Apartament z widokiem [Cypr 3/4]

Stopowanie z Girne do Golden Beach na półwyspie Karpaz, jak się okazuje, do najprostrzych nie należy. Są tam głównie małe drogi, ruch jest znikomy, a podwózki są zwykle krótkodystansowe. O tym, że jest okrutnie gorąco, asfalt pali w nogi i stanie na drodze w takich warunkach nie jest najprzyjemniejsze, chyba nie muszę wspominać. Poza tym droga wiedzie przez pustkowia, przy Golden Beach prawdopodobnie nie ma zbyt wielu sklepów, a my nie mamy dużych zapasów jedzenia. Postanawiamy zmienić cel podróży i udać się do Bafry, gdzie też jest plaża i camping, który wcześniej wyszukałam w internecie. Trafia nam się podwózka z dostawcą mleka, odwiedzamy więc po drodze jedno gospodarstwo, żeby odebrać beczki ze świeżym mlekiem.

Docieramy w końcu do Bafry i szukamy naszego campingu. I coś nie możemy znaleźć… pytamy kilku osób i nikt o żadnym campingu nie słyszał. Cóż. Bywa i tak 🙂

Niedaleko plaży widzimy opuszczoną budowę wielkiego hotelu, Michał idzie na zwiady. Ostatecznie decydujemy, że zamieszkamy w jednym z ‘apartamentów’ z widokiem na morze.

Patrzcie na psa, nawet dla niego jest za gorąco!
Zwierząt tak wiele!
Widok z naszego ‘pokoju’

Rano odwiedza nas ochroniarz. Budowa jednak nie jest opuszczona, nie możemy tu dłużej zostać. Na szczęście nie ma awantury, wszystko grzecznie, miło i kulturalnie. Zbieramy się i wracamy na plażę. W restauracji zostawiamy plecaki i robimy sobie dzień lenia – w końcu nigdzie nie jedziemy, nie biegamy, tylko leżymy, smażymy się i pływamy cały dzień. W międzyczasie zwiedzamy ogromny kompleks hotelowy Artemis, który znajduje się zaraz obok. Nie możemy się nadziwić tandetności tego miejsca.

O takie cuda na przykład tam są

Wieczorem rozbijamy namiot pomiędzy drzewami nieopodal plażowych barów. Ostatecznie stwierdzamy, że bardzo dobrze się złożyło, że camping nie istniał. Na plaży dostępne były prysznice i toalety przez całą dobę, wszystko ładne i czyste, robiliśmy tam nawet pranie. Byliśmy jedynymi obozującymi osobami, a widok jaki mieliśmy z namiotu zobaczyć można na górze tego posta. Dobra miejscówka!

Następnego dnia jeszcze chwilę pływamy, skaczemy z pomostu do wody, a potem zbieramy się łapać stopa do Famagusty. 40-kilometrowy dystans pokonujemy na 4 samochody. Zostawiamy plecaki w informacji turystycznej i idziemy zwiedzać.

Obowiązkowym punktem w Famaguście jest odwiedzenie Warosii, niegdyś greckiej dzielnicy, która po zajęciu przez Turków stała się miastem ‘widmo’. Opuszczone bloki popadają w ruinę, teren jest strzeżony przez wojsko (zakaz fotografowania wszędzie) i nie zanosi się, żeby miało to zostać zagospodarowane. Paradoksalnie, przy ponurej Warosii jest najładniejsza plaża w mieście.

Starówka w Famaguście. Katedrze coś się przyczepiło do wieżyczki… czyżby to minaret?
Widok z murów na ruiny zamku
W drodze do Warosii – takich znaków tam nie brakuje
Bary przy plaży u podnóży opuszczonych blokowisk
Teren Warosii jest zamknięty, nawet od strony morza

W Famaguście ponownie przekraczamy granicę i po greckiej stronie jedziemy do Kaparis, gdzie spotykamy się z naszą hostką Despiną. Despina wychodzi na wieczór do pracy (pracuje w restauracji), a my zabieramy jej psa, Indię, na spacer. Podczas spaceru przez łąki i pustkowia w pobliżu terenu wojskowego słyszymy dźwięk przeładowania broni na wieżyczce strzelniczej… Generalnie lepiej uważać, gdzie się idzie. Nawet puste łąki są strzeżone przez wojsko.

India jest absolutnie najbardziej szalonym psem na świecie. Myśleliśmy, że udało nam się ją zmęczyć, ale po powrocie do mieszkania wystarczyło jej 5 minut, żeby się zregenerować i męczyć nas o dalszą zabawę. Wyczerpani zamykamy się na tarasie tak, żeby nie mogła nas dopaść. Mamy super widoki i super warunki do spania – ja legowisku z poduszek, a Michał w hamaku. Tak, to można wypoczywać przed kolejnym, intensywnym dniem.

Żadnych zdjęć!

O pogoni za zobaczeniem symbolu Cypru przeczytacie w następnym wpisie [klik].