczoru dostajemy od znajomych naszego hosta zaproszenie na asado. Jest to tradycyjne spotkanie przy grillu. Jedna osoba sprawuje funkcję asadora, czyli grillującego, i jest odpowiedzialna za przygotowanie węgla, podtrzymanie żaru, odpowiednie upieczenie mięsa i jego podanie. Jest to cały rytuał, do którego nie umywa się nasze niedzielne grillowanie. Mięso kładzie się na ruszt w olbrzymich kawałkach, dlatego mijają 2-3 godziny, zanim się upiecze. Przez ten czas wszyscy siedzą wokół stołu, rozmawiają i piją piwko. Kiedy wreszcie przychodzi czas uczty, każdy kawałek mięsa krojony jest na małe kąski, dzięki czemu nie ma wyścigu o najmniej spaloną karkówkę. Charakterystyczna dla argentyńskiego mięsa na grilla jest wysoka zawartość tłuszczu, dzięki czemu po upieczeniu nie jest suche. Czasem jednak trafi się taki kawałek, gdzie tłuszcz stanowi większość, wtedy już wymiękaliśmy.

Będzie pysznie!

 

Ostatniego dnia pobytu w Buenos Aires odwiedziliśmy port, w którym akurat stacjonowały olbrzymie żaglowce z większości krajów Ameryki Łacińskiej. Szkolą się na nich oficerowie marynarki wojennej i do końca sierpnia biorą udział w rejsie dookoła kontynentu, kończącym się na Morzu Karaibskim. Ponieważ płyną w tym samym kierunku, co my, sondujemy możliwość zaokrętowania się do Ushuai. Niestety, cywilom wstęp wzbroniony 🙁

Żaglowce zawitały na kilka dni do Buenos
Te statki zostają w porcie na dłużej

Delta rzeki Parana

Wielką ciekawostką okolic Buenos jest miejscowość Tigre i delta rzeki Parana. Jeden dzień poświęciliśmy na wycieczkę w te rejony i krętymi odnogami popłynęliśmy łódkobusem. Teren delty został zagospodarowany na początku XX wieku, znajduje się tam obecnie wiele domków letniskowych mieszkańców Buenos Aires, ale też wiele osób mieszka tam na stałe. Do posesji można tylko dopłynąć, nie ma drogi lądowej. W rezultacie wszystko odbywa się drogą wodną. Jest pływający sklep, pływająca karetka, a po odnogach Parany pływa właśnie łódkobus. Każdy domek ma swój pomost, który funkcjonuje jak przystanek na żądanie. Jest nawet szkoła, która ma swoje szkolne łódkobusy. Generalnie teren jest bardzo zielony, z przyjemną trawką, a działki są schludne i ładnie utrzymane.

Jeżeli chodzi o Tigre, to jest to dobra baza wypadowa do zwiedzania delty, jest w nim także tzw. Mercado de Frutas. W weekendy barwny targ ze wszystkim, w tygodniu puste deptaki. Polecamy kupić bilet na łódkobus, na którym możemy zejść na ląd, pospacerować sobie i wrócić z dowolnego innego pomostu. Częstotliwość kursowania co około godzinę, cena 150 ARS (25 PLN).

Wrak
Każdy domek ma swój pomost
Łódkobus

KOT

W Buenos spędziliśmy wyjątkowo dużo czasu za sprawą zamieszania z przesyłką, którą wysyłaliśmy sobie z Polski do Kurytyby. Przesyłka dotarła, ale nas już dawno w Kurytybie nie było. Żeby zakończyć sprawę, wykupiliśmy kuriera z dostawą w ciągu 3 dni roboczych, i czekaliśmy na felerną paczkę w Buenos. Nie chcąc siedzieć zbyt długo na głowie naszemu hostowi Norbertowi, zaczęliśmy szukać innego Couchsurfingu. Przygarnęła nas Indira, która miała KOTA. To najmilsze, najbardziej puchate i urocze stworzenie, jakie kiedykolwiek spotkaliśmy. Ogromnie żal było opuszczać Buenos i tego futrzaka.

Chciałam wstawić 50 zdjęć kota, ale Michał pozwolił mi tylko na 4…
Sama słodycz!
Człowieku weź już nie pracuj
Robi nam reklamę 😉

Zobaczyć lwy!

Wydostanie się z Buenos na wylot zajmuje nam mnóstwo czasu, w szczególności, że spóźniamy się 5 minut na pociąg. Na szczęście w zamian za to bilety na transport publiczny, w tym pociągi podmiejskie, są wyjątkowo tanie. Jedyny haczyk to fakt, że nie można kupić ich pojedynczo – wszystko działa na zasadzie zbliżeniowej karty pre-paid tzw. SUBE.

Po 4h od wyjścia z domu docieramy do miejscowości Cañuelas, skąd droga krajowa nr 3 wiedzie aż na południowy kraniec kontynentu – do Ushuai. My aż tak daleko nie chcemy się zapędzać. Następnym celem są okolice Półwyspu Valdes i zobaczenie lwów morskich!

I na koniec jeszcze 3 ciekawostki

  • W Argentynie mężczyźni też witają się buziakiem w policzek. Na początku było to dość zaskakujące, ale szybko da się do tego przyzwyczaić, w szczególności, że jest to bardziej zetknięcie się policzkami i cmoknięcie w powietrze, niż buziak

  • Pociągi podmiejskie opanowane są przez sprzedawców wszystkiego. Dosłownie. Czuliśmy się, jakbyśmy znowu byli w Maroko. Można było kupić m.in.: przekąski, napoje, nożyczki, ściereczki do sprzątania, DVD z teledyskami, worki na śmieci i krem w stylu Bengaya. Wszystko oczywiście zachwalane jako najlepsze i najtańsze. A najlepsze jest to, że interes kwitnie. Ludzie naprawdę kupują nożyczki, wracając pociągiem z pracy.
Zimne napoje
  • Na przystanku czeka się w kolejce. Nie ma ataku dzikiego tłumu na miejsca siedzące. Jeżeli chce się usiąść, albo nawet w ogóle wsiąść do autobusu, trzeba swoje odstać. Na początku zajmowane są miejsca z tyłu – na podwyższeniu. W części niskopodłogowej wszystkie miejsca są dla osób uprzywilejowanych (tym razem otyli nie byli wymienieni 😉 )
Za czym kolejka ta stoi?
Po szarość, po szarość, po szarość