BARILOCHE, czyli takie trochę Zakopane

Ponieważ podróżowanie autostopem i spanie pod namiotem podczas ciągłego deszczu i w zimnie nie należy do najprzyjemniejszych, postanowiliśmy ewakuować się z Puerto Montt do Bariloche. To miasto, będące argentyńskim odpowiednikiem naszego Zakopanego leży w tzw. cieniu opadowym. Wilgoć zawarta w powietrzu napływającym znad Pacyfiku wykrapla się po zachodniej stronie Andów, dzięki czemu pada tu dużo mniej.

Jeszcze po deszczowej stronie Andów
Na granicy

Stop w Chile działa bardzo dobrze, więc z Puerto Montt sprawnie docieramy do celu w 1 dzień. Po chwili czekania w McDonaldzie i korzystania z darmowego Wi-Fi odbiera nas mąż naszej hostki, Cesar. Silvia bardzo się ucieszyła z naszej wizyty, gdyż ma polskie korzenie. Jej dziadek wyemigrował z Polski do Argentyny, jednak nie mówił po hiszpańsku oraz zmarł, kiedy Silvia była jeszcze małym dzieckiem i nie zdążył przekazać jej nic z polskiej kultury.

Będąc wciąż pod wrażeniem, jakie zrobiły na nas góry w El Chalten, nie mamy dużej motywacji do zdobywania szczytów okalających Bariloche. W lecie miasto to przyciąga amatorów górskich wędrówek i kąpieli w krystalicznie czystych wodach okolicznych jezior, natomiast w zimie jest prężnie działającym kurortem narciarskim. My trafiamy tu na jesieni, kiedy podczas słonecznych dni jeszcze można przyjemnie pospacerować, a jednocześnie nie ma tak wielu turystów. Z powodu swej popularności, jest to jedno z najdroższych miast w Argentynie. Kupując w supermarkecie podstawowe składniki na kolację i śniadanie zapłaciliśmy 50 PLN…

Na szczęście pospacerować można za darmo, więc wybieramy się na krótki trekking na punkt widokowy znajdujący się niedaleko naszego domu. Naszym oczom ukazuje się cudna panorama jeziora Nahuel Huapi, trochę podobna do widoku na zatokę w Rio.

Na tej ośnieżonej górze z tyłu jest baza narciarska
Jak w Rio, tylko zimniej
Bariloche otoczone jest jeziorami

Kuchenna wymiana – pierogi vs. asado

Ponieważ Silvia ma polskie korzenie, nie możemy nie wykorzystać okazji i postanawiamy zaserwować pierogi ruskie. Pomimo braku twarogu, dajemy radę używając tutejszego sera topionego. Robimy je 2 raz w życiu, ale wychodzą nam znakomicie, m.in. dzięki wskazówkom siostry Oli. Nasi gospodarze rozpływają się z zachwytu i nakładają sobie jednego za drugim. Cesar postanawia nie być dłużnym i zarządza następnego dnia tradycyjne argentyńskie, niedzielne asado.

Pierogi in progress
I zaraz do gara

Z samego rana jedzie kupić najlepsze kawałki mięsa, którego przywozi po kilogram na osobę! Mamy możliwość spróbowania przepysznej wołowiny, jagnięciny (cordero, typowe mięso z Patagonii) oraz morchillas – coś jak nasza kaszanka bez kaszy. Cesar dumnie przygotowuje grilla i mięso, tutaj jest to typowo męska robota. Na serwowane co raz kawałki skusiła się nawet Silvia, która normalnie mięsa nie jada.

Podczas asado nie można się spieszyć. Należy delektować się smakiem, najlepiej popijając czerwonym winem. Poza tym pośpiech przy takiej ilości mięsa jest niebezpieczny, jedzenie musi mieć czas się ułożyć. A może zachować umiar? Niemożliwe. Nawet gdy już czujemy, że wystarczy, ręka sama sięga po następny kawałek.

Cesar asador
Siadamy do uczty

Po tak obfitej uczcie wszyscy mamy ochotę położyć się i trawić przez tydzień. Leżenie jest jednak niedobre na trawienie, więc Cesar rzuca propozycję, byśmy poszli na spacer. Super, jest piękna pogoda, mała przechadzka dobrze zrobi nam wszystkim. Po chwili słyszymy dźwięk odpalanego pickupa… Tak, tutaj na spacer jeździ się samochodem. To nie pierwszy raz, kiedy widzimy, jak często Argentyńczycy używają aut, jednak wciąż nas to zaskakuje. W Tres Lagos na guanaco al disco 500 metrów oczywiście też jechaliśmy samochodem, a podczas wystawania cały dzień i łapania stopa wiele razy widzieliśmy samochody jeżdżące pomiędzy domami oddalonymi o ledwie 100 metrów. Parkujemy oczywiście też jak najbliżej miejsc, które chcemy odwiedzić, np… na plaży. No ale co kraj, to obyczaj. Ekspresowo robimy dość popularny szlak z pięknymi widokami, tzw. Cirquito Chico.

Jezioro Nahuel Huapi
Silvia i Cesar
Samochodem na plażę

Następnego dnia wciąż odpoczywamy po asado i możemy zaobserwować ciekawy spektakl. W okolicach Bariloche żyje dużo kolibrów, które w zimie nie mają pożywienia (żywią się nektarem z kwiatów). W związku z tym rada miasta postanowiła rozdawać specjalne karmniki zaprojektowane tak, aby tylko kolibry mogły z nich korzystać. Swoją drogą koliber po hiszpańsku to picaflor, czyli dosłownie dziobacz kwiatów. Do karmników wlewa się roztwór wody z cukrem. Każdy karmnik ma swoich „klientów”, do naszego przylatywała jedna parka. Gdy na horyzoncie pojawiły się inne kolibry, były natychmiast przeganiane przez stałych bywalców. Dziennie ptaszki potrafią opróżnić 300 ml karmnik dwukrotnie. Niestety samych ptaków nie udało nam się uchwycić, gdyż są dość nieufne w stosunku do obcych. Silvię i Cesara już dobrze znają i nie uciekają przed nimi.

Karmnik dla kolibrów

Niestety, czas nas goni, zima nadchodzi i musimy wyruszyć na północ. Cesar odwozi nas do centrum po drodze na obchody rocznicy związanej z konfliktem o Falklandy (Malwiny), którego jest weteranem, a my podążamy Rutą de Los Siete Lagos (drogą siedmiu jezior) w kierunku naszego następnego celu – San Martin de Los Andes.

Ola i Cesar
Obchody rocznicy

Poniżej nasza trasa

Dodaj komentarz